Relacje 2019

Biecz 06-07.04.2019
Na krokusy 07 i 13.04.2019
Powitanie wiosny na rowerach 24.03.2019
Morskie Oko 17.03.2019
Podhale 08-10.03.2019
Babia Góra na Dzień Kobiet 03.03.2019
Kraków Podgórze 10.02.2019
Rydlówka 06.02.2019
Zielony Staw Kieżmarski 03.02.2019
Częstochowa 06.01.2019
Hrobacza Łąka 01.01.2019

Biecz 06 – 07. 04. 2019 r

Wczesnym rankiem, 6 kwietnia 2019 r, wyjechaliśmy z Kołem Grodzkim PTTK z Chrzanowa w kierunku Gnojnika, Gromnika i Ciężkowic. To właśnie w Ciężkowicach czekały na nas pierwsze atrakcje tej wycieczki. Skamieniałe Miasto to rezerwat przyrody, tu ożywają dawne legendy i pojawiają się stare postaci. Obejmuje on zalesiony teren około 15 ha, na którym znajdują się malownicze skałki zbudowane z piaskowca ciężkowickiego. Istnieje kilka legend wyjaśniających pochodzenie skamieniałego miasta. Według jednej z nich zamianą w skały zostali ukarani mieszkańcy miasta za swoją chciwość lub rozwiązłość. Tak naprawdę jednak skały te narodziły się z osadów prehistorycznego dna morskiego. Każda skała ma swoją nazwę, mamy tu więc skałę Grunwald, Piekło, Czarownicę, Ratusz, Orzeł, Borsuk, Basztę Paderewskiego i wiele innych o intrygujących nazwach. To bardzo ciekawy i pouczający szlak. Poranny spacer po zroszonych ścieżkach dobrze nam zrobił.

Naszym następnym obiektem na trasie do Biecza był Kościół św. Filipa i Jakuba w Sękowej, to jeden z najcenniejszych kościołów drewnianych Małopolski. Wzniesiono go w 1520 r. z ręcznie ciosanych bierwion modrzewiowych. W XVIII w. dostawiono wieżę i rozłożyste soboty. Powierzchnie kościoła, z wyjątkiem izbicy, pokryte są gontem, co potęguje malowniczość bryły. Obecne wyposażenie stanowi m.in. późnorenesansowy ołtarz główny z pocz. XVII w., zrekonstruowany w latach 1948–49 po dewastacji w 1915 r. W bogato polichromowanym ołtarzu widnieje obraz przedstawiający św. św. Mikołaja, Benedykta i Antoniego oraz rzeźba Zbawiciela Świata. Obiekt w 2003r. został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO. Obiekt budzi nasz podziw, jesteśmy dumni z takich zabytków .

Zmierzaliśmy dalej wprost do Gorlic, ale samo miasto nie zatrzymało nas na dłużej, bo naszym celem był przecież Biecz i ziemia biecka .

Wzgórze , na którym znajduje się miasto Biecz było już zamieszkiwane przez ludzi neolitu. Szesnaście baszt, z murami obronnymi i barbakanem oraz przepływającą rzeką Ropa zapewniało mieszkańcom bezpieczeństwo i możliwość rozwoju. Pięknego rozwoju, bo kto pierwszy raz zobaczy to Stare Miasto, będzie jak ja, zachwycony.

Wędrówkę po zabytkach Biecza rozpoczęliśmy oczywiście od Ratusza, potem Dom z Basztą, czyli zabytkowa kamienica z 1523 roku, gdzie zobaczyliśmy pierwszą na Podkarpaciu aptekę. Pieczołowicie odtworzona i zachowana do dziś działa na człowieka swym uzdrowicielskim czarem i tajemniczą magią. Oprócz tego zgromadzono tu mnóstwo przedmiotów codziennego użytku mieszkańców. To bardzo bogate muzeum a w nim ekspozycja dawnego rzemiosła i sztuki.

Następnie odwiedziliśmy Kromerówkę, renesansową kamienicę z 1519 roku, gdzie znajduje się bogata ekspozycja poświęcona Marcinowi Kromerowi i Wacławowi Potockiemu.

Nie sposób było pominąć klasztoru i kościoła Ojców Franciszkanów z XVII wieku, to jeden z pierwszych powstałych na ziemiach polskich klasztorów reformackich. Kościół jest w stylu barokowym o prostym, jednolitym wystroju wnętrza. Zatrzymaliśmy się również przy Urokliwej Baszcie Kowalskiej, która jest usytuowana przy Placu Biskupa Marcina Kromera i zamyka ciąg miejskich fortyfikacji. Biecz ma swoją urokliwą Starówkę, średniowieczny układ urbanistyczny. To jedno z najpiękniejszych polskich miasteczek, bywa nazywany Parva Cracowia. Posmakowaliśmy także tutejszych pierników, to specjalność tego miasta.

