Polskie Towarzystwo Turystyczno - Krajoznawcze Oddział Chrzanów
Strona główna
Władze oddziału
Plan wycieczek
Dokumenty Oddziału
Koło Grodzkie
Koło Fablok
Koło Nafta
Koło Uniwersytetu Trzeciego Wieku
Komisja Turystyki Młodzieżowej
Komisja Turystyki Kolarskiej
TRW GOT PTTK
Odznaka "Turysta Ziemi Chrzanowskiej"
Koło Przewodników Turystycznych i Pilotów Wycieczek
Relacje z imprez
Galerie zdjęć
Kontakt

Relacje z imprez



Mogilany 28.05.2017
Kotlina Kłodzka 25-28.05.2017
Gorc 21.05.2017
Romantyczny Ren 19-24.04.2017
Korea na Prima Aprilis - 02.04.2017 r.
Stara Nowa Huta 18.03.2017
Babia Góra na Dzień Kobiet 12.03.2017
Zjazd Oddziału PTTK w Chrzanowie 11.03.2017
Pałace Zagłębia Dąbrowskiego 5.03. 2017
Prehyba (1173 m npm) 26.02.2017
Berlin, Tropikalne Wyspy 11-12.02.2017
Teatr z Kołem Grodzkim 04.02.2017
Termy Chochołowskie 21.01.2017
Wieczornica Koła Grodzkiego 14.01.2017
Powitanie Nowego Roku - Kozia Góra 01.01.2017
Trójstyk i Girowa (840 m) 06.11.2016
Góry Lewockie - Jaworzyna (1224) 30.10.2016
Pilsko 16.10.2016
Zakończenie sezonu koła Fablok 1.10.2016
Lubań 25.09.2016
Wrocław 24.09.2016
Toskania 9-18.09.2016
Winobranie w Zielonej Górze 2-4.09.2016
Po drogach, bezdrożach i ścieżkach Beskidów Ukraińskich 11-16.08.2016
Rysy 7.08.2016
Trzy Korony ... z przygodami 31.07.2016
Alpy Julijskie 20-25.07.2016
Mała Fatra 17.07.2016
Wietrzny Wierch (1112) 10.07.2016
Wokół Doliny Wapienicy 03.07.2016
Szlak Renesansu 29.06.-02.07.2016
Spiskie pogranicze polsko - słowackie na rowerach 26.06.2016
Wiedeń dla cierpiących na bezsenność 11-12.06.2016
Bieszczady 26-29.05.2016 - inne spojrzenie
Bieszczady 26-29.05.2016
Żywiecczyzna na rowerach 22.05.2016
Pogórze Przemyskie 13-15.05.2016
Beskid Sądecki 30.04.-03.05.2016
Wokół Łysej Góry na rowerach 15.05.2016
Turbacz - 8.05.2016
XXX Kolarski Pierwszy Krok 08.05.2016
VII Rajd Rodzinny UTW 07.05.2016
Wokół Jeziora Bodeńskiego 20-25.04.2016
Magura Spiska 10.04.2016
Rzym na rowerach - na Prima Aprilis 03.04.2016
Afryka na Prima Aprilis - 2 kwietnia 2016 r.
Powitanie wiosny 20.03.2016
XXXII Ogólnopolska Pielgrzymka Przewodników Turystycznych 4-6 marca 2016
Opole i Toszek - 6 marca 2016
Międzynarodowy Dzień Przewodników Turystycznych 19.02.2016
Walentynki w Hajduszoboszlo 12-14.02.2016
Zimowy spacer do Płok - 7 lutego 2016 r.
Płoki 07.02.2016
Łamana Skała 31.01.2016
Przewodnicy PTTK Dzieciom 05.02.2016
Luboń Wielki 25.01.2016
VI Bal Turystów Chrzanowskich 23.01.2016
Lipowiec 17.01.2016
Morskie Oko 10.01.2016
Hala Krupowa 03.01.2016
V Rajd Noworoczny 01.01.2016
Czarnogóra, Albania 11-21.09.2015
Beskid Mały i Jezioro Żywieckie 16.08.2015
Alpy - masyw Dachsteinu 22-26.07.2015
Bieszczady 4-7.06.2015
Jesioniki 25-26.04.2015
Amsterdam 30.03 - 1.04.2015
Włochy na rowerach - Prima Aprilis 29.03.2015
Pieniny Spiskie 21.03.2015
X Spotkanie Przy Miedzy Przewodników PTTK 14.03.2015
Kraków 10.03.2015
Babia Góra 08.03.2015
Szyndzielnia (1028 m npm), Klimczok (1117 m npm) 01.03.2015
Rusinowa Polana 22.02.2015
Małopolska Gala Przewodnicka - Bochnia 20.02.2015
Beszeniowa 14-15.02.2015
Stare Wierchy 8.02.2015
Berlin 7-8.02.2015
Wieczornica Koła Grodzkiego 17.01.2015
Powitanie Nowego Roku - Kudłacze 01.01.2015
Bal Sylwestrowy 31.12.2014-01.01.2015
Czeski humor w Krakowie 20.12.2014 r.
Kraków 22.11.2014
Wiedeń, Bratysława 24-26.10.2014
Wiedeń i Bratysława - 24 - 26 października 2014 - inne spojrzenie
Ziemia chrzanowska i okolice - 13 października 2014
Jesienny rajd z Kołem Grodzkim 11.10.2014
Jałowiec (1111 m npm) 05.10.2014
Podsumowanie sezonu Koła Fablok Ponikiew - "Ptysiowo" 04.10.2014
Tatry - Przełęcz Bobrowiecka (1663 m npm) 28.09.2014
Chorwacja 5-14.09.2014
Dolinki podkrakowskie - 3 sierpnia 2014
Wielka Fatra z Kołem Grodzkim 1-3 sierpnia 2014
Gorce - bliżej przyrody 29.06.2014
Miśnia i Drezno 16-18.05.2014
V Rajd Rodzinny UTW i PTTK - 10.05.2014
Bawaria 8-13.04.2014
Łagiewniki i Tyniec 6.4.2014
Czechy na Prima Aprilis - czyli pół żartem, pół serio. 30.03.2014r.
Jaskinia Komonieckiego 16.3.2014
Spotkanie Przy Miedzy 15.3.2014
Babia Góra 9.3.2014
IV Bal Turystów Chrzanowskich 01.03.2014
"Zaćmienie" w Teatrze Zagłebia 22.2.2014
Orawice 15-16.2.2014
Kulig 1.2.2014
Wycieczka Koła Grodzkiego do Gliwic 26.01.2014
Powitanie Nowego Roku - Magurka, Czupel 01.01.2014
Teatr "Bagatela" w Krakowie
Szlak Zabytków Techniki Górnego Śląska 8.12.2013
Wieści ze Spisza... 17-11-2013
Poznajemy okolice z UTW - Ziemia krzeszowicka - 24 października 2013
Roztocze 3-6 października 2013
Zamki nad Loarą 2-7 września 2013
Jak przygoda to tylko w ... Gorgany 28.08. - 01.09.2013
Okolice Szczawnicy pieszo i na rowerach 24-25 sierpnia 2013
Rysianka, Lipowska ... 28 lipca 2013
Bośnia i Hercegowina, Chorwacja 17 - 25 lipca 2013
Pilsko 30.06.2013
Wiedeń 06-08.06.2013
Bawaria 29.05-02.06.2013
Kłodzko - Praga 17-19.05.2013
IV Rajd Rodzinny 11.05.2013
Tyniec, Lasek Wolski 12.05.2013
Kazimierz Dolny +... 12-14.04.2013
VIII Przewodnickie Spotkanie Przy Miedzy 16 marca 2013
Warszawa z UTW 15-17.03.2013
Babia Góra na Dzień Kobiet 10 marca 2013
Zjazd Oddziału 9 marca 2013
Tatry - Przełęcz Karb 3 marca 2013
Święto przewodników turystycznych - Małopolska 21 lutego 2013
Dolina Pięciu Stawów Polskich 17 lutego 2013
Szczyrk 9-10 lutego 2013
III Bal Turystów Chrzanowskich 02 lutego 2013
Powitanie Nowego Roku - Szyndzielnia, Klimczok 1 stycznia 2013
Tatry - Przełęcz Iwaniacka 13.02.2011
Rumunia 25-29.08.2010
Poznań 30.04-03.05.2010
Dolina Mnikowska 25.04.2010
Babia Góra 07.03.2010
Krynica 13-14.02.2010
Barania Góra 06-07.02.2010
Wieliczka - 23.01.2010
Równica 17.01.2010
Prelekcja: Illinois - nie tylko Chicago 14.01.2010
Trzy Korony 03.01.2010
Magura Orawska - 20.09.2009
Łysa Góra - 23.08.2009
Mała Fatra - Wielki Rozsutec - 26.07.2009
Karkonosze - 19-22.06.2009
Tatry - Dolina Kościeliska: Jaskinia Mroźna, Wąwóz Kraków, Jaskinia Smocza Jama - 21.06.2009
Ukraina - Rumunia 22-26.05.2009
Tatry - Dolina Gąsienicowa 24.05.2009
Dolina Mnikowska z Kołem Grodzkim 26.04.2009
Krokusy - Dolina Chochołowska 26.04.2009
Krakowski Kazimierz - nie tylko żydowski 15.03.2009
Zimowa Babia Góra (1725 m npm) w dniu bab 08.03.2009
Walentynki w Krynicy 14-15.02.2009
W Bukowinie Tatrzańskiej - spacer po górkach i basen 01.02.2009
Puchar Świata w skokach narciarskich - Zakopane 15-17 stycznia 2009
Ziemia Chrzanowska - 11.01.2009

Mogilany 28.05.2017


Cudze chwalicie, swego nie znacie.
Sami nie wiecie, co posiadacie.


Żeby nie być jak w zacytowanych słowach Stanisława Jachowicza, wybraliśmy się poznawać swoje. Tym bardziej, że faktycznie do niektórych z zaplanowanych na niedzielną wycieczkę miejsc nie zaglądaliśmy jeszcze nigdy a do innych - rzadko.
Przy pięknej, słonecznej pogodzie niezbyt liczna, niestety, grupa turystów ruszyła w niedzielny poranek w drogę.
Zaczęliśmy od Mogilan, gdzie oprócz XVII- wiecznego kościoła pod wezwaniem św Bartłomieja można podziwiać dwór Konopków (władali nim od 1802 do 1939 roku) otoczony ciekawym parkiem z alejami grabowymi. Poprzedniego wieczoru była w parku majówka ale już prawie nic po niej nie zostało, oprócz afisza na bramie i podestu do tańca. Obejrzeliśmy dwór, pospacerowaliśmy po parku, spojrzeliśmy z tarasu widokowego na rozciągające się na południu Beskidy z Babią Górą.
Kolejnym punktem programu były Krzyszkowice z drewnianym kościołem parafialnym i dworem.
Najznamienitszą postacią w historii Krzyszkowic była księżna Augusta de Montleart, prawnuczka króla Augusta III, ciotka króla Włoch Wiktora Emanuela, nazywana "chłopską księżną" ze względu na wielką dbałość o swoich chłopów, ich dobrobyt, zdrowie, wykształcenie. Pozostały po niej dwór został wraz z otaczającym parkiem niedawno przywrócony do książęcej zaiste świetności.
Z Krzyszkowic pojechaliśmy do niedalekich Myślenic. Tu zwiedziliśmy gotycki kościół parafialny z kaplicą uchodzącego za cudowny obrazu Matki Boskiej Myślenickiej (na jego podstawie powstał obraz Matki Boskiej Kalwaryjskiej), Muzeum Niepodległości w Greckim Domu, Rynek z figurą św Floriana, fontanną z Tereską, pomnikiem walczących o Polskę.
Potem z drobnymi problemami technicznymi dojechaliśmy do Dobczyc, gdzie zwiedziliśmy Stare Miasto z kościołem św Jana, Zamkiem i Skansenem. Widok z tarasów Zamku na zalew na Rabie i otaczające go wzniesienia jest dodatkową atrakcją tej wyprawy.
Potem pozostał nam już tylko powrót do domu.
Wróciliśmy przekonani, że nie trzeba jechać daleko, żeby znaleźć ciekawe i piękne miejsca, o bogatej nieraz historii. A, że pogoda przez cały dzień była wspaniała, uznaliśmy niedzielę za wyjątkowo udaną.

KP.