Kolejny punt naszej Wycieczki to Karpacka Troja w Trzynicy k/ Jasła. Miejsce, w którym powstał Skansen należy do najważniejszych stanowisk archeologicznych w Polsce o wyjątkowym znaczeniu dla poznania pradziejów całej Europy Środkowo-Wschodniej. W trakcie prac wykopaliskowych, zwłaszcza tych prowadzonych od 1991 r przez Jana Gancarskiego, odkryto tu ponad 160 tys. zabytków, na które składają się naczynia, wyroby z ceramiki, krzemienia i kamienia, kości i rogu, a także brązu i żelaza. Wiele z nich jest zabytkami unikatowymi, uznawanymi za wspaniałe dzieła dawnej sztuki i rzemiosła. W Trzcinicy odkryto jedną z pierwszych silnie ufortyfikowanych osad znanych z terenu Polski, która powstała w początkach epoki brązu, ponad 4000 lat temu! To także tu odkryto pierwszą w Polsce osadę zakarpackiej kultury Otomani-Füzesabony odznaczającej się wyraźnymi wpływami śródziemnomorskimi, datowaną na okres 1650-1350 p.n.e. Ze względu na rangę tego odkrycia, chronologię oraz wyraźne wpływy południowo-europejskie miejsce to nazwane zostało Karpacką Troją. Drobny deszczyk nieco odebrał mam uroków, ale zapewne wrócimy tu jeszcze kiedyś. Nieco zmęczeni dojechaliśmy do Moderówki, tu czekała na nas „Venus”, Hotel Venus i ciepła kolacja .

W drugi dzień obraliśmy kurs na Odrzykoń, by dotrzeć do Kamieńca. To słynny zamek gotycki rozbudowany w renesansowym stylu, doskonale znany z komedii „Zemsta” A. Fredry. Dziś Kamieniec to dostojne ruiny, widoczne z daleka, a ze wzgórza, na którym zamek był posadowiony rozciąga się szeroka panorama widokowa. Ciągle trwają tu prace renowacyjne, a fragmenty słynnego muru ciągle mają się dobrze i są turystyczną atrakcją.

Tuz obok zamkowego wzgórza znajduje się Skalny Rezerwat Prządki. Rezerwat tworzy zespół ostańców skalnych; skały mają ponad 20 m. Są zbudowane z gruboziarnistego piaskowca ciężkowickiego. Nazwa rezerwatu pochodzi od legendy, według której skały są dziewczętami zamienionymi w kamień za przędzenie lnu w Wielkanoc. Niektóre ostańce mają nazwy, m.in. Prządka-Matka, Prządka-Baba, Herszt. To najczęściej odwiedzany rezerwat skalny na Podkarpaciu.

Pożegnaliśmy Prządki, kierując się w kierunku kolejnej miejscowości na mapie Podkarpacia. Kościół pw. Wszystkich Świętych to gotycki, drewniany kościół znajdujący się we wsi Blizne, z połowy XV wieku, wpisany wraz z innymi na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Kościół w Bliznem jest jednym z najcenniejszych obiektów drewnianej architektury sakralnej w Polsce. Bardzo interesująca opowieść lokalnej przewodniczki bardzo nas ujęła . Kościół w Haczowej to kolejny zabytek i kolejna perełka sakralnej architektury drewnianej z XIV wieku .

Ostatnim punktem naszej wycieczki było miasto Krosno. Spokojny spacer po Rynku i okolicznych uliczkach oraz ciepły posiłek w tutejszych lokalach pozwolił, zaznajomić się z klimatem tego miasta. Punktem kulminacyjnych było jednak Centrum Dziedzictwa Szkła. Tutaj, przez ponad dwie godziny uczestniczyliśmy w pokazie produkcji i zdobienia szkła. Śledziliśmy kolejne etapy powstawania szklanych wazonów, pater, pucharów, kielichów i innych ozdób. Podziwialiśmy kunszt pracowników, niejednokrotnie artystów, bo wytwarzanie tych szklanych przedmiotów wymaga nie lada umiejętności. Każdy eksponat to dzieło kilku artystów sztuki szklanego rękodzieła. W piwnicach przedprożnych oraz w sali wystaw czasowych zapoznać się można z ekspozycjami prezentującymi zarówno szkło artystyczne, wykonane przez najlepszych polskich twórców, oraz użytkowe – wspaniałe przykłady najwyższego kunsztu wzornictwa użytkowego.

Zobaczyliśmy więc na żywo produkcję szkła, wzięliśmy udział w warsztatach szklanego rzemiosła, podziwialiśmy wspaniałe dzieła szklanej sztuki, no i w bajecznie kolorowym sklepie firmowym kupiliśmy piękne szklane pamiątki.

Wieczorem, pełni wrażeń i bogatsi w nową wiedzę, udaliśmy się w drogę powrotną do Chrzanowa.

EW

Na krokusy 07. i 13.04.2019

Popularność kwietniowych wypraw w Tatry „na krokusy” rośnie z każdym rokiem. W niedzielny poranek z chrzanowskiego Placu Tysiąclecia wyjeżdżały dwa autokary zapełnione przez członków i sympatyków Oddziału PTTK zmierzających na Halę Kondratową i dwa wiozące członków i sympatyków bratniej organizacji do Doliny Chochołowskiej. Obawialiśmy się wielkiego najazdu amatorów krokusów na Tatry.

Dojazd do zakopiańskiego parkingu pod skocznią przebiegł szybko i sprawnie, za wyjątkiem niewielkiego opóźnienia na przystanku przy stacji benzynowej przed Nowym Targiem, gdzie tradycyjnie korzystamy z toalety i automatów z kawą – tu właśnie utworzyła się spora kolejka, złożona głównie z bielskich przewodników zmierzających na szkolenie do Krościenka. Ale taki problem to nie problem.

Po opuszczeniu autokarów skierowaliśmy się do Kuźnic i dalej, w stronę Polany Kalatówki. Współwędrowców było sporo ale nie był to zwarty tłum. Na Kalatówkach okazało się, że krokusy są, ale niezbyt liczne i nie w pełni jeszcze rozwinięte. Poszliśmy więc dalej. A dalej było już po śniegu. Udeptany na ścieżce śnieg przeważnie nie stwarzał problemów i tylko jeden stromy, wyślizgany przez tysiące turystów odcinek był nieco trudny do przejścia, ale wszyscy sobie z nim poradzili.