Kotlina Kłodzka 25-28.05.2017


W dniach 25-28 maja 2017 roku Koło Grodzkie Oddziału Chrzanów PTTK zorganizowało wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej. W wycieczce udział wzięło 30 uczestników.
Pierwszy punkt wycieczki to zwiedzanie Kopalni Złota w Złotym Stoku. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Sztolni Gertrudy, gdzie można zobaczyć m.in. bogatą ekspozycję map i planów kopalni z okresu od XVIII do XX wieku, dawne narzędzia górnicze i hutnicze czy minerały. W bocznych chodnikach, pełniących dawniej funkcję magazynów materiałów wybuchowych, urządzono laboratorium J. Schärfenberga, człowieka, który w pogoni za eliksirem na długowieczność uzyskał z rudy arszenikowej potężną truciznę jaką jest arszenik. Udostępniony do zwiedzania jest "skarbiec". Tutaj można zobaczyć 1066 "złotych" sztabek odpowiadających 16 tonom złota uzyskanym w ciągu całego czasu pracy kopalni tj. przez ok. 1000 lat. Dalszy etap zwiedzania prowadzi przez Sztolnię Czarna Górna. Zobaczyć tutaj można chodnik prowadzący do Czech oraz podziemny wodospad. Z kopalni na zewnątrz wyjeżdżamy Podziemnym Pomarańczowym Tramwajem o długości ok. 300 metrów.
Ze Złotego Stoku przejeżdżamy do Stronia Śląskiego. Tutaj zwiedzamy hutę szkła kryształowego Violetta, gdzie wraz z przewodnikiem poruszamy się wśród pracujących hutników. Zostaliśmy przeprowadzeni przez cały proces produkcji szkła kryształowego, od przygotowywania zestawu surowców, poprzez wytop masy szklanej, dmuchanie i formowanie. Odwiedziliśmy także dział zdobienia, gdzie na specjalnych szlifierkach zdobnicy zmieniają niepozorne wyroby ze szkła w przepięknie zdobione kryształy. Warto dodać, że cała produkcja wysyłana jest na eksport. Miejscem gdzie można nabyć wyroby huty jest sklep firmowy, gdzie udaliśmy się po zwiedzeniu huty - część tylko oglądała, a niektórzy dokonali zakupów.
Ze Stronia Śląskiego przejeżdżamy do Starej Morawy. Dawnymi czasy, korzystając z bogactwa Sudetów, wypalano tu wapno. Budowano w tym celu specjalne piece. Jeden z nich został podniesiony z gruzów i udostępniony do zwiedzania. Miejscem tym jest Wapiennik Łaskawy Kamień. Przy Wapienniku znajduje się galeria autorska rodziny Rybczyńskich, pracownia druku artystycznego i czerpania papieru oraz ogród japoński. To właśnie prof. Jacek Rybczyński wraz z żoną Erną Rybczyńską odrestaurowali to miejsce. Dziś Wapiennik pełni rolę galerii, pracowni graficznej, sali wystawienniczej, siedziby stowarzyszeń, redakcji kwartalnika. Odbywają się tu seminaria i spotkania. Z jego szczytu rozciągają się wspaniałe widoki. Widać Masyw Śnieżnika i Góry Bialskie. W pracowni graficznej można obejrzeć prace właścicieli. Zapoznano nas z maszynami i sprzętami stosowanymi w różnych technikach grafiki. W samym Wapienniku mieliśmy możliwość także podglądnąć rezydujące tam nietoperze.
Po zrealizowaniu programu dnia pierwszego przejeżdżamy do miejscowości Sienna, gdzie kwaterujemy się w pensjonacie Rudy.
Plan na drugi dzień to wyjście na Śnieżnik (1426 m n.p.m.). Autokar wywozi nas na Przełęcz Puchaczówka. Z Przełęczy wchodzimy dość stromym podejściem na Czarną Górę (1205 m n.p.m.) z drewnianą wieżą widokową skąd roztacza się piękna panorama m.in. na Masyw Śnieżnika. Po krótkiej przewie udajemy się dalej czerwonym szklakiem przez Żmijową Polanę, pasmem Żmijowiec, przez Przełęcz Śnieżnicką, do Schroniska PTTK na Hali pod Śnieżnikiem, a stamtąd wchodzimy już na Śnieżnik. W latach 1895-1899 na szczycie zbudowano kamienną wieżę widokową w kształcie cylindrycznej baszty, którą wysadzono w 1973r., a jej resztki tworzą dziś kulminację na kopule szczytowej. Tą samą trasą wracamy na Halę pod Śnieżnikiem i z Hali schodzimy czerwonym szklakiem do Międzygórza. Ta urokliwa miejscowość, z zabudowaniami w stylu tyrolskim, swoją świetność przeżywała w XIX wieku, głównie za sprawą księżnej Marianny Orańskiej, postaci mającej przeogromny wpływ na rozwój regionu. Także wtedy przystąpiono do zagospodarowania wodospadu Wilczki celem udostępnienia go zwiedzającym. Zbudowano wokół niego tarasy widokowe, połączono je wygodnymi ścieżkami i kamiennymi schodkami, a nad samym wodospadem przerzucono stylowy mostek. Obecnie teren wokół wodospadu jest remontowany przez co jego podziwianie jest dość ograniczone ale nie niemożliwe. I tam zakończyliśmy drugi dzień naszej wycieczki.
Z kolei dzień trzeci rozpoczęliśmy od zwiedzania Jaskini Niedźwiedziej w Kletnie. Po drodze do jaskini część grupy wstąpiła do pobliskiego Muzeum Ziemi, po którym oprowadzał nas gospodarz tego miejsca Pan Arnold Miziołek. Mieliśmy możliwość podziwiać kamienie, minerały i skamieniałości, również te, które występują w okolicach Kletna, ale także skamieniałe gniazda z jajami dinozaura.
Po zwiedzeniu Muzeum Ziemi, po 20 minutowym spacerze docieramy do Jaskini Niedźwiedziej, którą zwiedzamy w dwóch grupach. Powiem tak, za krótko i za szybko. Pani przewodnik grupy w której byłam nie dała nam możliwości pełnego podziwiania form nacieków wapiennych, jakie wykształciły się w jaskini. Krótka opowieść i idziemy dalej. A jest co podziwiać. Jaskinia Niedźwiedzia uważana jest za jedną z najpiękniejszych w Polsce. Została odkryta w1966 roku podczas eksploatacji marmuru. Wieloletnie prace badawcze ujawniły, że jaskinia rozwija się na trzech poziomach o łącznej długości 2,7 km. Trasa turystyczna przebiega środkowym piętrem jaskini. Specjalnie wybudowane chodniki oraz oświetlenie mają z jednej strony ułatwić zwiedzanie, a z drugiej ochronić piękno i niezwykłą wartość przyrodniczą tego miejsca.
Kolejny punkt programu w trzeci dzień naszej wycieczki to zwiedzanie zamku Janski Vrch (Janowe Wzgórze) w miejscowości Javornik w Czechach. Zamek niegdyś należał do biskupów wrocławskich. Do dziś majestatycznie góruje na skalnym wzgórzu tuż nad miastem. Obuci w filcowe bambosze zaczynamy zwiedzanie zamku i spacerujemy po pokojach umeblowanych oryginalnymi XIX wiecznymi meblami. Towarzyszący nam przewodnik nie mówił po polsku ale kierownikowi naszej wycieczki wręczył folder w języku polskim z opisem konkretnych pomieszczeń i w taki sposób poznawaliśmy historię zamku i zaznajamialiśmy się z jego wystrojem. W ostatniej sali można zobaczyć jedną z największych kolekcji fajek, z których najstarsza chodzi z XVI wieku.
Po zwiedzaniu zamku chwila czasu wolnego i przejazd do Lądka Zdroju. Miasto to jest jednym z najbardziej znanych oraz najstarszych uzdrowisk polskich - jako uzdrowisko było znane już pod koniec XV wieku. I to właśnie po części uzdrowiskowej odbywamy wspólny spacer aż do zakładu przyrodoleczniczego Wojciech. Ta historyczna budowla z XVII wieku, przebudowana dwieście lat później, kryje w swym wnętrzu marmurowy basen zaprojektowany na modłę tureckiej łaźni, stylowe kamienne wanny do kąpieli perełkowych oraz pijalnię wód tryskających z ciepłych źródeł siarczkowo- siarkowodorowo- fluorowych Marii Skłodowskiej-Curie i Zdzisława.
Ale Lądek Zdrój to nie tylko uzdrowisko. Część miejska posiada szereg zabytków. Spacerując po tej część miasta mieliśmy okazję obejrzeć z zewnątrz m.in. poewangelicki kościół, który w wyniku pożaru jest w ruinie, ratusz, zwiedzić parafialny kościół pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Kilku osobom, w tym mnie, udało się dotrzeć na punkt widokowy mieszczący się na Górze Trzech Krzyży, skąd rozpościera się piękny widok na miasto. W drodze powrotnej do części uzdrowiskowej minęliśmy kamienny most św. Jana na rzece Białej Lądeckiej, na którego balustradzie znajduje się barokowa kamienna rzeźba patrona mostów i od powodzi św. Jana Nepomucena z 1710 r. I tak zakończyliśmy kolejny dzień wycieczki.
Ostatni dzień rozpoczęliśmy od krótkiego spaceru po Bystrzycy Kłodzkiej. Miasto pomimo wielu pożarów, zniszczeń wojennych oraz powodzi zachowało poza cennym układem urbanistycznym także liczny i cenny zespół zabytkowych budowli do których zaliczyć można m.in.: gotycki kościół pw. św. Michała Archanioła z końca XIII wieku (przebudowywany kilkakrotnie), fragmenty murów obronnych z pierwszej poł. XIV wieku (z Brama Wodną, Basztą Kłodzką i Rycerską), kamienice z XVI i XVII wieku czy ratusz z XIX wieku (z wieżą z 1540 r.).
Po zwiedzeniu Bystrzycy Kłodzkiej, przez Kłodzko i Ząbkowice Śląskie dotarliśmy na Przełęcz Tąpadła, skąd wyruszyliśmy na Ślężę. Pogoda dopisywała. Na górze zwiedziliśmy Kościół Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, w którego podziemiach znajdują się ruiny zamku piastowskiego z XII wieku. Z wieży widokowej na kościele rozpościera się widok na okolicę. Druga wieża widokowa znajduje się na szczycie Ślęży, kiladziesiąt metrów dalej. Góra stanowiła ośrodek pogańskiego kultu miejscowych plemion. Na szczycie góry i w jej pobliżu zachowały się kamienne rzeźby łączone z celtyckim kręguiem kulturowym, które mieliśmy możliwość oglądać schodząc przez Wieżycę do Sobótki, gdzie po krótkiej przerwie wyruszaliśmy do Chrzanowa.
Była to moja kolejna wyprawa w tamte rejony a wciąż pozostaje tyle miejsc do odkrycia.




Gorc 21.05.2017


W dniu 21.05.2017r. w Kole Grodzkim odbyła się wycieczka na pasmo Gorca. Wycieczka była dość kameralna, ponieważ ilość uczestników wynosiła zaledwie 15 osób.
Wyprawę rozpoczęliśmy z miejscowości Rzeki. Po dwóch godzinach osiągnęliśmy szczyt Gorca (1228m). Jest to trzeci co do wysokości (po Turbaczu i Jaworzynie Kamienieckiej) szczyt Gorców. Na szczycie stoi wieża widokowa, na którą nie wdrapywaliśmy się, ponieważ widoczność była niestety słaba. A szkoda, bo zarówno z wieży jak i z polan przez które wędrowaliśmy, roztacza się piękny widok na Tatry, Beskid Wyspowy i Pasmo Lubania.
Całe to pasmo to swoisty partyzancki szlak. Przeżyliśmy chwile zadumy nad grobem partyzanta z 4 batalionu Pierwszego Pułku Strzelców Podhalańskich, który zginął w tzw. Bitwie Ochotnickiej. Bitwa ta rozegrała się między partyzantami a doborowymi żołnierzami SS i Policji, ściągniętej tu, aby rozprawić się z buntowaną Republiką Ochotnicką. W tym paśmie mieli swoje kryjówki partyzanci radzieccy grupy Zołotara (pseudonim "Artur"), partyzanci z 4 batalionu PSP Juliusza Zapały (pseudonim "Lampart") i Oddział "Wilka"-Kapitana Więckowskiego. W przysiółkach Ochotnicy mieścił się Sztab 1 PSP. To tutaj odbyła się w 1944r. uroczysta msza i przysięga Pułku. Znajdowało się tu lądowisko, gdzie odbywały się zrzuty i lądowali Cichociemni. Mieściła się tu kryjówka Józefa Kurasia (pseudonim Ogień), który do 1947 walczył w tych górach o wolną Polskę. Ta ziemia skrywa do dzisiaj swoje tajemnice i nieznane mogiły.
Mijaliśmy po drodze kolejne polany, na których znajdowały się punkty widokowe. Wokół były mgły i padał drobny deszcz. Dotarliśmy na polanę pod Jaworzyną Kamieniecką-drugiego co do wysokości szczytowi Gorców i chwilę odpoczęliśmy koło Kapliczki Bulandy (Baca Tomasz Chlipała, któremu przyśniła się córka i prosiła go o wybudowanie w tym miejscu kapliczki). Z stąd ścieżką przyrodniczą wzdłuż rzeki Kamienicy dotarliśmy do polany Papieżówka. Karol Wojtyła szczególnie ukochał Gorce i jeszcze w latach 50-tych chodził po tych górach. Ostatni raz tutaj był w roku 1976 i mieszkał w domku robotników leśnych. Tutaj rozmyślał, modlił się i prowadził rekolekcje. Ta chatka i pamiątkowy obelisk przypomina nam o Jego pobycie. Po kilkunastu minutach dotarliśmy do pola biwakowego "Polana Trusiówka" i stąd niedaleko już było do naszego autokaru.
Choć trasa był długa (26km), a pogoda niespecjalnie nas rozpieszczała, to atmosfera wśród uczestników była bardzo dobra i humory wszystkim dopisywały. I za to serdecznie dziękuję.

Waldek.