Na Hali Kondratowej było już mnóstwo ludzi. Tu, oczywiście, śnieg zalegał jeszcze wszędzie, o krokusach nie mogło być mowy, ale nikt nie żałował przyjścia w to piękne miejsce. Błękitne, bezchmurne niebo, osłonecznione i ośnieżone zbocza i szczyty gór były wspaniałą nagrodą za trud dojścia na halę. W schronisku PTTK można sobie było także ufundować nagrodę w postaci kawy z szarlotką lub innego smakołyku. Po dłuższej chwili odpoczynku i zachwycania się panoramą kilka osób z naszej grupy postanowiło ruszyć jeszcze dalej. Skierowaliśmy się w stronę Przełęczy Kondrackiej. Początkowo dość łagodnie, później coraz bardziej stromo podchodziliśmy w kierunku widocznej przełęczy. Po drodze nasza nieliczna grupka jeszcze topniała i ostatecznie cel (1725 m npm) osiągnęło trzech najbardziej wytrwałych. Do szczytu Giewontu było stąd już niedaleko, ale nie mieliśmy dość czasu, żeby tam dojść, więc po krótkim postoju rozpoczęliśmy zejście, tą samą trasą, którą niedawno pokonaliśmy.

W drodze powrotnej zajrzeliśmy do schroniska PTTK na Kalatówkach, gdzie jest znacznie więcej miejsca dla konsumentów i większy wybór dań niż na Kondratowej, choć nie ma takiego klimatu. A potem pozostał już tylko spokojny powrót do autokaru. Spora część grupy zeszła znacznie szybciej z Kondratowej by odwiedzić centrum Zakopanego.

Kiedy wszyscy zgromadziliśmy się w autokarze, ruszyliśmy w drogę do Chrzanowa. Przejeżdżając w rejonie wylotu Doliny Chochołowskiej widzieliśmy zaparkowane, gdzie się dało, tysiące samochodów. Później, na stacji gdzie przystanęliśmy, spotkaliśmy wracających z tej doliny turystów z bratniej organizacji i dowiedzieliśmy się, że były tam niesamowite tłumy ludzi. Również na tej stacji spotkaliśmy nieco mniejszą grupę znajomych z Chrzanowa zwiedzających góry we własnym gronie – wracali z Gorców.

Cieszymy się, że góry stają się coraz popularniejsze, choć prowadzi to czasem do przesady.

W kolejny weekend – tym razem w sobotę – znów wybraliśmy się w Tatry – tym razem do Doliny Chochołowskiej. Znów wyjechało nas sporo, choć pogoda popsuła się i zapowiadano odwrót wiosny. Ponure niebo zniechęciło wielu turystów i na parkingu na Siwej Polanie nie było wielkiego tłoku.

Przejście Doliną Chochołowską nie zachwyciło – nisko zalegające chmury radykalnie ograniczały widoczność na szczyty, przygnębiający był też widok gołych, po wiatrołomach, zboczy i licznych pni ściągniętych ze stoków na dno doliny. Dopiero na Polanie Chochołowskiej, fioletowej od krokusów, poprawiły się nam humory. Było się czym zachwycać i było co fotografować.

Po krótkim odpoczynku w schronisku PTTK kilka osób ruszyło wyżej. Wspinając się, zrazu łagodnie, później ostrzej dotarliśmy na Grzesia (1653) i tu zostaliśmy nagrodzeni: co jakiś czas na kilka minut chmury ustępowały znad szczytów i pokazywały się nam spore fragmenty Tatr Zachodnich: Rakoń, Wołowiec, Salatyn, Osobita a z przeciwnej strony Trzydniowiański Wierch.

Wkrótce nadszedł czas na powrót. Zejście do schroniska PTTK, krótki przystanek w nim (tym razem kolejki do bufetu i toalety były znacznie krótsze), zejście doliną i znów jesteśmy w autokarze. I właśnie wtedy rozpoczynają się zapowiadane w prognozach opady. Kiedy jedziemy do domu, deszcz pada całkiem solidnie. Ale nam to już nie przeszkadza.

Może nie był to idealny dzień w górach, ale i tak było warto, szczególnie, jeśli ktoś zdobył się na trud wejścia na Grzesia.

KP.

Powitanie wiosny na rowerach 24.03.2019

W pierwszą niedzielę wiosny wybraliśmy się w grupce nielicznej, ale bardzo sympatycznej na rowerach na przejażdżkę pod hasłem „Powitanie wiosny”. Z chrzanowskiego Placu Tysiąclecia przez centrum miasta i ulice Stara Huta oraz Powstańców Styczniowych pojechaliśmy w stronę Żarek i dalej w kierunku Wisły.

Wkrótce dojechaliśmy do stawów, gdzie dostrzegliśmy pierwsze oznaki wiosny: licznych wędkarzy siedzących na brzegach. Usiedliśmy i my. Było ciepło, słonecznie – idealne warunki na krótki odpoczynek w pięknej okolicy.

Następny etap naszej wycieczki doprowadził nas do ujścia Chechła do Wisły. Kilka fotografii i jedziemy dalej, wałem wiślanym do Mętkowa. Tu zatrzymaliśmy się przy drewnianym kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej, w którym kiedyś (kiedy jeszcze kościół znajdował się w Niegowici) posługę kapłańską pełnił ksiądz Karol Wojtyła.