Romantyczny Ren 19-24.04.2017


Kolejna - czwarta już - nasza kwietniowa wycieczka w kraje niemieckojęzyczne tym razem miała hasło "Romantyczny Ren", choć zahaczała także o dolinę Mozeli. Niestety tym razem pojechało nas znacznie mniej niż przed rokiem - zaledwie 29 osób. A i ci, którzy zdecydowali się wziąć w niej udział mieli przed samym wyjazdem poważne obawy o przebieg imprezy, w związku z nagłym nawrotem zimy w Polsce i nieciekawymi prognozami dla Niemiec. Cóż jednak było robić - zapłacono za imprezę - trzeba jechać. No więc pojechaliśmy.
Ruszyliśmy w środowy wieczór i po wygodnej (austostradami), choć dość długiej podróży w czwartkowy poranek dotarliśmy do Koblencji. Po drodze było zimno i chmurno, jednak na miejscu powitała nas niezła pogoda.
Przeszliśmy bulwarem nad Mozelą na Deutsches Eck (tu Mozela wpada do Renu a na brzegu stoi monumentalny pomnik cesarza Wilhelma), potem wzdłuż Renu do wioski winiarzy (tylko rzuciliśmy okiem na nią - było zbyt wcześnie na dłuższe odwiedziny), dalej - obok pałacu elektorskiego i miejskiego teatru do starego centrum. Tu zrobiliśmy sobie przerwę na kawę, czy co tam kto chciał.
Potem, dalej spacerkiem, odwiedziliśmy kościół miejski (pojezuicki), kościół mariacki (Liebfrauen kirche) i najstarszy kościół św Kastora.
Po zakończeniu tego spaceru powróciliśmy na nabrzeże Mozeli i wkrótce wsiedliśmy do autokaru, żeby dojechać do hotelu Simonis w Koblencji - Ruebenach. Po sprawnym zakwaterowaniu i odświeżeniu się nadeszła pora na obiad. Powitalna lampka szampana oraz bardzo smaczne i urozmaicone dania oferowane w formie bufetu wprawiły nas w naprawdę dobry nastrój. Po obiedzie było jeszcze dość czasu na indywidualne spacery po okolicy.
W piątek po śniadaniu wyjechaliśmy na zachód, by zwiedzić kilka z licznych atrakcji doliny Mozeli.
Pierwszą był zamek Eltz. Ta wspaniała rezydencja należy od połowy XII w do możnego rodu Eltzów. Jego przedstawiciele, między innymi, zasiadali na tronach arcybiskupich w Trewirze i Moguncji, pełniąc tym samym funkcje elektorów wybierających cesarzy niemieckich. Setki lat historii zamku i jego właścicieli prezentowanych jest w ciekawej trasie po komnatach, korytarzach i klatkach schodowych zamku a także w skarbcu. Niezwykle atrakcyjne jest także położenie zamku na wzgórzu opływanym przez Eltzbach oraz jego sylwetka kojarząca się z bajkowymi zamkami, w których mieszkały piękne królewny.
Kolejnym punktem naszego programu było miasteczko Cochem z jego główną atrakcją - Reichsburgiem. Samo miasteczko z jego wąskimi uliczkami, zabudowanymi domami o konstrukcji szachulcowej i ładnym ryneczkiem jest urokliwe a położony na wzgórzu ponad nim zamek - kiedyś siedziba komory celnej, w XIX wieku odbudowany po zniszczenich przez bogatego przemysłowca, obecnie należący do samorządu lokalnego - jest chętnie odwiedzany przez turystów dla jego pięknej architektury, ciekawych wnętrz i wspaniałej lokalizacji umożliwiającej podziwianie rozległego widoku na dolinę Mozeli. Tu naszą przewodniczką była mieszkająca w okolicy Polka.
Po tych dwóch zamkach pozostało nam już, niestety, niezbyt wiele czasu na ukoronowanie tego dnia - zwiedzenie Trewiru. Miasto to, uznawane za najstarsze na terenie Niemiec (założyli je Rzymianie w 16 r pne) ma sporo pozostałości po założycielach: termy cesarskie, termy Barbary, termy przy Rynku Bydlęcym (am Viehmarkt), amfiteatr, Bazylikę Konstatyna, bramę Porta Nigra a także sięgającą swoimi początkami IV w katedrę z kaplicą Świętej Szaty (przechowywana jest tu tunika, w której miał podążać na śmierć Chrystus). Początki chrześcijaństwa sięgają tu czasów cesarza Konstantyna, który miał tu swoją siedzibę a donatorką pierwszej świątyni była jego matka św Helena, która przekazała biskupowi przywiezioną z Ziemi Świętej Świętą Szatę. O wysokim znaczeniu arcybiskupów Trewiru niech świadczy fakt, że byli oni członkami kolegium elektorskiego wybierającego Świętego Cesarza Rzymskiego Narodu Niemieckiego.
Historia Trewiru onieśmiela a ogrom i wspaniałość romańskiej (z późniejszymi dodatkami) katedry - oszałamia. Chwila przy lampce białego wina mozelskiego na placu przed katedrą jest warta trudu poniesionego na dotarcie tu.
Ale, niestety, zegar nie jest z gumy i nawet najpiękniejsze chwile mijają zbyt szybko. Trzeba się było zbierać i wracać do hotelu.
A po obiedzie wybraliśmy się jeszcze do centrum Koblencji, żeby odwiedzić twierdzę Ehrenbreitstein. Podziwialiśmy ją już, dominującą nad przeciwległym brzegiem Renu, wczoraj ale odwiedzić postanowiliśmy dopiero teraz, żeby wziąć udział w rozpoczynającej się właśnie imprezie pod tytułem Festungs Leuchten 2017.
Po wjechaniu kolejką linową na płaskowyż przed twierdzą weszliśmy na teren tej ogromnej fortyfikacji, gdzie na kilku dziedzińcach odtwarzane były różnorodne prezentacje przygotowane przez artystów światła i dźwięku. Sama twierdza, zbudowana w XIX wieku przez Prusaków, przytłacza swoimi potężnymi, grubymi murami z małymi oknami, wąskimi przejściami. Kiedyś to rzeczywiście była fortyfikacja budząca respekt. A teraz stała się tłem dla pokazów dla gawiedzi, która przybyła tu popatrzeć na błyski laserów, posłuchać głośnej muzyki i wypić piwo. My także byliśmy w tym tłumie.
Kiedy już zobaczyliśmy, co było do zobaczenia (widziałem już atrakcyjniejsze pokazy tego typu, choćby we Wrocławiu) wróciliśmy do autokaru i wraz z nim do hotelu.
Na sobotę zaplanowaliśmy zwiedzenie kilku miejsc nad Renem, na południe od Koblencji.
Najpierw przejechaliśmy do małej miejscowości Boppard, gdzie w Dolinie Młyńskiej (Muehltall) wsiedliśmy na krzesełka wyciągu, który wywiózł nas na grzbiet należący do wzgórz Huensrueck. Po krótkim spacerze dotarliśmy do miejsca zwanego Widok na Cztery Jeziora (Vierseenblick), skąd rzeczywiście widać cztery połacie wody. Wszystko to są jednak fragmenty Renu, który jest częściowo przesłaniany przez wzgórza i stąd takie wrażenie. Ciemne chmury zalegające niewysoko nad wzgórzami dodawały malowniczej tajemniczości tej, z samej natury ciekawej panoramie.
Następną miejscowością na naszym szlaku było Oberwesel, gdzie w samym miasteczku zachowały się spore fragmenty średniowiecznych murów obronnych a na wzgórzu Schoenberg ponad nim - kolejny ciekawy zamek. Wysiłek włożony we wspięcie się do niego opłaca się - zamek jest piękną budowlą, wykorzystywaną obecnie jako hotel, restauracja i schronisko młodzieżowe a z tarasów wokół niego rozciągają się rozległe widoki na Ren z licznymi, płynącymi w obu kierunkach barkami i otaczające go wzgórza z pnącymi się po stromych stokach winnicami.
Jadąc dalej wzdłuż Renu minęliśmy wyrastającą z przeciwnego brzegu słynną skałę Loreley i zatrzymaliśmy się w Bingen am Rhein. Tu wsiedliśmy na pokład jednego z licznych statków pasażerskich, którym, mijając Mysią Wieżę (Mauseturm), ruiny zamku Ehrenfels oraz zamek Rheinstein, popłynęliśmy do Assmannshausen. To urocze miasteczko obdarzyliśmy tylko chwilą uwagi, zmierzając do dolnej stacji kolejki linowej. Od górnej stacji ruszyliśmy spacerkiem wygodnymi leśnymi drogami w kierunku Niederwald Denkmal - pomnika upamiętniającego zjednoczenie Niemiec (powstanie Cesarstwa Niemieckiego pod wodzą Prus) w latach 1870 - 1871.
Ten olbrzymi pomnik jest chętnie odwiedzany przez turystów i spacerowiczów także dla pięknej panoramy, jaka rozciąga się z tarasu u stóp wieńczącej go Germanii. Nam dodatkowo trafiła się tu piękna, słoneczna pogoda - miła odmiana po porannych zachmurzeniach.
Nieopodal pomnika jest górna stacja kolejnej kolejki linowej. Tym razem zjechaliśmy nią do leżącego na brzegu Renu Ruedesheim - niewielkiego miasteczka o kilku uliczkach jak z bajki - wąskich, zabudowanych domkami z "pruskiego muru", z kameralnymi winiarniami oferującymi wina reńskie. Warto się tu zatrzymać choć na chwilę.
O odpowiedniej porze - zgodnie z rozkładem jazdy - zaokrętowaliśmy się na kolejny statek, którym powróciliśmy do Bingen. Stąd już autokarem wracaliśmy do naszej bazy w Ruebenach.
A po kolacji właściciele hotelu przygotowali dla nas niespodziankę - wieczorek taneczny. Z głośników popłynęły polskie przeboje biesiadne, gospodyni, sama przebrana za czarodziejkę, przybrała nas w rozmaite śmieszne nakrycia głowy i porwała do tańca. Podobało nam się to bardzo - były tańce, były śpiewy, było wesoło.
Po ostatniej nocy i śniadaniu w gościnnym hotelu Simonis skierowaliśmy się w stronę domu, jednak jeszcze niebezpośrednio. Podróżowaliśmy prawym brzegiem Renu do St Goarshausen, gdzie zatrzymaliśmy się, by wejść na punkt widokowy na skale Loreley.
Potem dojechaliśmy do kolejnego większego miasta - Moguncji. Również arcybiskup tego miasta miał zaszczytną funkcję elektora Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Również tu jest wspaniała, o romańskich początkach, katedra. Prócz niej wart wizyty jest kościół św Szczepana, w którym witraże są autorstwa Marca Chagalla. Nieopodal rynku jest tu także dawny dom Jana Gutenberga - autora technologii druku - obecnie muzeum jego imienia.
Uliczki o dawnym charakterze, z domami z "muru pruskiego" sąsiadują tu z budowlami sakralnymi i świeckimi z różnych czasów oraz z zabudową współczesną.
To dość ciekawa mieszanka, choć w oczach "krakusów" wychowanych na znacznie bardziej jednorodnym starym centrum naszej dawnej stolicy - nieco drażniąca.
I to był już ostatni punkt programu krajoznawczego. Pozostał tylko powrót do domu. Prawie cały czas autostradami, z kilkoma krótkimi postojmi, dość szybko dotarliśmy do Chrzanowa - zmęczeni ale bardzo zadowoleni z pięknej wycieczki.
Pogoda była lepsza niż się spodziewaliśmy, odwiedzone tereny - bardzo atrakcyjne i piękne, hotel - bardzo wygodny i dzięki serdecznemu zangażowaniu właścicieli (nawiasem mówiąc - pochodzących z Jugosławi) pozostający we wdzięcznej pamięci. Niech żałują ci, którzy się z nami nie wybrali.

KP.


Korea na Prima Aprilis 02.04.2017


W tym roku Koło Grodzkie zaprosiło turystów na Prima Aprilis do Korei /wycieczka jednodniowa, bez paszportów i wiz/. Na wyjazd zdecydowały się 44 osoby, w tym młodzież - 5 osób.
Wycieczkę rozpoczęliśmy od wędrówki po Rezerwacie Przyrody "Pazurek" za Olkuszem. Przeszliśmy ok. 8 km podziwiając dorodne buki, połacie czosnku niedźwiedziego i żywca dziewięciolistnego oraz okazałe Skały Zubowe /czyżby nazwa skał pochodziła od "zębów" po rosyjsku?/. Później podjechaliśmy do Ściborzyc. Tu mieliśmy możliwość oglądnąć wywierzysko zwane Źródłem Jordana oraz dwór rodziny Toporów w trakcie odbudowy.
Następnym punktem programu były Racławice, miejsce znane ze zwycięskiej bitwy, stoczonej w pobliżu w 1794 r. przez polskie wojsko powstańcze pod dowództwem Tadeusza Kościuszki z wojskiem rosyjskim. W Janowiczkach oglądnęliśmy pomnik Bartosza Głowackiego wykonany wg projektu prof. Mariana Koniecznego, weszliśmy na wzniesienie z 5 lipami posadzonymi na cześć 5 polskich generałów dowodzących wojskami podczas Insurekcji Kościuszkowskiej /Kościuszko, Zajączek, Madaliński, Wodzicki i Slaski/, weszliśmy na Kopiec Kościuszki, widzieliśmy pole bitwy rozciągające się w kierunku Dziemierzyc, widzieliśmy przy drodze willę Walerego Sławka, premiera rządu I Rzeczpospolitej Polskiej i kościół p.w. świętych Piotra i Pawła.
Kolejnym etapem był przejazd do Niezwojowic, do Gospodarstwa Edukacyjnego "Pszczółka", gdzie na każdego uczestnika wycieczki czekał smaczny żurek, a ponadto do zakupu - wspaniały sernik, szarlotka, rogaliki, kawa, herbata i miód - to wszystko dla ciała. A dla poszerzenia wiedzy zaprezentowano nam:
- obrotową makietę bitwy pod Racławicami /300 postaci wykonanych z drzewa lipowego przez p. Janusza Króla/ z nagraną narracją znanego aktora, Andrzeja Seweryna,
- wystawę 36 obrazów do "Pana Tadeusza" również z narracją i recytacjami p. Andrzeja Seweryna,
- lekcję pisania gęsim piórem w ławkach z początku XX w.,
- prelekcję z pokazem na temat życia i pracy pszczół oraz warunków uprawiania pszczelarstwa /podstawa - ekologiczne uprawy, ograniczenie oprysków pól i roślin/.
Radosnym momentem było pozowanie niektórych osób, w krakowskich sukmanach z kosami "na sztorc" jako kosynierzy, do pamiątkowych zdjęć.
Tak ubogaceni opuściliśmy progi gospodarstwa i pojechaliśmy szukać Korei; jest to przysiółek wsi Niezwojowice, zaznaczony i opisany na mapach. Wśród mieszkańców wsi określenie, że "ktoś" jest z Korei, funkcjonuje na co dzień.
Do programu opracowanego i realizowanego z bogatym przekazem wiedzy historycznej i geograficznej przez Kol. Małgosię Opitek "dopisała się" ciepła, słoneczna pogoda oraz sympatyczna atmosfera wśród uczestników wycieczki. Kto nie był, nich żałuje!

Pozdrawiam serdecznie! KW


Stara Nowa Huta 18.03.2017


Kolejna nasza wycieczka do Krakowa - tym razem do Nowej Huty - spotkała się ze sporym zainteresowaniem. W sobotni poranek, mimo niezachęcającej pogody ruszyło nas 40 osób.
Nieco przewrotne hasło "Stara Nowa Huta" sugerowało, że będą nas interesować dawne dzieje terenów XVIII dzielnicy Krakowa (i jej okolic).
Zaczęliśmy od Fortu 49 Krzesławice, który został zbudowany w latach 1881-1886 przez władze austriackie, brał udział w walkach o Kraków w listopadzie i grudniu 1914 r, w latach 1939 - 1941 był miejscem egzekucji więźniów polskich (po wojnie ekshumowano tu 440 zwłok ofiar hitlerowców) a obecnie daje schronienie prężnie działającemu Młodzieżowemu Domowi Kultury.
Po chwili zadumy pzed pomnikiem pomordowanych przeszliśmy na teren fortu i zwiedziliśmy wnętrze dawnych koszar - obecnie mieszczące sale Domu Kultury oraz ciekawe wystawy dotyczące historii fortu a także schron główny, kaponierę czołową i fragment wału ze stanowiskami artylerii.
Kolejnym obiektem na trasie naszej wycieczki był Kopiec Wandy, według legendy stanowiący miejsce pochówku Wandy, "co nie chciała Niemca". Mimo nienajlepszych warunków (lekki opad, śliska ścieżka, słaba widoczność) weszliśmy na szczyt kopca, żeby spojrzeć na postawiony tam w 1890 r obelisk zaprojektowany przez Jana Matejkę.
Następny punkt programu wyróżniał się spośród pozostałych wiekiem (zaledwie 3 lata) i nieco większym oddaleniem od centrum Nowej Huty. Była to Tauron Arena Kraków - największy i najnowocześniejszy obiekt tego typu w Polsce. Pod opieką pracownicy Agencji Rozwoju Miasta, która zarządza Areną zwiedziliśmy trybuny (od dołu do góry), loże, zaplecze z szatniami, małą salę. Rozmach, poziom techniczny, przemyślany projekt zachwyciły nas.
Potem był czas na odpoczynek przy kawie, posiłek, niewielkie zakupy w niedalekiej Galerii Plaza.
Po tym oddechu przejechaliśmy do Krzesławic - cichego zakątka o wiejskim charakterze w bezpośrednim sąsiedztwie ogromnego kombinatu metalurgicznego. Tu zwiedziliśmy dworek należący niegdyś do Jana Matejki (wcześniej majątek był własnością między innymi Hugona Kołłątaja). Sympatyczny pracownik muzeum oprowadził nas po dworku przybliżając historię jego najsłynniejszych właścicieli a na koniec uraczył nas prawdziwym koncertem na akordeonie guzikowym, prezentując szeroki repertuar i niezłą technikę. Dziękujemy !
Za płotem dworku obejrzeliśmy jeszcze drewniany kościół św Jana Chrzciciela i Matki Boskiej Szkaplerznej przeniesiony tu z Jawornika koło Myślenic i pojechaliśmy do Mogiły.
Tu zatrzymaliśmy się przed klasztorem cystersów. Zwiedziliśmy bazylikę z kaplicą Krzyża Św, krużganki klasztorne, drewniany gotycki kościół św Bartłomieja.
Nieco już zmęczeni i trochę zmoknięci (prawie przez cały dzień padał niewielki deszcz) wsiedliśmy do autokaru i spoglądając jeszcze z jego okien na kościoły Arka Pana i św Maksymiliana Marii Kolbego w Mistrzejowicach wracaliśmy do domu.
Mimo marnej pogody udało nam się zobaczyć wiele ciekawych miejsc.

KP.


Babia Góra na Dzień Kobiet 12.03.2017


Tradycyjnie już w okolicy kobiecego święta zapraszamy Panie (a i Panów również) na Babią Górę.
W tym roku wybraliśmy się tam po święcie, w niedzielę 12. marca. Zebrało się sporo chętnych na ten wyjazd - 48 osób, w tym dużo osób młodych, ale także senior - Król Babiej Góry (ponad 300 wejść) - Gienek. Panie już na początku wycieczki otrzymały od przewodnika życzenia, uściski i słodkie upominki.
Trasa była także tradycyjna: wyjście z Przełęczy Lipnickiej, przejście przez Sokolicę, Kępę, Gówniak na szczyt Diablaka, potem zejście przez przełęcz Brona do schroniska PTTK na Markowych Szczawinach a po odpoczynku zejście do Podryzowanej.
Pogoda, decydująca o warunkach przejścia, była umiarkowanie uciążliwa: w partii szczytowej wiał wiatr niosący drobny pył śnieżny (zdarzał nam się mocniejszy, uderzający w twarz igiełkami lodu), ścieżki były pokryte śniegiem, nie lodem, widoczność we mgle sięgała kilkunastu metrów.
Nieprzyjemny wiatr spowodował rozciągnięcie się grupy - turyści mocniejsi, pewni swojej znajomości trasy, aby nie marznąć, wyprzedzili przewodnika, który opiekował się wolniejszą końcówką. Natomiast ograniczenie widoczności było powodem jednej z atrakcji tej wycieczki: omyłkowego schodzenia ze szczytu w stronę Słowacji. Tyczki słowackie były lepiej widoczne od polskich a i ścieżka na stronę słowacką była wyraźniej przedeptana, tak, że nawet niektórzy doświadczeni turyści pomylili się i poszli kawałek nieprawidłowo. Na szczęście wszyscy dość szybko zorientowali się w błędzie i wrócili na dobre drogi.
Podczas zejścia napotkaliśmy ciekawą rodzinę: ojca niosącego małe dziecko na plecach i idącą z tyłu mamę. Na moje pytanie: ile lat ma ten najmłodszy turysta mama pokazała na sporą wypukłość pod swoją kurtką i powiedziała, że ten tu - 3 miesiące a tamten na plecach ojca - 2,5 roku.
Widzieliśmy ich jeszcze później w schronisku - rzeczywiście mama nosiła na rękach taką drobinkę a obok biegał maluszek. Taki widok musi rodzić wątpliwości i dyskusje nad sensem zabierania tak małych dzieci w góry w tak trudnych warunkach.
A my po odpoczynku i posileniu się w schronisku ruszyliśmy w dół - do Podryzowanej. Na tym odcinku krajobraz zmienił się ostatnio - skutkiem sporej wycinki powstała rozległa polana, umożliwiająca podziwianie części grzbietu Babiej oraz Mosornego.
Po zejściu na parking zebraliśmy się w autokarze i ruszyliśmy do domu.
To była atrakcyjna wycieczka, jeśli komuś nie straszne warunku zimowe.

KP.


Zjazd Oddziału PTTK w Chrzanowie 11.03.2017


Minęły kolejne cztery lata naszej działalności. Cztery dobre lata. Mamy ciekawą ofertę dla naszych członków i sympatyków, mamy spore grono osób zaangażowanych w działalność Odziału, kół i komisji, nieźle sobie radzimy pod względem finansowym, jesteśmy dobrze postrzegani w Chrzanowie i także poza nim.
To wszystko zostało pokazane podczas Zjazdu Oddziału i docenione zarówno przez władze PTTK jak i władze miasta a nawet przez Prezydenta RP. Efektem były wręczone podczas Zjazdu 3 srebrne Krzyże Zasługi, liczne odznaki honorowe PTTK i listy gratulacyjne od Burmistrza Chrzanowa.
(Szczegółowe sprawozdanie z działalności Oddziału wraz z listą wyróżnionych można znaleźć w zakładce "Dokumenty".)
Obradujący w restauracji "Pod jesionem" Zjazd - 47 delegatów z 5 kół, członkowie ustępujących władz oraz zaproszeni goście - oprócz podsumowania minionej kadencji wybrał nowe władze Oddziału (z niewielkimi zmianami w stosunku do poprzednich), wytyczył kierunki działania Oddziału na najbliższe cztery lata, sformułował postulaty pod adresem ZG PTTK.
Szczególną troskę zebranych - także obecnego na Zjeździe przedstawiciela ZG PTTK Jerzego Gajewskiego - budziła niestabilna sytuacja w polskim prawodawstwie: bardzo częste, niejednokrotnie radykalne zmiany istotnych przepisów wpływających na działalność Oddziału i PTTK jako całości, brak lub ukazywanie się ważnych rozporządzeń w terminach uniemożliwiających przygotowanie się do ich wprowadzenia, ogólna tendencja mnożenia biurokratycznych obowiązków wiążących się także z kosztami.
Jednak dominował optymizm w spojrzeniu na przyszłość i przekonanie, że skoro poradziliśmy sobie z tyloma przeciwnościami dotychczas, to z obecnymi dobrymi zmianami także sobie poradzimy.

KP.


Pałace Zagłębia Dąbrowskiego 5.03. 2017


W niedzielę 5 marca 2017 r., w dzień słoneczny i wietrzny grupa 43 osób wybrała się na wycieczkę do Sosnowca, Będzina i Dąbrowy Górniczej, aby podziwiać pałace Zagłębia Dąbrowskiego i inne atrakcje. Wycieczkę przygotował i pilotował kol. Zbigniew Milasz. Na początku podróży kol. Zbyszek złożył zbiorowo życzenia wszystkim solenizantom obchodzącym imieniny w marcu i zaintonował "Sto lat", co grupa podchwyciła. Stworzyło to sympatyczną atmosferę.
W Sosnowcu zwiedzaliśmy tylko jeden obiekt - pałac Henryka Dietla wybudowany w latach 80. XIX w., znajdujący się obecnie w prywatnych rękach małżeństwa z Krakowa, które od 18 lat podnosi go z ruin. Pałac, teraz w stanie omal wykończonym, można porównać do rezydencji łódzkich fabrykantów. Szczególnie wszystkim podobał się pokój łazienkowy z wanną - basenikiem /podobno jedyny taki w Europie/, który "grał" w kilku filmach. Obok pałacu podziwialiśmy uroczy park /szkoda, że jeszcze bez zieleni/, chociaż okrojony w porównaniu do pierwotnych założeń fundatora.
W Będzinie oglądaliśmy kilka ciekawostek. W pierwszej kolejności zwiedziliśmy pałac Mieroszewskich. W piwnicach umieszczono wystawę odkryć archeologicznych i wykopalisk z góry Dorotka koło Będzina. W górnych partiach pałacu znajdują się pomieszczenia i wyposażenie rezydencji szlacheckiej rodziny Mieroszewskich herbu Ślepowron. Później weszliśmy na zamek, zresztą starannie odrestaurowany. Zamek jest starą warownią, wybudowaną w XIII w. a rozbudowaną przez Kazimierza Wielkiego. Tu zgromadzono teraz wiele militariów z przeszłych wieków. Na ostatniej kondygnacji umieszczono wystawę zdjęć i materiałów niemieckich i polskich, dotyczących powitania armii niemieckiej we wrześniu 1939 r. oraz represji wobec Polaków i Żydów w takich miastach, jak Katowice, Chorzów, Sosnowiec, Pszczyna, Olkusz, Bielsko-Biała, Chrzanów. Następną atrakcją była podziemna trasa pod zamkiem o długości 400 m., dawny schron przeciwlotniczy wybudowany przez Niemców w czasie okupacji. Można tu zobaczyć także nacieki ze skał dolomitowych /stalaktyty i stalagmity/. Dodatkowym punktem - niespodzianką była wizyta w prywatnej żydowskiej sali modłów, odremontowanej przez miasto Będzin. Miejscowy przewodnik z zaangażowaniem objaśniał funkcję tej sali, jej znaczenie dla społeczności żydowskiej, symbolikę malowideł ściennych oraz rolę Żydów w historii i rozwoju Będzina.
Po smacznym obiedzie przenieśliśmy się do Dąbrowy Górniczej, aby oglądać Pałac Kultury Zagłębia oddany do użytku w 1958 r. Przemierzyliśmy Pałac od piwnic aż po poddasze. Szczególną uwagę zwróciliśmy na dużą nowoczesną salę teatralną. Pałac, cały w marmurach, pełni wiele funkcji kulturalnych dla miasta i okolicy. Dodatkową atrakcją - niespodzianką w Dąbrowie Górniczej było wejście na teren Muzeum Miejskiego, gdzie "pod chmurką" są wystawiane m.in. hałbice, samolot MIG 21, czołg typu "Rudy" i młot parowy z huty "Bankowa".
W rozmowach uczestnicy wyjazdu wyrażali zadowolenie z doboru programu wycieczki i jej prowadzenia oraz zdziwienie, że w pobliżu Chrzanowa są piękne miejsca i obiekty, których dotąd nie znali. Podkreślali też ogromną wiedzę poszczególnych przewodników w zwiedzanych obiektach.
Do zobaczenia, pozdrawiam!

KW


Prehyba (1173 m npm) 26.02.2017


Niezbyt długa i niezbyt wyczerpująca trasa ze Szczawnicy na Prehybę i z powrotem jest w sam raz na początek sezonu, kiedy jeszcze nie jesteśmy w pełni sił po zimowym lenistwie. Wybraliśmy się tam właśnie w ostatnią niedzielę lutego.
Dojechaliśmy do Sewerynówki (przysiółek Szczawnicy) i stąd niebieski szlak turystyczny powiódł nas w górę. Wkrótce okazało się, że wyraźnie widoczne w dolinach przedwiosenne ocieplenie połączone z szybkim znikaniem śniegu nieco wyżej jest słabo zauważalne. Śnieg nadal spokojnie leżał na drodze a w niektórych miejscach był pokryty wyjątkowo śliską warstwą lodu. Kto miał - czem prędzej zakładał pod buty raki, raczki czy inne współczesne wynalazki tego typu. A trzeba przyznać, że pojawia się obecnie na rynku sporo modeli prostych i tanich wyrobów rakopodobnych, nieźle sprawdzających się w takich przypadkach.
Ale nie wszyscy ten sprzęt mieli w plecaku, nie wszyscy, którzy mieli - założyli go na czas, doszło więc do kilku poślizgów, na szczęście - niegroźnych.
Po przebyciu strefy naprzemiennego topnienia i zamarzania lodu weszliśmy na wysokość, gdzie pokrywa śnieżna nie była roztapiana przez dzienne ocieplenie i tam szło nam się lepiej. Pomimo drobnych utrudnień związanych ze śliską trasą na szczyt i do schroniska doszliśmy w niezłym czasie.
A w schronisku była chwila - dłuższa lub krótsza, jeśli ktoś doszedł wyraźnie później od czołówki - na odpoczynek i posiłek.
Po tym oddechu i po zrobieniu grupowej fotografii ruszyliśmy dalej - tym razem za szlakiem czerwonym, stanowiącym fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego. Kierowaliśmy się na zachód, w stronę Dzwonkówki. Na kolejnych polanach podziwialiśy widoki, szczególnie na południe, w stronę Małych Pienin z Wysoką a za nimi Gór Lewockich, Magury Spiskiej i wreszcie Tatr. Nad głowami mieliśmy dość ciemne i zwarte chmury, ale poniżej widoczność była niezła.
Po osiągnięciu Dzwonkówki (983 m npm) odpoczęliśmy chwilę po niezbyt długim, ale dość stromym podejściu i rozpoczęliśmy schodzenie w stronę Bereśnika.
Niewielkie, sympatyczne schronisko pod Bereśnikiem oferuje kilka dań przygotowywanych po złożeniu zamówienia co z jednej strony jest gwarancją świeżości a z drugiej, niestety, powoduje konieczność oczekiwania. Ci z nas, którzy dotarli do schroniska wcześniej zdążyli coś zamówić i zjeść, na tych z końcówki czekała niezła szarlotka, serwowana "od ręki".
Ostatni odcinek naszej wyprawy - zejście do Szczawnicy - był, niestety, niezbyt przyjemny, bo błotnisty. Tu, po całym, dość ciepłym dniu śnieg zniknął już zupełnie a pozostało po nim sporo wilgoci i błoto.
Wreszcie doszliśmy do Szczawnicy, obok pijalni i pomnika Józefa Dietla dotarliśmy do parkingu i wkrótce siedzieliśmy już w autokarze.
Szczawnica o tej porze roku jest cicha i pusta. Narciarze już wyjechali, kuracjusze i wczasowicze jeszcze nie pojawili się, turystów też nie widać. Na trasie w górach spotkaliśmy tylko kilkoro biegaczy.
Warunki nie były rewelacyjne, ale wycieczka była udana. Przeszliśmy się po górach, udało nam się zobaczyć kilka niezłych panoram.

KP.


Berlin, Tropikalne Wyspy 11-12.02.2017


Oficjalnego podsumowania roku działania Oddziału dokonujemy tradycyjnie na wyjeździe, coś przy okazji zwiedzając. Tym razem wybór padł na Berlin i Tropikalne Wyspy.
Po północy w sobotę do autokaru wsiadło kilkunastu członków władz Oddziału oraz dodatkowo kilkadziesiąt "zwykłych" turystów, tak, że z Chrzanowa ruszył prawie pełen autokar kierowany przez niezastąpionych Jurka i Wieśka.
Rano byliśmy w Berlinie. Niestety dzień rozpoczął się nienajlepiej, bo okazało się, że nasza rezerwacja wejścia do Reichstagu gdzieś zaginęła i skrupulatni młodzi ludzie przy bramce nie wpuścili nas do środka.
Ale dzięki temu mieliśmy czas na spokojne zapoznanie się z fragmentem najciekawszej w Berlinie dzielnicy Mitte. Spojrzeliśmy na pomnik Ofiar Holocaustu, pomnik pomordowanych przez faszystów Romów i Sinti, zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę na Placu Paryskim przed Bramą Brandenburską a potem przeszliśmy aleją Unter den Linden. Po drodze podziwialiśmy ambasady (amerykańską, francuską, rosyjską), piękne hotele (z hotelem Adlon na czele) a nieco później budynki i inne obiekty związane z historią Berlina, Niemiec i Europy: Bibliotekę Państwową, Stary Pałac, Plac Bebela gdzie upamiętniono zorganizowaną przez hitlerowców akcję spalenia 25 tys książek autorów uznanych za wrogów Trzeciej Rzeszy, Uniwersytet Humboldtów, Nową Wartownię, Arsenał i wreszcie doszliśmy na plac Lustgarten i weszliśmy do katedry berlińskiej protestanckiej).
Tu powitało nas wspaniałe, przebogato zdobione i (co było ważne w tym mroźnym dniu) ciepłe wnętrze. Zachwyciliśmy się podkreślającym potęgę władzy cesarskiej neorenesansowym wystrojem głównej hali, wspięliśmy się po ponad 200 stopniach na galerię widokową wokół kopuły katedry, w podziemiach, przy grobach Hohenzollernów zadumaliśmy się nad przemijaniem nawet największych potęg na tym świecie, w katedralnym sklepie kupiliśmy czy chociaż obejrzeliśmy pamiątki. I trzeba było ruszać dalej.
Obok odbudowywanego pałacu cesarskiego, Marks-Engels-Forum (z pomnikiem tych dwóch filozofów, na których powoływali się późniejsi praktycy komunizmu) i fontanny Neptuna przeszliśmy pod wieżę telewizyjną (wysokość wraz z masztem 368 m !) i po niezbyt długim oczekiwaniu w kolejce wyjechaliśmy na taras widokowy. Pogoda nie była rewelacyjna, niewielkie zamglenie ograniczało zasięg wzroku ale i tak dało się widzieć najciekawsze obiekty w centrum Berlina.
Potem było jeszcze dość czasu na posilenie się w którejś z licznych w tej okolicy restauracji (w mojej ulubionej golonka była wspaniała).
Mróz ciągle dawał się we znaki, zaczęliśmy już odczuwać zmęczenie po nocnej podróży i dziennym spacerze, skierowaliśmy się więc w stronę umówionego miejsca spotkania z kierowcami i autokarem. Ale jeszcze po drodze weszliśmy do katedry katolickiej pod wezwaniem św Jadwigi.
Po dojściu do autokaru ruszyliśmy - z krótkim przystankiem przy East Side Gallery, ostatnim zachowanym fragmencie muru berlińskiego, pokrytym malowidłami przez artystów z całego świata - w stronę naszej bazy: hotelu Kaliski w Rzepinie.
Kiedy tam dojechaliśmy zajęliśmy miejsca w pokojach, zjedliśmy obiad i nadszedł czas na program wieczorny: poszerzone zebranie zarządu Oddziału PTTK w Chrzanowie podsumowujące rok 2016 a później wieczorek integracyjny.
W niedzielę po śniadaniu wyjechaliśmy znów do Niemiec, tym razem do Tropikalnych Wysp. Jest to ogromny obiekt urządzony w hali zbudowanej na początku obecnego wieku na potrzeby montażu sterowców (ta inicjatywa szybko upadła). Kąpieliska z piaszczystymi plażami, las tropikalny, sauny, ogromny obszar dla dzieci, liczne obiekty gastronomiczne i handlowe, wioski bungalowów i namiotów, w których można przenocować, zewnętrzna strefa Amazonia (z najciekawszą - rzeką górską) - to niektóre atrakcje oferowane przez ten ośrodek. Nie jest tam tanio, ale przez cały dzień jest co robić, a jeśli ktoś ma ochotę, to i w nocy. My zebraliśmy się do powrotu wieczorem - w poniedziałek trzeba być w pracy. Dzięki znakomitej jeździe zakatarzonego Jurka i Wieśka dotarliśmy do Chrzanowa tuż po północy.
Berlin na pewno nie dorównuje pod względem bogactwa zabytków Wiedniowi, Pradze czy choćby Krakowowi, ale warto go zobaczyć, nawet zimą (a w cieplejsze dni jest jeszcze przyjemniej) a Tropikalne Wyspy są atrakcyjne zawsze. Niech żałują ci, którzy nie pojechali.

KP.