Dalej pojechaliśmy w stronę Zagórza. Przed centrum tej wsi zatrzymaliśmy się znów nad stawami urządzonymi specjalnie dla wędkarzy. Jest to niedawna inwestycja, jeszcze niezupełnie wykończona, ale już chętnie wykorzystywana przez „moczykijów”. Piękna pogoda zachęciła i nas do odpoczynku pod jedną ze stojących tu wiat.

Z Zagórza postanowiliśmy pojechać ciekawszą, choć nieco trudniejszą drogą wspinającą się serpentynami na szczyt Żelatowej. Nie da się ukryć – na bardziej stromych odcinkach prowadziliśmy rowery. Tuż przed końcem podjazdu jest tam, nieco oddalone od drogi, miejsce wypoczynku urządzone w dawnym niewielkim kamieniołomie – ładny widok na dolinę Wisły, Bukowicę, Grodzisko, kilka ławeczek, miejsce na ognisko, palenisko na grilla i, niestety, paskudne śmietnisko. Odwiedzający to miejsce dają świadectwo o swojej kulturze (a raczej kompletnym jej braku) a gospodarze terenu o zupełnym braku dbałości o to ładne (teoretycznie) miejsce. No cóż, to nasz wspólny wstyd, nie zrobiły tego krasnoludki ani imigranci.

Dalszy ciąg trasy wiódł nas w rejon szczytu Żelatowej. Potem, ze względu na to, że nasza grupka była nieliczna i gotowa na trudne wyzwania, zaproponowałem zejście (bo na pewno nie zjazd) ścieżką leśną oznakowaną żółtym szlakiem pieszym. Było to niełatwe, ale daliśmy radę. A po drodze podziwialiśmy piękny wąwóz wcinający się w zbocze Żelatowej oraz źródełko pod bukiem – niezwykle urokliwe miejsce, ale, napiszę to jeszcze raz wyraźnie – trudno dostępne dla turystów z rowerem. Tu napotkaliśmy znów sporo śladów wiosny: kwitnące przylaszczki, zawilce, nawet lepiężniki.

Po zjechaniu do podnóża góry skierowaliśmy się w stronę szkoły w Pogorzycach i dalej – do wyrobiska dawnego kamieniołomu. Również to miejsce zostało ostatnio spaskudzone – zwieziono tu kupę ziemi i stertę podkładów kolejowych.

Potem przez Źrebce i las dojechaliśmy do Kościelca, ciągle przy pięknej, wiosennej pogodzie. I tu się rozstaliśmy. Ja przejechałem 32 km – w sam raz na początek sezonu kolarskiego.

KP.

Morskie Oko 17.03.2019

Lubimy odwiedzać Morskie Oko, także zimą. Prawdę mówiąc, szczególnie zimą, bo jednak, przy ogromnej popularności tego miejsca, jest tu wtedy nie aż tak tłoczno. No więc w kolejną zimową niedzielę pojechaliśmy na Palenicę Białczańską i ruszyliśmy drogą do celu. Pogoda była znakomita: na niemal bezchmurnym niebie wspaniale świeciło Słońce, nie było wiatru, niewielki mróz z rana chronił przed topnieniem śniegu i spływaniem wody po jezdni.

Kto planował wyjście nad Czarny Staw – szedł nieco szybciej, pozostali niespiesznie pokonywali trasę, chłonąc widoki. Mijały nas kolejne wozy wiozące turystów praktykujących zasadę „minimum wysiłku” i szybkochodziarze, my mijaliśmy idących wolniej, ale w sumie nie było zbyt dużego ruchu.

Po dojściu do schroniska PTTK nad Morskim Okiem zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek i niewielką grupką ruszyliśmy dalej – na przestrzał po zamarzniętej tafli jeziora w kierunku podejścia na próg Czarnego Stawu. Właśnie to podejście było najtrudniejszym odcinkiem tego dnia: strome, pokryte grubą warstwą śniegu wymagało pewnego wysiłku (piszę to z mojej obecnej perspektywy, jeszcze dziesięć lat temu nie zauważyłbym tego). W końcu jednak wszyscy, którzy się zdecydowali na to wejście dotarli nad Staw. Tu otwarły się przed nami nowe widoki: podziwialiśmy potężne otoczenie dwóch stawów, na zejściu z Rysów i na podejściu w stronę Przełęczy pod Chłopkiem śledziliśmy kilku jeszcze ambitniejszych turystów, fotografowaliśmy otoczenie i nas na jego tle, coś zjedliśmy i wypiliśmy. Było cudnie.

W końcu jednak nadszedł czas na zejście. I okazało się, że w dół też nie jest łatwo. Tomek zjechał na … inni szybciej lub wolniej zsuwali się po stromym, ośnieżonym zboczu. Potem było już spokojnie: po lodzie przez Morskie Oko do schroniska. A tu jednak ludzi było sporo. Korzystając z pięknej pogody siedzieli przed budynkiem ale i we wnętrzu niełatwo było znaleźć miejsce siedzące. Dało się słyszeć kilka języków obcych i zauważyliśmy grupę młodych Azjatów. Ciągle jednak było znacznie luźniej niż w pogodne weekendy latem.

Kiedy nadeszła pora, trzeba było pożegnać cudowne otoczenie MOka i ruszyć w dół. Żeby sobie urozmaicić powrót, zeszliśmy z Rafałem do schroniska PTTK w Starej Roztoce. Tu już tłumów nie ma. Nieco oddalone od szlaku niedzielnych spacerowiczów schronisko odwiedzane jest przez prawdziwych turystów i można tu spokojnie usiąść, bez kolejki zamówić coś w bufecie i spokojnie zjeść. No i wreszcie pozostało nam już tylko dotarcie do parkingu, zajęcie miejsca w autokarze i powrót do Chrzanowa.