Teatr z Kołem Grodzkim 04.02.2017


Teraz coś dla "ducha", 28 zwolenników teatru udało się w sentymentalną, a zarazem humorystyczną podróż do Teatru Śląskiego w Katowicach. Nietypowa pora wyjazdu 1300, oraz już nieco zapomniana trasa dojazdu przez Bogucice, zaprowadziła nas do Katowic, gdzie spacerując po centrum miasta oczekiwaliśmy na rozpoczęcie spektaklu. Spektakl "Poskromienie złośnicy": A co jeśli ona nie chce? A gdy okaże się, że jemu zależy tylko na pieniądzach? Na drodze do szczęścia pięknej i łagodnej Bianki staje starsza siostra, Katarzyna. Zgodnie z wolą ojca, to ona musi wyjść za mąż pierwsza. Kłopot jedynie w tym, że zdążyła już zrazić do siebie wszystkich mężczyzn w okolicy. Nadzieja pojawia się wtedy, gdy do Padwy przybywa z Werony - miasta miłości - Petruchio. Jemu nie straszne są żadne kobiece humory, byle tylko posag był odpowiednio wysoki. Pełen brawurowej pewności siebie, zgadza się uwieść dziewczynę. To jednak dopiero początek damsko-męskiego pojedynku, w którym ceną jest szczęście. tej trzeciej. William Shakespeare dobrze wiedział, że z miłością nie ma żartów. Zanim jednak napisał słynną tragedię "Romeo i Julia", światło ujrzała komedia "Poskromienie złośnicy" - jedno z jego pierwszych dzieł. Z przemyśleniami a jednocześnie rozbawieni; w dobrych nastrojach wróciliśmy do domów.

TS.


Termy Chochołowskie 21.01.2017


W mroźny styczniowy poranek grupa 41 chrzanowskich turystów wyruszyła w kierunku Tatr aby zażyć przyjemności w kąpieli w Termach Chochołowskich.
Podróż trwała dość długo, bo akurat w ten dzień w Zakopanem odbywały się zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich. Gdy już szczęśliwie dotarliśmy to naszą wycieczkę rozpoczęliśmy jak przystało na "prawdziwych turystów" od spaceru Krupówkami. Cała ulica była biało-czerwona i wszędzie było słychać kibicowski gwar. Atmosfera w Zakopanem w czasie skoków jest niepowtarzalna. Tłum ludzi wędruje we wszystkich kierunkach. Po wizycie na Krupówkach skręciliśmy w stronę skoczni. Coraz bardziej było czuć zbliżające się zawody. One jednak nie były naszym celem. Skręciliśmy, więc w stronę wylotu Doliny Białego i stamtąd udaliśmy się w Kierunku wylotu Doliny Małej Łąki - spacerowa droga pod Reglami. Po drodze każdy mógł się pokrzepić w "Romie" u wylotu Doliny Strążyskiej. Pogoda dopisywała. Spod regli roztaczały się wspaniałe widoki na Pasmo Gubałowskie. Po spacerze wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy do Chochołowa. Tutaj po wejściu do term wszyscy oddali się możliwości wygrzewania się w ciepłych basenach termalnych a także korzystali z innych przyjemności basenowych.
Wieczorem pełni pozytywnych wrażeń wróciliśmy do Chrzanowa.

TS


Wieczornica Koła Grodzkiego 14.01.2017


"...Jak co roku w Chałupach tłum golasów..." tak i w tym roku nie w Chałupach a "Pod Jesionem", nie tłum a 49 i nie golasów a pięknie odzianych Dam i Huzarów zjawiło się w sobotę 14 stycznia na Wieczornicy Koła Grodzkiego PTTK, aby powspominać jak to było w roku ubiegłym, jak ma być w 2017 roku a przy okazji zjeść coś dobrego, napić się coś mocnego i zatańczyć coś szalonego.
Nie było żadnej anarchii czy samowoli bo Prezes Koła kolega Heniek Banach całość dokładnie zaprogramował, wyreżyserował i poprowadził.
Zaczął więc powitaniem zacnych gości od Prezesa Zarządu Oddziału począwszy, a na turystycznych debiutantach kończąc. Złożył Wszystkim życzenia noworoczne, a aby one w całości się spełniły zakończył je wspólnym toastem z lampką szampana.
Na tych miłych i sympatycznych chwilach nie poprzestano, gdyż zaraz po nich najaktywniejsi w działaniu na rzecz koła i w uczestnictwie w imprezach organizowanych przez Koło Grodzkie odebrali stosowne gratulacje, dyplomy nagrody i wyróżnienia.
Po wszystkich "oficjałkach" przeprowadzono konkurs historyczno-turystyczny, aby uczestnicy imprezy mogli sprawdzić się i przelać na papier swą wiedzę zapamiętaną z ubiegłorocznych wyjazdów.
Na czas sprawdzania wyników konkursu dla rozładowania napięcia i poskromienia emocji w oczekiwaniu na rezultat przewodnicy przypomnieli Wszystkim najciekawsze momenty z wycieczek 2016 roku a kolega Tomek Seweryn "dekorował" to na ekranie slajdami.
Konkurs turystyczny wygrała koleżanka Danusia która w nagrodę otrzymała piękny album.
Potem już tylko królowała przygotowana przez kolegę Władka Rusina muzyka a na parkiecie trwał szał ciał a kapituła obserwując wyczyny i popisy tancerzy nagrodziła tytułem Królowej Balu Wieczornicy koleżankę Kazię zaś Królem Balu Wieczornicy kolegę Bolesława.
Wszystko co dobre szybko się kończy wiec wraz z północą kolejna Wieczornica koła Grodzkiego dobiegła końca.
Ślad po niej dla potomnych aparatem fotograficznym uwieczniała koleżanka Marysia Grochal a słowem opatrzył kolega Rysiek Łenyk.
Działo się w Chrzanowie 14 januara A.D. 2017




Powitanie Nowego Roku - Kozia Góra 01.01.2017


Oto kolejny rok za nami a nowy otwiera przed nami nowe możliwości. Ruszyliśmy więc powitać go w górach, tym razem - w Beskidzie Śląskim.
Pogoda zachęcała do wycieczki: było słonecznie, z niewielkim mrozem, na dole bezśnieżnie.
Wystartowaliśmy z parkingu w Olszówce by czerwonym szlakiem turystycznym przejść przez Dębowiec (tu schronisko - jak zwykle o tej porze - zamknięte ale za to rozciąga się wspaniały widok na położone u stóp Bielsko) na Szyndzielnię. Podejście jest łagodne, niezbyt męczące - akurat na dzień po balach sylwestrowych.
Mniej - więcej od połowy trasy zaczął się pojawiać na drodze śnieg, jednak nie sprawiał problemów.
W schronisku była okazja na chwilę oddechu, posilenia się, zrobienia wspólnego zdjęcia (to już przed budynkiem).
Dalszy ciąg naszej wyprawy to przejście przez przełęcz Kołowrót do schroniska Stefanka na Koziej Górze. Tu napotkaliśmy sporo innych turystów korzystających z pięknej pogody i niewielkiej odległości od Bielska. Pod rozległą wiatą przed schroniskiem znalazło się wygodne miejsce dla całej naszej grupy. To właśnie tu spełniliśmy symboliczny toast noworoczny.
Zejście szlakiem turystycznym wzdłuż dawnego toru saneczkowego było połączone z dodatkowymi atrakcjami: miejscami zamarznięta woda po wcześniejszych roztopach powodowała możliwość wpadnięcia w poślizg, z której kilka osób skorzystało - na szczęście bez poważniejszych konsekwencji.
Przez Cygański Las doszliśmy do parkingu, gdzie czekała na nas niezawodna Pani Marzena w jej busie by sprawnie dowieźć nas do Chrzanowa.
To było sympatyczne rozpoczęcie nowego roku w ukochanych górach.

KP.


Trójstyk i Girowa (840 m) 06.11.2016


Dość dawno nie byliśmy na Girowej - trzeba się tam wybrać, nawet, jeśli pogoda nie zapowiada się dobrze. No to zebraliśmy się i ruszyliśmy pod wodzą Waldka w Beskid Śląski.
Zaczęliśmy w deszczu od Jaworzynki Trzycatka. Niedaleko od parkingu jest punkt styku granic trzech państw: Polski, Czech i Słowacji - to właśnie Trójstyk: trzy obeliski, tablica informacyjna, wiata. Przejście na Słowację jest teraz utrudnione - mostek przez głęboki jar jest w remoncie a zejście śliską, stromą ścieżką jest niezbyt bezpieczne.
Zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy do Czech. Na początku była Herczawa a w niej kościółek św.św. Cyryla i Metodego. Weszliśmy na chwilę do środka i porozmawialiśmy z księdzem proboszczem, który zaprosił nas na sierpień przyszłego roku, kiedy we wsi zbierają się licznie wierni i przybywają trzej biskupi z trzech krajów.
Potem dalej - najpierw drogą asfaltową, potem leśną w stronę schroniska pod szczytem Girowej. Cały czas padał deszcz albo przynajmniej mżawka.
Na szczęście schronisko zastaliśmy otwarte. Kawa, herbata, czeskie piwo, na dodatek langosze, chwila oddechu w ciepłym, suchym miejscu - tego nam było trzeba.
Po odpoczynku wyszliśmy na trasę. Przez Komorowski Groń, Wawrzacze wróciliśmy do Trzycatka.
Stąd niewielki przejazd - i jesteśmy w centrum Istebnej. Zajrzeliśmy tu do kościoła parafialnego pod wezwaniem Dobrego Pasterza a potem do jednej z kilku miejscowych restauracji.
Wkrótce trzeba było się zbierać i wracać do Chrzanowa.
To nie był piękny dzień, ale warto było się wybrać na tę wycieczkę, żeby odwiedzić kilka ciekawych miejsc i spędzić czas w sympatycznym towarzystwie.

KP.


Góry Lewockie - Jaworzyna (1224) 30.10.2016


Nie planowaliśmy dotychczas wycieczek w słowackie Góry Lewockie, bo jeszcze do końca 2005 r istniał tu poligon wojskowy co uniemożliwiało prowadzenie tu turystyki. Władze cywilne wkroczyły na ten teren od początku 2011 r. Teraz jest tu sporo wyznakowanych szlaków turystycznych, przede wszystkim kolarskich, są mapy turystyczne, rozwija się infrastruktura - na razie głównie narciarska.
Dla turystów pieszych nie ma wielu udogodnień - żadnych schronisk, centra narciarskie poza sezonem sa martwe. Ale trzeba to zobaczyć.
No więc pojechaliśmy tam a dokładnie do Doliny Lewockiej. Zimą działa tu stacja narciarska, jest więc przynajmniej dogodny dojazd i spory parking.
Podczas dojazdu na terenie Polski straszył nas deszcz a nawet deszcz ze śniegiem, jednak po pokonaniu głównego grzbietu Karpat trafiliśmy na zupełnie inną pogodę: słoneczne niebo z niewielkim zachmurzeniem, dość ciepło, bezwietrznie.
Z Doliny Lewockiej ruszyliśmy w stronę Koziego Garbu. Wraz z podchodzeniem coraz wyżej mogliśmy podziwiać coraz rozleglejsze widoki. A było co podziwiać: szerokie doliny, długie grzbiety, polany i bogato ubarwione lasy.
Powoli doszliśmy do pomnika Słowackiego Powstania Narodowego (postawionego tu przez żołnierzy z Kieżmarku). Ustawiona w tym miejscu wiata z ławami i stołem zachęca do chwili wypoczynku i daje okazję do przekazania informacji o znaczeniu SNP.
Potem weszliśmy na nieodległy szczyt Jaworzyny (1224 m). Widoki stąd obejmują Tatry Wysokie i Bialskie (niestety zakryte w tej chwili chmurami), Niskie Tatry, płaskowyż Słowackiego Raju, Góry Czerchowskie, Magurę Spiską.
Dość szybko opuściliśmy wierzchołek, bo wiał tu wiatr wyziębiający nas, stojących bez intensywnego ruchu.
Schodziliśmy inną drogą, przez Brinki, Hrby. Całe to zejście (i duża część podejścia) prowadziło leśną drogą asfaltową. Dzięki tej nawierzchni nie musieliśmy obawiać się kałuż, błota, strumyków płynących drogą - wygodne, ale wreszcie znudził mi się ten asfalt.
Cały czas towarzyszyły nam piękne widoki - złote modrzewie i brzozy, rude buki, różnozielone świerki, jodły i nawet sosny na tle barwnych polan, niewielkie płaty śniegu w zacienionych miejscach - wszystko to w promieniach słonecznych i pod błękitnym niebem urozmaiconym różnorodnymi chmurami. To kwintesencja pięknej jesieni.
Trzeba tu podkreślić, że teren ten nadaje się świetnie dla górskiej turystyki rowerowej. Pozostałe po wojsku drogi o dobrej nawierzchni i z reguły niezbyt strome dają możliwość wygodnego pokonywania górskich tras na rowerze. Odległości są spore i znacznie łatwiej pokonywać je na rowerze niż pieszo, choć, oczywiście, trzeba pamiętać o podjazdach. Na pewno skorzystamy z tej okazji wkrótce.
Podczas podróży powrotnej znów napotkaliśmy opady deszczu, lecz bez kłopotów wróciliśmy do Chrzanowa. To był piękny dzień w ciekawym, niezbadanym dotąd terenie.

KP.


Pilsko 16.10.2016


Pilsko odwiedzamy często, bo jest górą atrakcyjną, jednak rzadko wchodzimy na szczyt od strony słowackiej. Tak właśnie postanowiliśmy wejść tym razem.
Prognozy pogody były niezachęcające ale i tak wyjechała spora grupa pod wodzą Waldka.
Dojechaliśmy do Mutnego i stąd, niestety w deszczu, ruszyliśmy w kierunku szczytu.
Trasa jest nieco dłuższa niż na przykład z Przełęczy Glinne, niezbyt ciekawa, bo bez polan widokowych i w warunkach jesiennych błotnista. Jedyną jej zaletą w tym dniu były grzyby, które zebrała niepobita Asia. A w miarę zdobywania wysokości wkraczaliśmy w obszar coraz liczniejszych i większych płatów śniegu.
Wreszcie doszliśmy na szczyt. Deszcz przeszedł w gęstą mgłę, ale po ścieżkach wciąż płynęły strugi wody. Wiał dokuczliwy wiatr, więc po uwiecznieniu grupy na fotografiach ruszyliśmy spiesznie w stronę granicy słowacko - polskiej i schroniska na Hali Miziowej. Również po polskiej stronie masywu nic nie było widać.
Dopiero schronisko zaoferowało nam wygodne miejsca w cieple i bez wilgoci, skorzystaliśmy więc z tej okazji, żeby się ogrzać, wysuszyć, zjeść coś, wypić i odetchnąć.
Po godzinie zebraliśmy się do zejścia. Tym razem kierowaliśmy się czerwonym szlakiem (fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego) na Przełęcz Glinne. Tu, po zrzuceniu z siebie zabłoconych ochraniaczy i przebraniu butów wsiedliśmy do oczekującego na nas autokaru i wrociliśmy do Chrzanowa. Warunki zdecydowanie nie nastrajały optymistycznie, ale i tak byliśmy zadowoleni z kolejnego dnia w ukochanych górach.

KP.


Zakończenie sezonu koła Fablok 1.10.2016


Tradycyjnie już w październiku koła PTTK spotykają się w plenerze, żeby podsumować mijający sezon turystyczny. Również koło Fablok zaplanowało takie zakończenie, tym razem w Pogorzycach.
Żeby jednak podsumować sezon, trzeba najpierw dojść na metę a żeby dojść, trzeba wyjść.
My spotkaliśmy się na starcie w Kościelcu. Tu weszliśmy do kościoła św Jana Chrzciciela, żeby spojrzeć na tablicę upamiętniającą błogosławionego Jana Marcina Oprządka - jedynego wyniesionego na ołtarze z okolic Chrzanowa.
Potem już ruszyliśmy w drogę. Ulicą Główną (wiedzieliście, gdzie w Chrzanowie jest ulica Główna?) przez Kościelec, przez Stellę, wzdłuż torów i lasem doszliśmy na skraj kamieniołomu Żelatowa. Ta duża dziura w Ziemi robi wrażenie.
Potem, znów przez las, skierowaliśmy się w kierunku szczytu Żelatowej. Wspinając się na grzbiet przeszliśmy wcinającym się w zbocze wąwozem i zatrzymaliśmy przy źródełku wypływającym spod korzeni potężnego buka. Miejsce to jest pełne tajemniczego uroku.
Na szczycie Żelatowej zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, żeby odetchnąć i podziwiać rozległą panoramę.
Zejście ze szczytu krętą, miejscami stromą leśną ścieżką było kolejną atrakcją tej trasy. Po przejściu przez Zagórze wkrótce byliśmy nad kolejnym źródełkiem - pod Bukowicą. Kolejna chwila oddechu w przyjemnym otoczeniu.
Dalej szliśmy przez piękne lasy bukowe zboczami Bukowicy, Grodziska i wcinającymi się w nie wąwozami aż wreszcie dotarliśmy do ostatniej doliny, w której pogorzyccy wędkarze urządzili kaskadę trzech stawów rybnych a nad nimi przytulny ośrodek. To była bardzo ciekawa, atrakcyjna, choć może dla niektórych nieco długa trasa.
Na mecie czekały na nas pieczone kiełbaski, kaszanka z grilla, napoje a również konkursy zręcznościowe, wiedzy, wygłoszone przez prezeskę Irenkę podsumowanie osiągnięć koła w mijającym roku, wspólne śpiewy. Przede wszystkim jednak była okazja do niezobowiązującego spotkania starych przyjaciół i nowych znajomych. Wszystko to przy pięknej słonecznej pogodzie.

KP.


Lubań 25.09.2016


Koło Fablok zaplanowało wycieczkę w Gorce - na Lubań. Pogoda zapowiadała się nienajlepsza, więc chętnych nie było wielu, ale pojechaliśmy.
Zaczęliśmy od Przełęczy Snozka oddzielającej Pieniny od Gorców. Tuż nad nią, na niewielkim wzniesieniu zlokalizowany jest pomnik znany jako Organy Hasiora (bo Władysław Hasior go stworzył) - dawniej zwany "Pomnikiem ofiar walk wewnętrznych po II Wojnie Światowej".
Dalej weszliśmy na szczyt wznoszącej się nad przełęczą góry Wdżar. Nistety, ze względu na gęstą mgłę nie udało nam się podziwiać widoków i musieliśmy wrócić do szlaku.
Kiedy podchodziliśmy na szczyt Lubania mgła rozrzedzała się powoli i, kiedy wreszcie tam dotarliśmy, było już całkiem nieźle. Na terenie letniej bazy studenckiej spotkaliśmy grupę turystów z PTTK w Limanowej, posiedzieliśmy tam chwilę (trzeba było zjeść jakąś kanapkę, coś wypić, odpocząć) i weszliśmy jeszcze nieco wyżej - na zachodni szczyt i nawet na zbudowaną tam w zeszłym roku wieżę widokową. Na jej tarasie umieszczono tablice bardzo szczegółowo opisujące widoki na cztery strony świata. Nam, niestety, nie było dane podziwianie tak bogatej panoramy - jednak zamglenie ciągle ograniczało widoczność.
Dalszy ciąg trasy wiódł nas przez Marszałek w kierunku Krościenka. Pogoda ciągle się poprawiała i w końcu było już całkiem słonecznie. Zbliżając się do Krościenka widzieliśmy coraz więcej i coraz lepiej. Warto było zatrzymać się na którejś z polan, by podziwiać Pieniny (Trzy Korony, Nową Górę, Macelak), Pasmo Radziejowej w Beskidzie Sądeckim, fragmenty Gorców i Beskidu Wyspowego.
Jednak trzeba było w końcu zejść w dolinę. W Krościenku mieliśmy chwilę na posiłek po czym ruszyliśmy do domu. Żeby jednak nie było zbyt miło na Zakopiance utknęliśmy w korkach. Powrót trwał znacznie dłużej niż mógł ale dotarliśmy szczęśliwie do Chrzanowa. W sumie było całkiem przyjemnie.

KP.


Wrocław 24.09.2016


Kochamy Wrocław i odwiedzamy go, kiedy tylko jest okazja. W tym roku były tam już dwie wycieczki chrzanowskich turystów: z koła PTTK przy UTW i Koła Grodzkiego. Trzecią wycieczkę przygotowaliśmy dla współpracującej instytucji. Ta była najliczniejsza - zebrało się 120 chętnych.
Zaczęliśmy od wrocławskiego ZOO - najstarszego z działających na obecnym obszarze Polski (od 1865), jednego z najciekawszych w Polsce. Szczególnie niedawno (2014) oddane do użytku Afrykarium przyciąga tłumy zwiedzających. Ale cały ogród jest ciekawy, z licznymi atrakcjami dla dzieci, starszych, całych rodzin. W wolny dzień, przy pięknej pogodzie na alejkach jest tu mnóstwo rodziców z dziećmi, grup emerytów, wycieczek szkolnych i innych spacerowiczów. Rozległy teren (33 ha), liczne mniejsze i większe punkty gastronomiczne, ławeczki, toalety zapewniają wygodę całej tej rzeszy odwiedzających. Przy dobrej pogodzie warto tu spędzić przynajmniej pół dnia.
Po wyjściu z ZOO przeszliśmy wzdłuż Odry do rotundy mieszczącej słynną Panoramę Racławicką. Ten wspaniały obraz namalowany ponad 140 lat temu przez Jana Stykę, Wojciecha Kossaka we współpracy z kilkoma jeszcze malarzami ciągle zachwyca widzów, powiększa ich wiedzę historyczną, budzi dumę z chlubnych momentów naszej historii.
A potem nadszedł czas na zwiedzanie najstarszej części Wrocławia.
Przeszliśmy na Rynek i tu podziwialiśmy Ratusz, pomnik Aleksandra hrabiego Fredry, pięknie odbudowane kamienice ale także różnorodne przejawy współczesnego życia tego miasta: ulicznych muzyków, artystów sprzedających swoje dzieła, licznych turystów z różnych stron świata.
Wśród nich były dwie urodzone na Dolnym Śląsku przed II Wojną Światową Niemki, które miały dużą chęć na rozmowę z "tubylcem". Mieliśmy czas, więc porozmawialiśmy. Najciekawsze w tej rozmowie było ich stwierdzenie, że jeśli nadal będzie przybywać w Niemczech muzułmanów to one uciekną do Polski (dokładnie tak: uciekną a nie powrócą).
Z Rynku przeszliśmy uliczkami pod Uniwersytet, dalej przez Wyspę Piaskową na Ostrów Tumski. Tu, między licznymi obiektami, odwiedziliśmy także katedrę św Jana Chrzciciela.
I tak, powoli nadszedł wieczór a my przejechaliśmy w rejon Hali Stulecia, gdzie od 2009 roku funkcjonuje największa w Polsce (powierzchnia 1 ha) fontanna ze spektaklami woda - światło - dźwięk. Poza kilkuminutowymi cogodzinnymi pokazami prezentowane są w określonych dniach i godzinach programy specjalne - dłuższe i starannie przygotowane. I my właśnie wzięliśmy udział w takim specjalnym spektaklu. Muzyka, skoordynowane z nią strumienie wody oświetlane różnobarwnymi światłami ale także projekcje obrazów na ekranie z mgły wodnej a nawet słupy ognia strzelające spod powierzchni wody - wszystko to zachwyciło licznie zgromadzonych widzów.
To był już ostatni punkt programu naszej wycieczki. Po zakończeniu spektaklu wsiedliśmy do autokarów i powróciliśmy do Chrzanowa zadowoleni z interesującego, atrakcyjnie spędzonego dnia.

KP.