Mieliśmy wiele szczęścia, bo do uroku gór dostaliśmy w prezencie piękną pogodę, wracaliśmy więc do domu zachwyceni.

KP.

Podhale 8-10.03.2019

W tym roku, zamiast wyjazdowego świętowania Walentynek, postanowiliśmy uczcić w ten sposób Dzień Kobiet. Po wyjazdach za różne granice w minionych latach ten weekend postanowiliśmy spędzić na Podhalu.

W piątkowe popołudnie wyjechaliśmy z chrzanowskiego Placu Tysiąclecia i wkrótce dotarliśmy do pensjonatu Cztery Pory Roku w Kościelisku. Po zakwaterowaniu i posileniu się zebraliśmy się w miejscowej sali bilardowej, gdzie rozpoczęła się zabawa przy świetnej muzyce z maszyny (zestaw nagrań Józka chwaliłem już przed rokiem a teraz, po zmianach, jest jeszcze lepszy). Wyjątkowa okoliczność – Dzień Kobiet, radość ze spotkania się i wspólnej zabawy oraz drobny poczęstunek powodowały, że tańce trwały dłuuugo. Nikomu nie przeszkadzaliśmy, bo zlokalizowana w podziemiu sala jest dobrze izolowana akustycznie.

W sobotni poranek po śniadaniu członkowie zarządu Oddziału i inni zaproszeni zebrali się ponownie w znanej nam już sali, by podsumować miniony rok, kolejny z wieloma atrakcyjnymi wycieczkami, rosnącą liczbą członków Oddziału i niezłym wynikiem finansowym (nie dla zysku prowadzimy naszą działalność ale pieniądze są do jej prowadzenia niezbędne, więc na ten aspekt też musimy zwracać baczną uwagę).

Po zakończeniu zebrania wyjechaliśmy wszyscy do Kir, by odwiedzić Dolinę Kościeliską. Prognozy pogody były niezachęcające (przewidywano opady w ciągu dnia i silny wiatr) ale przejście Doliną nie było zagrożone. Co prawda widoki były ograniczone, droga na długich odcinkach śliska a potem dodatkowo mokra, ale przejście piękną doliną zawsze jest atrakcją. Na Polanie Ornak zatrzymaliśmy się w schronisku PTTK, gdzie można było wygodnie usiąść, zjeść i wypić coś z plecaka lub skorzystać z oferty miejscowej kuchni.

Po odpoczynku ruszyliśmy w kierunku Stawu Smreczyńskiego. Ten fragment trasy sprawił trochę kłopotów tym z turystów, którzy nie mieli kolców pod butami. Nad Stawem zatrzymaliśmy się na moment, żeby podziwiać otoczenie: pokrytą grubą warstwą śniegu taflę lodu i lekko zamglone góry.

Zejście do Kir wymagało znów wielkiej uwagi, szczególnie od tych, którzy nie uzbroili się w raczki lub raki. Ale nie musieliśmy się spieszyć i spokojnie wszyscy dotarli na parking. Wiatr wiał przez cały dzień niezbyt mocno a drobne opady mokrego śniegu nie przeszkadzały.

Po zebraniu się w autokarze wróciliśmy do pensjonatu, by zjeść obiad i przygotować się do wejścia do basenów. W Termach Chochołowskich napotkaliśmy wielki tłum ludzi, skuszonych wieczorną obniżką cen biletów (my też z niej skorzystaliśmy). We wszystkich basenach, w wannach z bąbelkami kłębiło się ludzkie mrowie. Ale cierpliwi skorzystali z wszystkich atrakcji. Po kilkugodzinnym przejściu wygrzanie kości i mięśni w ciepłej wodzie mineralnej każdemu dobrze zrobiło. Można było skorzystać z basenów na zewnątrz (woda ciepła ale powietrze nad nią – zimne), z groty solnej, z baru, z saun (to już za dodatkową opłatą). Dla mnie te trzy godziny w wodzie zupełnie wystarczyły.

A w pensjonacie jeszcze podgrupy kontynuowały spotkania integracyjne.

W niedzielę po śniadaniu i opuszczeniu pensjonatu przejechaliśmy do wylotu Doliny Strążyskiej. Tu nastąpił podział na podgrupy, począwszy od tych, którzy pojechali prosto do centrum Zakopanego, przez tych, którzy poszli tam Drogą Pod Reglami, tych, którzy doszli do wodospadu Siklawica w Dolinie Strążyskiej by wrócić Doliną Strążyską i dalej – Drogą Pod Reglami i wreszcie najambitniejszych, którzy przeszli przez Czerwoną Przełęcz i Sarnią Skałę (widoki z niej były bardzo ograniczone – krzyż na Giewoncie momentami znikał prawie zupełnie) do Doliny Białego. Tak, czy inaczej wszyscy dotarli w końcu pod skocznie i o umówionej porze zebrali się w autokarze, by wracać do domu. I bardzo dobrze, bo właśnie rozpadało się na dobre.

Deszcz padający cały czas podczas jazdy i pokazująca się piękna tęcza uzmysłowiły nam, że mieliśmy wielkie szczęście do pogody. Trochę wiało, troszkę padało (śnieg) w sobotę, było sporo chmur i mgieł, ale udało się nam dojść wszędzie, gdzie chcieliśmy i wrócić bez kłopotów. A cała reszta wycieczki była świetna, co podkreślali wszyscy uczestnicy umawiając się na podobny wyjazd za rok.

KP.

Babia Góra na Dzień Kobiet 03.03.2019

Tradycyjna wycieczka na Babią Górę z okazji Dnia Kobiet znów cieszyła się sporą popularnością, choć prognozy pogody nie były zachęcające. Zgodnie za zwyczajem, uczestniczące w wycieczce Panie otrzymały od Prezesa, oprócz życzeń, także słodkości i uściski.

Podjechaliśmy, jak zwykle, na Przełęcz Lipnicką i ruszyliśmy bez zbytniego pośpiechu w górę. Do Sokolicy towarzyszyła nam dość przyjemna pogoda – niebo nad nami było błękitne i nie czuliśmy wiatru. Ale już na Sokolicy, gdzie nie było osłony lasu – zawiało. A im wyżej podchodziliśmy, tym silniejsze były podmuchy. Jednak nie stanowiły one problemu nie do pokonania. Diablak spowity był przez gęstą chmurę i hulały na jego szczycie diable wiatry, więc nikt z licznie odwiedzających go turystów nie zatrzymywał się tu zbyt długo. Łyk herbaty z termosu, szybka kanapka, kilka zdjęć (fotografowanie się z bosymi stopami na śniegu też jest już naszą tradycją) i schodzimy w stronę Przełęczy Brona.

Widoczność była bardzo ograniczona przez chmurę – stojąc przy tyczce oznaczającej ścieżkę trudno było dojrzeć następną. Na szczęście nie było świeżego puchu, który zawiewałby ślady poprzedników i łatwo dało się dostrzec nakłucia po rakach na zmrożonym śniegu. Tak więc orientacja podczas zejścia nie stwarzała wielkich trudności. Po wejściu między drzewa można już było odetchnąć od wiatru. Kilka ambitniejszych osób weszło dodatkowo z Brony na Małą Babią, choć tam też nic nie było widać. Zejście z Brony zimą jest zawsze emocjonujące: strome odcinki kuszą do zjazdów na siedzeniu albo wymagają wielkiej uwagi, żeby nie zjechać mimowolnie. W końcu wszyscy dotarliśmy do schroniska PTTK na Markowych Szczawinach, gdzie było sporo czasu na oddech w cieple i bez podmuchów, na zupę, kawę, herbatę, czy jeszcze coś. Schronisko to nie ma takiego klimatu, jak poprzednie na tym miejscu, ale jako miejsce odpoczynku i posilenia się licznych rzesz turystów sprawdza się znacznie lepiej.

A potem czekało nas już tylko zejście do Podryzowanej, gdzie czekał na nas autokar i przejazd do Chrzanowa. Za względu na warunki pogodowe nie była to wycieczka w typie „lekkich, łatwych i przyjemnych” ale miłośnicy Babiej Góry, a jest ich sporo, byli zadowoleni.

KP.

  Kraków Podgórze 10.02.2019

Jeździmy dość regularnie na wycieczki do Krakowa, bo to najpiękniejsze (według mnie) miasto w Polsce i najważniejsze (znów według mnie) w naszej historii, bo ciągle można w nim odkrywać coś nowego, bo mamy do niego blisko, bo … jest jeszcze wiele argumentów, ale te wystarczą. Pojechaliśmy więc tam po raz kolejny, tym razem koncentrując się na Podgórzu.

Dzielnica ta, przez 130 lat samodzielne miasto, po dłuższym okresie zapomnienia i zaniedbania zyskuje obecnie nowe oblicze: na miejscu starych zakładów przemysłowych powstają zupełnie nowe obiekty różnego przeznaczenia – gospodarcze, mieszkalne, kulturalne, hotelowe. Lokalni patrioci zadbali o wyeksponowanie ciekawej historii tego miejsca i stworzenie warunków dla przyciągnięcia turystów. I to się udaje. Podgórze jest odwiedzane coraz liczniej.

My zaczęliśmy – zgodnie z biegiem historii – od najstarszego obiektu – Kopca Krakusa. Mieliśmy tu dużo szczęścia, bo dobra widoczność umożliwiła nam podziwianie z jego szczytu rozległych widoków na cały Kraków, Lasek Wolski i nawet Beskidy z dumną Babią Górą. Z kopca podążyliśmy w kierunku nieodległego Fortu Benedykt i kościółka św Benedykta. Tu XI-wieczna świątynia sąsiaduje przez płot z XIX fortem w typie Baszty Maksymiliańskiej.

Dalej ulicą porucznika Antoniego Stawarza (była okazja do przypomnienia jego udziału w wyzwalaniu Krakowa w październiku 1918) przeszliśmy na Rynek Podgórski. Po krótkiej przerwie na kawę skierowaliśmy się do panującego nad Rynkiem kościoła św Józefa. To ponadstuletnie dzieło Jana Sas Zubrzyckiego zachwyca monumentalną architekturą neogotycką i konsekwentnie w tym samym stylu wyposażonym wnętrzem. Ciekawe jest również najbliższe otoczenie świątyni z Golgotą Podgórza rzeźbioną przez prof. Wincentego Kućmę.

Kolejnym punktem naszego programu był spacer po Parku im Wojciecha Bednarskiego –wyspie spokoju w miejskim zgiełku. Przyjemna pogoda zachęcała do spaceru, mimo braku zieleni. Oprócz rodzin z dziećmi i naszej grupki z ciepłego, słonecznego dnia w parku korzystały także wiewiórki. Wkrótce doszliśmy do zabudowań krakowskiego ośrodka TVP i zaczęliśmy schodzić z grzbietu Krzemionek. A tuż poniżej zatrzymaliśmy się przy kościele Redemptorystów pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Ta świątynia, również zbudowana według projektu Jana Sas Zubrzyckiego nie porywa tak jak poprzednia.