Toskania 9-18.09.2016


Od kilku lat jeździmy w wakacje (szeroko rozumiane) nad ciepłe morza europejskie. Tym razem wybór padł na Morze Liguryjskie i Toskanię.
Na bazę wybraliśmy kemping Free Beach w Marina di Bibbona, gdzie byliśmy już w 2012 roku i podobało się nam.
Wyjechaliśmy w drogę w piątek po południu i przez Czechy, Austrię dojechaliśmy nocą do Włoch a tam do Prato u progu Florencji. Wygodnym pociągiem podmiejskim dojechaliśmy do Florencji i tam spotkaliśmy się z miejscową przewodniczką - Jolą. To sympatyczna Włoszka mówiąca nieźle po polsku i świetnie znająca swoje miasto. Poprowadziła nas po najciekawszych, najpopularniejszych miejscach tego wspaniałego, niezwykle bogatego w zabytki miasta. Podziwialiśmy kościół Santa Maria Novella, most złotników, Galerię Uffizi (z zewnątrz), Palazzo Vecchio, Katedrę Santa Maria del Flore, baptysterium, pełne uroku uliczki i zaułki.
Po pożegnaniu z Jolą mieliśmy czas na kawę, pizzę, zakup pamiątek, spacer po okolicy własnymi ścieżkami. Skorzystałem z tej okazji i odwiedziłem kościół św Miniata - piękną, romańską bazylikę z ciekawym cmentarzem wokół.
Trudno się tu rozpisywać o wspaniałościach Florencji, bo na ten temat napisano wiele grubych książek - trzeba to zobaczyć.
W odpowiednim czasie wsiedliśmy do pociągu, wróciliśmy do Prato i ruszyliśmy autokarem w dalszą drogę.
W Marina di Bibbona dość sprawnie zakwaterowaliśmy się w kempingu Free Beach i mogliśmy już odpoczywać po długiej podróży.
Na niedzielę nie zaplanowaliśmy wyjazdowego programu krajoznawczego - po męczącej podróży należał się nam odpoczynek. Mieliśmy czas na plażowanie, spacer po mieście, nawet nieco dalsze wycieczki: kilka osób wypożyczyło rowery i wybrało się na przejażdżkę wzdłuż wybrzeża w stronę Ceciny, kilka osób udało się tam pieszo (prawie 10 km w jedną stronę i tyleż z powrotem). Leśna droga wzdłuż wybrzeża jest dobrze przygotowana do spacerów i przejażdżek rowerowych, powrót plażą jest także ciekawy i przyjemny.
W poniedziałek rozpoczęliśmy zwiedzanie miasteczek toskańskich.
Przejechaliśmy do Arezzo - niewielkiego miasteczka o etruskich jeszcze korzeniach z pięknym kościołem Santa Maria delle Pieve, uznawanym za jeden z najpiękniejszych w Toskanii, z centralnym Piazza Grande, pochylonym zgodnie z kierunkiem spadku wzgórza, na którym zbudowano centrum miasta, z okazałą katedrą św św Piotra i Donata.
Kolejnym miastem na naszym szlaku było Montepulciano. To miasto zbudowano na wydłużonym grzbiecie wzgórza, więc jego zwiedzanie wiąże się z podchodzeniem. Forteca, katedra Santa Maria dei Servi, Palazzo Comunale to diamenty w siatce wąskich, krętych uliczek a turystów kusi dodatkowo miejscowe słynne wino Nobile (szlachetne).
Ostatnim miastem na drodze zwiedzania tego dnia było Grosseto. Tu najciekawsze są XVI- wieczne mury obronne z bastionami. Ciekawy jest także centralny Piazza Dante oraz zlokalizowane przy nim zamek rodu Aldobrandeschi, katedra San Lorenzo, pomnik Leopolda II.
Do kempingu wróciliśmy dość późno, bo, aby zobaczyć to wszystko, musieliśmy przejechać sporo kilometrów, czasem po bocznych drogach.
Wtorek - w tym dniu zaplanowaliśmy rejs na Elbę. Dojechaliśmy do Piombino, wsiedliśmy na prom i w godzinę przepłynęliśmy do Portoferraio na Elbie.
To miasteczko, piękne i ciekawe jest słynne także z tego, że stanowiło miejsce zesłania Napoleona Bonaparte w 1814 roku. Spacerując po starówce przeszliśmy obok muzeum Napoleona (niektórzy tam weszli), Villi dei Mulini (rezydencji Napoleona) i podziwialiśmy rozbudowaną w czasach Medyceuszy twierdzę, broniącą miasta przed piratami.
Po zakończeniu spaceru po starówce skierowaliśmy się na plażę. A ta jest wyjątkowo piękna. Co prawda pokrywające ją drobne otoczaki nie są tak przyjazne do leżenia i chodzenia jak drobny piaseczek, ale za to woda w morzu jest fantastycznie czysta i przejrzysta a dodając do tego ciepły, słoneczny dzień - warunki do kąpieli były wymarzone. Wprost nie chciało się wychodzić z wody. To był czas prawdziwego, spokojnego, leniwego odpoczynku.
Jednak kiedyś trzeba było się podnieść z plaży i skierować w stronę portu. Rejs, na który mieliśmy rezerwację, został odwołany, popłynęliśmy następnym, za pół godziny.
Po powrocie do Marina di Bibbona był czas na zakupy, kąpiel w basenie, posiłek, lampkę wina.
Środa była przeznaczona na zwiedzenie kolejnych znanych i popularnych wśród turystów miast: Pizy i Lukki.
Piza, z jej katedrą, baptysterium i - przede wszystkim - słynną krzywą wieżą, czyli dzwonnicą jest celem podróży tysięcy turystów z całego świata. Katedra, walcząca o palmę pierszeństwa w konkurencji "najpiękniejsza w Toskanii" z florencką i sieneńską zachwyca wspaniałym wystrojem zewnętrznym oraz bogatym wyposażeniem wnętrza. Krzywa wieża - dzwonnica - jest jedyna w swoim rodzaju (choć krzywych budowli jest na świecie a nawet w Polsce więcej). Baptysterium, czyli kaplica chrzcielna uzupełnia kompleks zlokalizowany na Polu Cudów (tak tłumaczy się włoską nazwę placu). Wokół przelewa się nieskończony tłum turystów fotografujących się na tle wieży. Szczególnie popularne są pozy sugerujące, że osoba fotografowana podpiera wieżę, żeby nie padła.
Nam trafiła się dodatkowa atrakcja w postaci głośnego protestu pracowników włoskiego oddziału firmy Ericcson, która zapowiedziała zwolnienie we włoskich zakładach 302 pracowników z czego 9 mieszka w Pizie.
Drugie ze zwiedzanych miast - Lukka - przyciąga turystów starówką otoczoną murami obronnymi. Wewnątrz nich podziwiać można między innymi kościół św Michała (cudowna fasada !), kompleks kamienic zbudowanych na bazie dawnego rzymskiego amfiteatru, kościół św Frediana, katedrę św Marcina a także plac z pomnikiem słynnego syna Lukki - Giaccomo Pucciniego. Wszystkie te obiekty - a także wiele innych - utkane są w starym mieście, wśród ciasnych, krętych, pełnych uroku uliczek.
Wieczorem, po powrocie do bazy i posileniu się spora grupa uczestników wycieczki usiadła wokół stołu aby popróbować miejscowego wina, podsumować mijające dni wycieczki, cieszyć się miłym towarzystwem w ciepły wieczór, coś wspólnie zaśpiewać.
We czwartek znów wybraliśmy się nieco dalej - do Peruggi i Asyżu.
W Peruggi atrakcje zaczynają się natychmiast po opuszczeniu autokaru. Z parkingu do centrum dojeżdża się tam zgrabną, wygodną, szybką kolejką nazwaną tam minimetrem, choć niewielkie (mieszczące nieco ponad 20 osób) bezobsługowe wagoniki poruszają się po specjalnym torze przeważnie ponad poziomem gruntu. Bardzo nam się spodobało to rozwiązanie. Potem jeszcze kilka ciągów schodów ruchomych i już jesteśmy na grzbiecie wzgórza, gdzie zlokalizowane jest stare centrum Peruggi.
A ta właśnie lokalizacja sprawia, że są tu wspaniałe miejsca widokowe, skąd można podziwiać rozległe panoramy. Jednym z ulubionych przez turystów jest taras widokowy w okolicy Ogrodów Carducci. Byliśmy tam i spojrzeliśmy wokół.
Potem przeszliśmy w stronę Piazza IV Novembre, gdzie zlokalizowane są najważniejsze budowle miasta: katedra św Wawrzyńca, Palazzo dei Priori, Fontanna Maggiore.
To jest ciekawe miasto, ale przed nami była jeszcze większa atrakcja: Asyż, więc wróciliśmy dość szybko do autokaru, żeby ruszać dalej.
Do Asyżu jest niedaleko, dojechaliśmy dość szybko.
Zaczęliśmy od bazyliki Santa Maria degli Angeli w miejscu, gdzie była siedziba św Francszka i jego towarzyszy. Tu znajduje się Porcjunkula - kościółek, który święty odbudował na wezwanie Jezusa, tu jest także Kaplica Przejścia (Transito) - miejsce, gdzie święty zmarł.
Na początek byliśmy nieco zaskoczeni kontrolą policyjną przy wejściu na teren bazyliki (względy bezpieczeństwa) a potem u wielu uczestników pojawiło się wzruszenie faktem pobytu w tym wyjątkowy miejscu.
Po opuszczeniu bazyliki przejechaliśmy na parking w pobliżu centrum Asyżu.
Tu odwiedziliśmy bazylikę św Klary z jej grobem i, oczywiście, bazylikę św Franciszka.
W skupieniu nad grobem wielkiego świętego, w otoczeniu poświęconej mu wspaniałej bazyliki wspominaliśmy jego idee, między innymi dotyczące pokoju między ludźmi.
Tym bardziej, że byliśmy świadkami przygotowań do kolejnego spotkania przedstawicieli różnych religii poświęconego modlitwie o pokój (zaplanowanego na 18-20.września). Te doroczne spotkania zainicjował św Jan Paweł II.
(Nie wszyscy katolicy zaakceptowali tę inicjatywę, słowacki bp Oliver Oravec pisał, między innymi: Jan Paweł II zorganizował 27 X 1986 "modlitewne" spotkanie wszystkich religii w słynnej franciszkańskiej bazylice w Asyżu. Zostali tam zaproszeni na wspólną "modlitwę" o pokój przedstawiciele 130 wyznań. Były tam wszystkie protestanckie sekty, żydzi, muzułmanie, pogańskie religie od buddystów aż po najprymitywniejsze kulty afrykańskie, które po dziś dzień oddają cześć wężom albo złym duchom. Nie mielibyśmy zastrzeżeń, gdyby te religie były zaproszone na polityczne albo etyczne debaty, ale kiedy osoba podająca się za papieża wzywa ich na modlitwę, to jest to już inna sytuacja. Idzie tu mianowicie o duchowe cudzołóstwo, gdy prawdziwą religię miesza się z pogańskimi religiami, które czczą bożki (bałwany). (...) Takimi to czynami JPII już dawno automatycznie wykluczył się z Kościoła a przez to nie może być papieżem, czyli Namiestnikiem Chrystusa-Prawdy.)
Po nawiedzeniu świętego Franciszka zrazu niespiesznie, potem poganiani przez deszcz, wróciliśmy do autokaru i skierowaliśmy się do naszej bazy.
W piątek zaplanowaliśmy odwiedzenie kolejnych mniejszych i większych, ale zawsze ciekawych miast toskańskich.
Rozpoczęliśmy od Volterry. Jak wiele innych w okolicy, miasto zlokalizowane jest na wzgórzu, otoczone średniowiecznymi murami obronnymi, ma katedrę, baptysterium, Palazzo Municipale. O jego wyjątkowości stanowi specjalizacja miejscowych rzemieślników: obróbka wydobywanego nieopodal alabastru. W licznych sklepikach, które mieszczą się przy wąskich, krętych uliczkach można podziwiać wspaniałe rzeźby, przedmioty codziennego użytku, bibeloty z śnieżnobiałego kamienia. Można, oczywiście, także coś kupić a ceny niewielkich pamiątek nie powodują przerażenia. Gdy się trochę uważniej rozejrzeć, nietrudno dostrzec także otwarte drzwi do warsztatu, gdzie na własne oczy można podziwiać proces tworzenia takiego, czy innego cacuszka.
Kolejnym celem naszej podróży było San Gimignano. To miasto przezwane zostało "średniowiecznym Manhattanem" ze względu na kilkanaście średniowiecznych wież mieszkalno - obronnych, które zachowały się do dziś. Rzeczywiście, zbliżając się do miasteczka widzi się wyrastające ponad dachy strzeliste sylwetki pradawnych "drapaczy chmur". Prócz nich liczne tłumy turystów podziwiają bazylikę, Palazzo Municipale, ruiny twierdzy z ciekawymi punktami widokowymi. W wolnej chwili na Piazza della Cisterna (ze średniowiecznym zbiornikiem na wodę) można skosztować lodów produkowanych przez dwukrotnych w ostatnich latach zdobywców tytułu mistrza świata w lodziarstwie (tak z dumą ogłaszają na szyldzie). Brzmi poważnie, lody są rzeczywiście znakomite. Niestety, zwiedzanie tego miasta zakłóciły nam przelotne, ale intensywne opady deszczu. Trochę zmoknięci powróciliśmy do autokaru, by jechać dalej.
A dalej był Siena. Pech nas nie opuszczał: od samego początku powitani zostaliśmy ulewnym deszczem. Ponieważ nic nie zapowiadało szybkiego końca ulewy, grupa zdecydowanych na wszystko wyszła pod parasolami, żeby jednak Sienę zobaczyć.
Po dojściu z parkingu do starego centrum skierowaliśmy się do katedry. Na własne oczy mogliśmy porównać tę wspaniałą budowlę z podziwianymi wcześniej katedrami we Florencji i Pizie. Tamte są piękne, wspaniałe, zachwycające, ale, według mnie, sjeneńska jest najwspanialsza. Wystrój jej wnętrza jest tak bogaty, że dla pełnego przeżycia tych cudowności trzeba by wielu dni. A co by było, gdyby sjeneńczykom udało się zrealizować pomysł rozbudowy katedry (z tej idei pozostały fragmenty zaplanowanej fasady i jednej nawy bocznej) ?
My, w żaden sposób nie mogliśmy przeznaczyć na podziwianie katedry zbyt wiele czasu.
Na szczęście, okazało się, że w międzyczasie przestał padać deszcz i słynny Piazza del Campo podziwialiśmy już, wraz z licznym tłumem turystów przeróżnych nacji, w promieniach słonecznych. A jest co podziwiać: rozległy plac, oryginalnie ukształtowany (w formie muszli) otoczony jest pięknymi budowlami z Palazzo Publico, dzwonnicą Tore del Mangia, fontanną Fonte Gaia i licznymi pałacami możnych rodów. Pamiętaliśmy, oczywiście, o odbywających się tu tradycyjnych wyścigch konnych Palio di Siena.
Ci, którzy nie przstraszyli się ulewy, otrzymali w nagrodę możliwość podziwiania fragmentu bogactwa Sieny i byli nim zachwyceni.
Ostatnim już punktem programu krajoznawczego w tym dniu było miasteczko Monteriggioni.
To, rzeczywiście maleńkie miasteczko, z kilkoma tysiącami mieszkańców szczyci się jednak długą historią (od poczatków XIII w) i świetnie zachowanymi murami obronnymi z 14 wieżami.
Wizyta tu, to jakby przeniesienie się w czasy średniowiecza, rycerzy, fortec, rozbójników. Warto spędzić tu chwilę przy lampce miejscowego wina i zrobić kilka zdjęć.
Powrót do bazy, krętymi drogami przez wzgórza i doliny Toskanii to atrakcja sama w sobie.
Sobota była ostatnim już dniem w Marina di Bibbona. Pogoda poprawiła się, chmury deszczowe odeszły, tak więc po opuszczeniu kempingu mogliśmy pożegnać się z Morzem Liguryjskim.
A morze było tego dnia zupełnie inne, niż wcześniej: wiatr powodował spore fale, które załamując się przy brzegu huczały donośnie, kłębiące się chmury na przemian z fragmentami czystego nieba tworzyły fantastyczną scenerię dla tego pożegnania.
No to pożegnaliśmy morze, plażę, kemping, całą miejscowość i ruszyliśmy w drogę do kraju.
Ale jeszcze po drodze mieliśmy w planie zwiedzenie tego i tamtego.
Zaczęliśmy od Bolonii. To miasto - stolica regionu Emilia Romania - jest zupełnie inne niż miasta toskańskie, które zwiedzaliśmy wcześniej. Również otoczone murami obronnymi, których fragmenty zachowały się do dziś, zlokalizowane jest jednak na równinie, więc wyraźnie bardziej uporządkowane, o prostych, szerokich ulicach. Najciekawsze są tu: kościół św Petroniusza, katedra św Piotra (kto miał trochę szczęścia, mógł tu wysłuchać minikoncertu organowego), Piazza Maggiore, fontanna Neptuna, Archiginnasio. Można tu także zobaczyć kilka zachowanych średniowiecznych wież mieszkalno - obronnych, w tym jedną krzywą.
Oprócz zabytkowych budowli zaciekawiło nas życie tego miasta: liczni turyści podziwiają zabytki, odpoczywają w barach, słuchają ulicznych grajków. Mieliśmy okazję wysłuchać agitatora powtarzającego w kółko te same populistyczne argumenty, podziwiać wystawę zabytkowych rowerów (niektóre sprzed 90 lat - piękne).
Kiedy nadszedł czas - wróciliśmy do autokaru i ruszyliśmy dalej.
I nadeszła pora na dyskusję o dalszych planach. Z inicjatywy jednego z uczestników poddałem pod rozwagę propozycję rezygnacji ze zwiedzania Grazu na rzecz znacznie ciekawszego Wiednia. Wszyscy przyjęli tę propozycję, niektórzy z entuzjazmem.
Tak więc po nocnej podróży zatrzymaliśmy się w pięknej stolicy Austrii.
Pogoda dopisywała, było słonecznie, ciepło, mieliśmy dość czasu i zobaczyliśmy dużo: Plac Schwarzenberga z pomnikiem żołnierzy Armii Czerwonej, Karlsplatz z kościołem Karola Boromeusza, Operę, Ogród Dworski (Burggarten), Plac Marii Teresy, Ring z Parlamentem, Ratuszem i Teatrem Dworskim, Ogród Ludowy (Volksgarten) z Ogrodem Różanym, Plac Bohaterów, Hoffburg, Plac św Michała, uliczki Kohlmarkt i Graben, Stephansplatz z katedrą św Szczepana, kościół św Elżbiety (należący do współczesnych Krzyżaków), Park Miejski z pomnikiem Johanna Straussa, Belweder a na koniec wyjątkowy budynek komunalny: Hundertwasserhaus.
W przerwie mieliśmy czas na popróbowanie specjałów wiedeńskich: tortu Sachera z filiżanką kawy, ogromnego wiener Schnitzel z sałatką ziemniaczaną i lokalnym piwem a kilka osób zwiedziło w Hoffburgu Muzeum Sisi, apartamenty cesarskie i Muzeum Cesarskiej Zastawy Stołowej.
To było piękne zwieńczenie tej wycieczki. Jeszcze tylko szybki powrót do Chrzanowa i nadszedł czas pożegnania.

KP.


Winobranie w Zielonej Górze 2-4.09.2016


Kolejna inicjatywa koła PTTK przy UTW w Chrzanowie - wycieczka na święto Winobrania do Zielonej Góry - niestety nie spotkała się z licznym odzewem. Wyjechało nas na tę wycieczkę zaledwie 28.
Na piątek zaplanowany mieliśmy dojazd do miejsca noclegu ze zwiedzaniem po drodze kilku ciekawych miejsc.
Pierwszym z nich był Żagań, gdzie odwiedziliśmy XVII-wieczny pałac przebudowany ze średniowiecznego zamku z inicjatywy słynnego wodza Albrechta von Wallensteina, potem należący między innymi do książąt Lobkowitzów. Obecnie ten nieźle utrzymany, o pięknej sylwetce i bogatym wystroju zewnętrznym obiekt mieści liczne żagańskie instytucje publiczne oraz firmy. Również otaczający go park, opierający sie swoimi granicami o Bóbr, jest wart spaceru.
Poza pałacem trzeba w Żaganiu zajrzeć na rynek i do poaugustiańskiego kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny - i to zrobiliśmy.
Dalej pojechaliśmy do nieodległych Żar. Tu również jest ciekawe stare miasto z Rynkiem, ratuszem, kościołem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Mniej szczęścia miały w swojej historii zamek Devinów-Bibersteinów i pałac Promnitzów tworzące rozległy, ale bardzo zniszczony zespół (widać efekt prac zmierzających do zabezpieczenia ruiny przed całkowitym rozpadem).
Najważniejszym punktem programu krajoznawczego w tym dniu był Park Mużakowski.
Ten transgraniczny (polsko-niemiecki) park stworzony w XIX wieku przez księcia Puecklera, wybitnego znawcę i miłośnika europejskiej sztuki projektowania terenów zielonych jest od 2004 roku wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego UNESCO. Po dwóch stronach granicznej Nysy Łużyckiej znajduje się tu ponadsiedemsethektarowy park wraz z rezydencją książęcą: Starym Pałacem, Nowym Pałacem i zabudowaniami towarzyszącymi. Jest to znakomite miejsce na spacery, przejażdżki rowerami czy powozami konnymi. My także tam spacerowaliśmy i podziwialiśmy ten wspaniały zabytek sztuki ogrodniczej.
Po zakończeniu spaceru ruszyliśmy autokarem do naszej bazy noclegowej - kempingu w Niesulicach. To, położone z dala od większych siedlisk ludzkich, nad jeziorem, wśród lasów miejsce znakomicie nadaje się do odpoczynku weekendowego a nawet dłuższego. Są tu wygodne domki kempingowe, bar, plac zabaw, niewielka plaża nad brzegiem przygotowanym do kąpieli. I nie ma komarów !
Zakwaterowaliśmy się tam, zjedliśmy kolację i mogliśmy odpoczywać po całodniowej podróży.
W sobotę po śniadanu ruszyliśmy do Zielonej Góry. Zatrzymaliśmy się na parkingu obok Parku Winnego i skierowaliśmy do centrum.
Tu już zaczęły się imprezy związane ze świętem Winobrania. Zanim doszliśmy do centrum musieliśmy się zatrzymać, aby przepuścić biegaczy, którzy właśnie biegając po mieście uczestniczyli w tym wydarzeniu. Dalej napotkaliśmy liczne stragany, kramy i kramiki ze wszystkim. Były tu tandetne pamiątki Made in China, dzieła sztuki miejscowych twórców, starocie każdego rodzaju, smakołyki przeróżnych smaków a przede wszystkim - produkty okolicznych winiarzy (coraz liczniejszych). Na środku rynku ustawiona została estrada, na której "produkowały się" rozmaite grupy, grupki i indywidualni artyści różnego sortu. W odpowiednim czasie w korowodzie doszedł na rynek Bachus, prezydent miasta przekazał mu klucze miasta i już oficjalnie rozpoczęło się świętowanie.
Mieliśmy dość czasu na spokojne rozejrzenie się po okolicy, delektownie się przysmakami, oddychanie atmosferą święta.
Trudno się było oprzeć zapachom docierającym z wszechobecnych grilli. Golonka, którą zamówiłem, była świetna i niemała, jak to golonka. Później zauważyłem rożen z piekącym się nad ogniem dzikiem. Kusił, ale to już byłoby obżarstwo. Dla równowagi warto było skosztować win oferowanych na licznych stoiskach. Była ich wielka różnorodność, tak więc również w tym temacie trzeba było wybierać.
Okazało się, że także turyści z PTTK w Jaworznie przyjechali tego dnia do Zielonej Góry. Jaki ten świat mały !
W odpowiednim czasie, obciążeni torbami z pamiątkami (często szkalnymi) zebraliśmy się, by wrócić do autokaru. Po drodze zajrzeliśmy jeszcze do palmiarni - ładnego, współczesnego obiektu zawierającego, oprócz palm (oczywiście) także oryginalną restaurację, obszerny hall z różnorodnymi ekspozycjami (m.in. bardzo ciekawą wystawą motyli).
No i trzeba było już wracać do domu.
Po kolacji była chwila wolna - można było nawet zażyć kapieli w jeziorze. Spróbowałem, razem z Janem - a co ... Było świetnie - woda czysta, dość ciepła. Nie chciało się wychodzić na brzeg.
A jeszcze później usiedliśmy pod parasolami przed barem przy lampce wina, by pomówić swobodnie o podróżach dawnych i wymarzonych, pożartować, coś zaśpiewać. Było sympatycznie.
W niedzielę rano pożegnaliśmy Niesulice i ruszyliśmy w stronę domu, oczywiście nie najkrótszą drogą..
Zatrzymaliśmy się w Świebodzinie, gdzie ustawiono najwyższą na świecie (52 m) figurę Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Imponująca, ale o co właściwie chodzi ... o chwałę Chrystusa czy wybujałe ego miejscowego proboszcza ?
Potem pojechaliśmy do Cigacic (urocza nazwa, nieprawdaż), jednego z największych portów nad Odrą, gdzie byliśmy umówieni z właścicielem galarów pływających z turystami po Odrze. Zokrętowaliśmy się na najbliższy i wkrótce popłynęliśmy Odrą, potem Obrzycą - piękne okolice, piękna rzeka (szczególnie boczna Obrzyca - czysta, z bogatą roślinnością wodną).
Następnym przystankiem na naszej trasie była Trzebnica - sanktuarium i centrum kultu św Jadwigi Śląskiej. Bogata bazylika, obszerny zespół klasztorny, kilkusetletnia historia - byliśmy pod wrażeniem.
I tyle - pozostał tylko powrót do domu.
To była przyjemna wycieczka (pogoda dopisała) o urozmaiconym programie z kilkoma miejscowościami, które odwiedza się rzadko albo wcale a niesłusznie, bo zasługują na chwilę uwagi.