Po przejściu przez Plac Niepodległości i znów przez Rynek dotarliśmy wkrótce do Placu Bohaterów Getta. Była tu okazja do opowieści o tragicznym losie krakowskich (i nie tylko) Żydów w czasie II Wojny Światowej.

Ostatnim punktem naszej drogi przez Podgórze była Cricoteka. Po muzeum poświęconym Tadeuszowi Kantorowi oprowadziła nas bardzo fachowo miejscowa przewodniczka przedstawiając drogę twórczą tego wyjątkowego artysty, rozwój jego koncepcji i podejścia do sztuki. Spotkanie z tą twórczością nie pozostawia nikogo obojętnym. Mieliśmy także możliwość zapoznania się z wystawą czasową twórczości Marii Jaremy.

Potem przez kładkę Bernatka z grupą balansujących „między wodą a niebem” akrobatów (dzieło Jerzego Kędziory) przeszliśmy na Kazimierz i dalej Stradomską i Grodzką do Rynku Głównego. Tu była ostatnia już przerwa na kawę a potem już tylko powrót do domu.

To była kolejna ciekawa wycieczka w pięknym dniu do wspaniałego Krakowa.

KP.

Przewodnicy PTTK dzieciom

Rydlówka 06.02.2019

Przewodnicy zrzeszeni w chrzanowskich Kołach Przewodników zorganizowali i przeprowadzili wycieczkę w ramach akcji „Przewodnicy PTTK dzieciom” prowadzonej w tym roku pod hasłem „Śladami Stanisława Wyspiańskiego w Małopolsce”.

W akcji uczestniczyło 38 dzieci z dwoma opiekunkami (zgłoszonych było 48 dzieci i 3 opiekunki, ale z różnych względów część ze zgłoszonych nie mogła wziąć udziału) oraz dwóch przewodników: Kazimierz Pudo i Jan Oczkowski.

Uczestnicy przejechali do Rydlówki w Bronowicach Małych (Oddział Muzeum Historycznego Miasta Krakowa), gdzie prowadzeni przez miejscowego przewodnika zapoznali się z historią tego miejsca, ze szczegółami dotyczącymi przebiegu wesela Lucjana Rydla z Jadwigą Mikołajczykówną oraz powstania i premiery zainspirowanego przez nie słynnego dramatu Stanisława Wyspiańskiego, wreszcie z najważniejszymi uczestniczącymi w nim postaciami: Stanisławem Wyspiańskim, Lucjanem Rydlem, Włodzimierzem Tetmajerem i gośćmi weselnymi. Przewodnik opowiedział o młodopolskiej „chłopomanii”, o sytuacji społecznej i politycznej w Krakowie przełomu wieków, o wciąż żywej, lecz skrępowanej niemocą nadziei na odzyskanie niepodległości.

Po zakończeniu wizyty w Rydlówce uczestnicy przeszli na cmentarz Bronowicki, gdzie nawiedzili groby kilku osób uczestniczących w pamiętnym weselu: Włodzimierza i Anny Tetmajerów (Gospodarz i Gospodyni) oraz Mikołajczyków, między innymi Jakuba (Kuba).

Na zakończenie wycieczki uczestnicy otrzymali poczęstunek, między innymi jabłka, rogaliki, batony, soki owocowe. Była też herbata i kawa (dla dorosłych).

Dzięki dotacji otrzymanej z Urzędu Marszałkowskiego uczestnicy nie ponieśli kosztów przejazdu, poczęstunku, wstępu do muzeum. Chrzanowscy przewodnicy zorganizowali i prowadzili wycieczkę społecznie.

Kazimierz Pudo.

Zielony Staw Kieżmarski 03.02.2019

Termin pierwszej wyprawy w Tatry w tym roku został zmieniony ze względu na wyjątkowo obfite opady śniegu w styczniu, co spowodowało duże zagrożenie lawinowe. No i bardzo dobrze. Ta niedziela, kiedy tam pojechaliśmy była piękna – przynajmniej w Tatrach, bo w Chrzanowie było mglisto i wieczorem nawet dżdżysto.

Ale my wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Chrzanowa i w miarę szybko dotarliśmy do wylotu Białej Wody Kieżmarskiej. Zastaliśmy tu sporo śniegu ale droga była przetarta i szło się dobrze, szczególnie, jeśli ktoś miał coś pod butami (wystarczały skromne raczki). Ponieważ czasu mieliśmy sporo, pogoda i warunki były dobre, Tomek zaproponował przejście dodatkowo do Białego Stawu Kieżmarskiego. Byliśmy tam ostatnio w maju ubiegłego roku, ale miejsce jest piękne a wtedy było zupełnie inaczej – prawie bezśnieżnie, więc prawie wszyscy chętnie przystali na propozycję. I tu zaczęły się atrakcje: ścieżka w tym kierunku była nieprzedeptana. Szczególnie fragment ostrzejszego podejścia wymagał sporego wysiłku. Tomek próbował znaleźć ochotników na torowanie szlaku, ale nie pchali się, więc sam to robił – młody, dał radę.

Nad Białym Stawem (zupełnie dosłownie białym, bo zasypanym śniegiem) zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, by podziwiać widoki od Małego Kieżmarskiego Szczytu po Jatki. Widać było kilka miejsc, gdzie na stokach zeszły lawiny gruntowo-śnieżne. W ogóle było pięknie. Był czas dla fotografów, dla zgłodniałych i spragnionych (to z własnych zapasów). I wreszcie ruszyliśmy dalej – w stronę Zielonego Stawu.

Wkrótce dotarliśmy do zlokalizowanego nad nim schroniska. Tu była dłuższa przerwa, by można było skorzystać z oferty schroniskowej kuchni. Przebojem były olbrzyyyymie buły na parze, obficie polane roztopionym masłem, grubo posypane cukrem – pudrem, proszkiem kakaowym i cynamonem. Wspaniałe danie dla maksiłasuchów – istna bomba kaloryczna. Ale po intensywnym przejściu pozwoliłem sobie … i dałem radę (a nie wszystkim to się udało).

Potem pozostało nam zejście – też przyjemne. Tylko musieliśmy się oglądać za siebie, żeby w porę zejść z drogi przed zjeżdżającymi ze schroniska narciarzami. Ale obyło się bez problemów. No i na sam koniec – powrót do Chrzanowa, który powitał nas drobnym deszczem.

Jednak w górach jest wspaniale, nawet zimą.

KP.

Częstochowa 06.01.2019

Częstochowa jest warta odwiedzin, oczywiście przede wszystkim ze względu na Sanktuarium Jasnogórskie, ale nie tylko. Tak więc na początku roku wybraliśmy się właśnie tam.

Rozpoczęliśmy od Jasnej Góry. Spacer po wałach obronnych, kilka zdjęć przy armatach i wkrótce nadeszła pora na mszę w Kaplicy Matki Bożej. Potem był jeszcze czas na zwiedzenie Sali Rycerskiej, Golgoty jasnogórskiej, Skarbca, Arsenału, Muzeum 600-lecia.

Z Jasnej Góry przejechaliśmy pod bramę Muzeum Produkcji Zapałek. Pod kierunkiem bardzo kompetentnych pracowników Muzeum zapoznaliśmy się z linią produkcyjną, obejrzeliśmy unikatowy film nakręcony podczas pożaru fabryki w 1913 roku, podziwialiśmy ekspozycję rzeźb z jednej zapałki Anatola Karonia i bogaty zbiór etykiet zapałczanych i wreszcie mogliśmy kupić pamiątki (nie tylko zapałki). To bardzo ciekawe i wyjątkowe miejsce.

Po wyjściu z Muzeum weszliśmy do archikatedry Świętej Rodziny, gdzie trwała msza św przed tradycyjnym Orszakiem Trzech Króli.

Kolejnym punktem naszego programu było zwiedzenie Parku Miniatur Sakralnych. Prowadzeni przez dysponującego bogatą wiedzą miejscowego przewodnika podziwialiśmy miniatury najpiękniejszych świątyń z Ziemi Świętej, Portugalii, Hiszpanii, Francji, Włoch, Niemiec, Austrii, Bośni i Hercegowiny, Turcji i Armenii. W czasie nieco ponad godziny można tu odwiedzić najwspanialsze budowle sakralne z Europy i nie tylko.

I to był koniec programu tej wycieczki. Jeszcze tylko przystanek przy placówce popularnej sieci fast foodów i już wracaliśmy do Chrzanowa. Dzień był mroźny, ale wycieczka była ciekawa, z bogatym różnorodnym programem.

KP.

Powitanie Nowego Roku

Hrobacza Łąka* 01.01.2019

Począwszy od 2012 roku wyjeżdżamy witać Nowy Rok w górach. Tym razem zaplanowaliśmy odwiedziny w schronisku na Hrobaczej Łące. W Chrzanowie z rana było niezbyt ładnie: chmurno i wilgotno ale w górach mieliśmy nadzieję zastać nieco lepszą pogodę. I rzeczywiście, kiedy dojechaliśmy na Przełęcz Przegibek, okazało się, że wokół jest białośnieżnie. Ruszyliśmy niespiesznie (niektórzy czuli w nogach nocne tańce) w górę. Wkrótce dotarliśmy do Gaików (808) i tu weszliśmy na czerwono znakowany Mały Szlak Beskidzki. Potem przez Groniczki (833) i Przełęcz u Panienki doszliśmy na Hrobaczą Łąkę. Po drodze spotkaliśmy kilka osób, które podobnie jak my postanowiły powitać Nowy Rok w górach. Niebo było zachmurzone, ale ośnieżony las i tak prezentował się pięknie.

W schronisku poniżej szczytu Hrobaczej Łąki usiedliśmy na dłuższą przerwę. Były życzenia pomyślności w Nowym Roku, symboliczna lampka szampana, ciasteczka, był czas na kawę, herbatę czy nawet zupę, jeśli ktoś zgłodniał. Obiekt, który przed dwoma laty bardzo ucierpiał skutkiem pożaru został już uruchomiony i prezentuje się bardzo dobrze, choć jeszcze nie wszystkie prace zakończono.

Po przerwie opuściliśmy gościnne progi schroniska, by zmierzać w stronę mety naszej trasy. Nadal czerwonym szlakiem zeszliśmy do zapory w Porąbce, gdzie czekał już na nas busik. Ostatni fragment trasy był nieco mniej przyjemny bo na mniejszej wysokości śnieg topniał a potem pojawiło się błoto i towarzyszyła nam drobna mżawka. Ale i tak ten dzień w górach sprawił nam sporo przyjemności i był dobrym rozpoczęciem roku.

*Używam tradycyjnej nazwy przez H, choć według Państwowego Rejestru Nazw Geograficznych powinno być Ch.

KP.