KP.


Po drogach, bezdrożach i ścieżkach Beskidów Ukraińskich 11-16.08.2016


Postanowiliśmy wspomóc członków innej organizacji turystycznej w zdobywaniu ich odznaki Wielka Korona Beskidów i wybrać się wraz z nimi w góry Ukrainy. Oczywiście, w wycieczce udział wzięli także członkowie PTTK, nie tylko z Chrzanowa. W sumie pojechało nas z Wieśkiem i Ryśkiem za kierownicą 51 osób w tym 8 osób, które dosiadły się w Rzeszowie (dojechały tam z Ostrowca Świętokrzyskiego).
Przekroczenie granicy polsko - ukraińskiej w Korczowej trwało, niestety, znacznie dłużej, niż planowaliśmy (prawie 3,5 godziny). Potem był ponad 350-kilometrowy przejazd drogami obwodu lwowskiego a dalej iwanofrankiwskiego. Były to drogi krajowe, czyli ważne, ale i tak nie dało się w większości jechać szybciej niż 50 km/godz. A w dodatku ciągle padał deszcz.
W końcu dojechaliśmy do wsi Świdowiec i, ponieważ pogoda była nieco lepsza (przestał padać deszcz), przygotowaliśmy się do zdobywania pierwszego z planowanych szczytów: Bliźnicy. Ale, żeby tam wejść, warto najpierw podjechać do ośrodka narciarskiego Dragobrat, bo dojście tam to dodatkowo ponad 10 kilometrów marszu i to w górę.
Droga terenowa nie daje możliwości przejazdu autokarem, ale udało sie dość szybko zamówić "gruzowik", czyli ciężarówkę przerobioną na, dość prymitywny, środek transportu osób.
Część uczestników (prawie wszyscy z innej organizacji) postanowiła odłączyć się od grupy, zrezygnować z przejazdu i pokonać całą trasę pieszo. Ktoś (ciekawe: kto?) ich do tego zachęcił i chyba powinien się poczuwać do odpowiedzialności za nich (?).
Sam przejazd gruzowikiem jest przygodą: stroma, dziurawa droga pokonywana jest przez silną maszynę szybko, zakręty są ciasne, amortyzacja - symboliczna. Krótko mówiąc taka przejażdżka to pół godziny trzęsienia się, kurczowego trzymania czego się da, żeby nie toczyć się po podłodze. Ale warto, bo zyskuje się w ten sposób ogromnie dużo czasu i sił.
Kiedy wyjechaliśmy, dokąd się dało, dalej ruszyliśmy pieszo. Łatwą drogą wzdłuż wyciągu weszliśmy na przełęcz Peremyczka, potem wspięliśmy się na szczyt Żandarma (do tego czasu udało nam się podziwiać fragmenty otoczenia) i wkrótce byliśmy na szczycie Bliźnicy (1881) - najwyższym w paśmie Świdowca. Niestety, oprócz tabliczki opisującej szczyt i starej konstrukcji stalowej nie dało się nic zobaczyć. Podczas zejścia także nie widzieliśmy prawie nic - mgła (niskie chmury) przesłaniała okolicę.
Schodząc mijaliśmy tych, którzy odłączyli się od grupy i podchodzili z samego dołu. Okazało się, że ten, który ich do tego namówił, zostawił ich własnemu losowi a ponieważ nie wszyscy wiedzieli, jak iść na szczyt, zawróciłem z zejścia i podchodziłem z ostatnimi powtórnie.
Po osiągnięciu Żandarma zgodziliśmy się, że dalsze podchodzenie na Bliźnicę ze względu na kompletny brak widoczności nie jest warte wysiłku i zawróciliśmy.
Na terenie stacji narciarskiej mieliśmy jeszcze czas na posiłek w jednej z kilku otwartych tam restauracji. A potem już zjechaliśmy w dół - tym razem schodzących było znacznie mniej.
Ostatni odcinek przejazdu naszym autokarem był niezbyt daleki (nieco ponad 30 km) ale i tak po tamtejszych drogach zajęło nam to około godziny.
W Bukowelu pozostało nam już tylko zakwaterowanie w Willi Vlad i ułożenie się do snu po dłuuuugim dniu (a nawet dwóch dniach ledwo rozdzielonych nocą w autokarze).
W sobotni ranek powitało nas słoneczne niebo. Po śniadaniu w hotelowej restauracji (typowo ukraińskim, przypominającym raczej mały obiad: kasza, gulasz, chleb, herbata) wsiedliśmy znów do autokaru i ruszyliśmy na podbój najwyższej na Ukrainie Howerli.
Dojazd przez Tatarów i Worochtę szedł nieźle, potem było już gorzej a po wjechaniu na teren Karpackiego Parku Narodowego ciągle jechaliśmy, ale szybkość chwilami była niewiele większa od szybkości marszu. W końcu dojechaliśmy na parking przed bazą sportową Zaroślak (do II Wojny Światowej było tu polskie schronisko). Parking, obszerny, zajęty prawie do ostatniego miejsca przez autokary i bardzo liczne samochody osobowe, jest także ruchliwym bazarem, gdzie na kramach można kupić pamiątki, przekąski, napoje, miejscowe specjały.
Ale my wybieraliśmy się na szczyt. Ruszyliśmy więc szlakiem w górę. Szybko potwierdziło się, że Howerla jest Górą Narodową Ukraińców, nawiedzaną przez nich masowo. Równolegle z nami w górę szli liczni "pielgrzymi", w różnych strojach (także w narodowych, wyszywanych koszulach) i butach (widzieliśmy wchodzących w klapkach i gumiakach), w różnym wieku. Tłum gęstniał wraz z osiąganiem większej wysokości.
W miarę podchodzenia poszerzał się także zakres widocznych pasm górskich. Było słonecznie, pięknie, podchodząc zatrzymywaliśmy się, by odpoczywać ale także podziwiać widoki, fotografować.
Wreszcie osiągnęliśmy szczyt (2060 m npm). Jest tam rozległy, nieznacznie wznoszący się w stronę centralnego punktu płaskowyż - tego dnia cały zapełniony tłumem turystów i "pielgrzymów". Mniejsze i większe grupy fotografowały się przed obeliskiem, przed krzyżem, powiewały flagami (błękitno - żółtymi ukraińskimi ale także czerwono - czarnymi banderowskimi), śpiewały pieśni narodowe a także hymn państwowy. My, po sfotografowaniu się pod obeliskiem z polską flagą i banerami organizacyjnymi, odśpiewaliśmy "Ukrainę".
Mimo że tłum wokół psuł nastrój, było tak pięknie, że nie chciało się schodzić. Tak więc siedzieliśmy, posilaliśmy się, podziwialiśmy widoki, fotografowaliśmy się. Była także sesja fotograficzna pod tytułem Spotkanie Prezesów Na Szczycie. Pod tabliczką z nazwą góry stanęli prezesi zarządów oddziałów PTTK z Chrzanowa oraz innej organizacji turystycznej z Chrzanowa i Ostrowca Świętokrzyskiego.
Wreszcie jednak zebraliśmy się i ruszyliśmy w dół. Po zejściu jeszcze tylko przystanek przy kramach, oczekiwanie na spóźnialskiego i wkrótce mogliśmy już zjeżdżać - znów, niestety, bardzo wolno. Przybijanie pieczątek w książeczkach do odznaki Wielkiej Korony Beskidów w punkcie kontrolnym Parku Narodowego zajęło zaledwie kilkanaście minut.
W tym dniu w planie było jeszcze wejście na Rotyło (najwyższy szczyt w Górach Pokucko - Bukowińskich), jednak po dojechaniu do Kriwopilja, skąd mielliśmy wychodzić na trasę doszliśmy do wniosku, że czasu mamy zdecydowanie zbyt mało. Żeby zrealizować ten plan, powinniśmy się znacznie bardziej spieszyć, pokonując Howerlę, a w tak pięknych warunkach - szkoda było.
Tak więc skierowaliśmy się w stronę Bukowela.
Po powrocie do hotelu zjedliśmy obiad i było trochę czasu na integrację.
W niedzielę po śniadaniu (omlet, chleb, naleśniki z dżemem, herbata) znów ruszyliśmy w góry. Celem był szczyt Rotyło (1483 m npm).
Pogoda była piękna, dojechaliśmy w miarę szybko do Kriwopilja i ruszyliśmy doliną do wsi Wołowa i dalej (po przejściu potoku po kamieniach lub w bród) w górę.
Podejście było spokojne, dość dobrze oznakowane, widać, że nawet fragmentami ścieżka jest poprawiana - dla potrzeb turystów właśnie.
Wkrótce weszliśmy w strefę polan i korzystając z pięknej pogody zatrzymywaliśmy się dość często dla oddechu, podziwiania widoków.
Wreszcie doszliśmy w rejon szczytu i tam musieliśmy wspiąć się na skały, bo wierzchołek Rotyła jest sporą wychodnią skalną. To wyjątkowy i bardzo atrakcyjny szczyt. Rozciąga się z niego szeroka panorama, niestety w tym dniu nie całkiem widoczna, ze względu na zachmurzenie.
Jak zwykle nie obeszło się bez licznych fotografii, posiłku.
Zejście było także przyjemne, dość wygodne. Na dole, we wsi przystanęliśmy przy małym sklepiku, gdzie można było kupić lody i napoje.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy cerkwi w Worochcie i sfotografowaliśmy z wszystkich stron jej piękną sylwetkę.
W Bukowelu po szybkim przebraniu sie w hotelu pojechaliśmy do centrum stacji narciarskiej.
Znawcy europejskich (polskich, słowackich, austriackich, włoskich) stacji narciarskich są zgodni, że Bukowel to ścisła czołówka europejska. Kilkanaście wyciągów, kilkadziesiąt kilometrów tras zjazdowych, najnowocześniejsza infrastruktura, liczne hotele i pensjonaty a nawet specjalnie zbudowana, wygodna i (jeszcze) nie dziurawa droga dojazdowa - wszystko to przyciaga rzesze narciarzy nie tylko ukraińskich ale także z Polski, Litwy i innych państw. Ale my nie pojeździliśmy na nartach - nie ten sezon.
Wieczorem - znów obiad i ostatni już nocleg.
W poniedziałek po śniadaniu trzeba było się pożegnać z miłymi gospodarzami willi Vlad i ruszyć w drogę powrotną do domu.
A po drodze mieliśmy jeszcze w planie zdobycie najwyższego szczytu Połoniny Krasnej - Syhlańskiego. Ale, żeby tam dojść, trzeba najpierw dojechać do miejsca startu. Do miejscowości Dubowe dało się jechać w miarę szybko, natomiast ostatnie 25 km to był istny koszmar: niesamowicie dziurawa droga zmuszała miejscami do ograniczenia prędkości przejazdu do 4 - 5 km/godz. Wytrzęśliśmy się okropnie, straciliśmy mnóstwo czasu, aż wreszcie dotarliśmy do miejscowości Ust Czorna - punktu wyjścia na Syhlański.
Wyszliśmy w stronę grzbietu Połoniny Krasnej dość szybko. Niestety wkrótce w rejonie grzbietu pojawiły się grube chmury i rozległy się grzmoty. Szliśmy dalej, aż na polanie przed Klimową zatrzymaliśmy się, bo rozpoczęła się gwałtowna ulewa.
Tu była konieczna decyzja, czy iść dalej, czy wracać.
Burza, prawdopodobnie, przejdzie dość szybko, można ją przeczekać. Ale czy po ulewie wejście i zejście będzie bezpieczne. Podchodziliśmy już do tej pory po stromych stokach, po ścieżkach gliniastych, które po ulewie będą niesamowicie śliskie. Tego przejścia będzie dużo, prawdopodobnie także w zapadającej ciemności. Podjąłem decyzję o wycofaniu się, czyli rezygnacji z wejścia na szczyt i powrocie do wsi.
Zeszliśmy przemoczeni, lecz deszcz wkrótce przestał padać, burza odeszła i nawet chwilami pokazywało się błękitne niebo. No i pojawił się żal, że jednak nie weszliśmy. A jeszcze trzeba było poczekać, aż kierowcy odpoczną, czyli 9 godzin. Były tam restauracje (niezbyt wytworne, ale zawsze można było coś zjeść i wypić), był kościół, gdzie kilka osób wzięło udział we mszy, ale i tak ten czas wyglądał na głupio stracony.
Wreszcie mogliśmy ruszyć w drogę powrotną do domu. Znów powoli przez pierwsze kilometry, potem nieco szybciej, przez Użgorod, Słowację, Rzeszów (tu pożegnaliśmy turystów z Ostrowca) wreszcie dotarliśmy do Chrzanowa. Znacznie później niż planowaliśmy.
Nie wszystko podczas tej wycieczki poszło zgodnie z planem, ale na pogodę nie poradzimy nic a z drugiej strony - taka jest Ukraina (a szczególnie jej drogi).

KP.


Rysy 7.08.2016


W ubiegłym roku nie udało się nam (większości) wejść na szczyt, więc postanowiliśmy spróbować znów w tym roku. Wybraliśmy nieco późniejszy termin, ogłosiliśmy wycieczkę i trochę zaskoczeni ogromnym zainteresowaniem zebraliśmy chętnych na pełne dwa autokary. Ale nie było powodu, żeby ograniczać liczbę uczestników, pojechaliśmy więc licznie na Słowację.
Ruszyliśmy z parkingu obok przystanku kolejki Popradske Pleso i wkrótce okazało się, że oprócz naszej sporej grupy jest na szlaku wielu innych turystów.
Pogoda była piękna, słoneczna, góry z każdą chwilą odkrywały się przed nami coraz szerzej, szliśmy w górę coraz bardziej zachwyceni.
Wejście wymaga sporo trudu, bo podejście jest spore, ale czasu mieliśmy dość, szliśmy więc raczej wolno, tym bardziej, że coraz liczniejsi turyści uniemożliwiali pośpiech. Szczególnie na odcinku ze sztucznymi ułatwieniami (łańcuchy, klamry, liny) trzeba było chwilę poczekać, aż przejdą poprzednicy lub przepuścić schodzących.
Wreszcie doszliśmy do schroniska pod Rysami i tu zatrzymaliśmy się na odpoczynek połączony z drugim śniadaniem. Oprócz wspaniałego majestatu gór coraz bardziej rzucały się w oczy liczne tłumy chętnych na zdobycie Rysów.
Po złapaniu oddechu, posileniu się, skorzystaniu z toalety (to osobna atrakcja tego miejsca, niestety wymagająca czasu - kolejka) ruszyliśmy dalej w górę. Przez Przełęcz Waga i po skałach wspięliśmy się wreszcie na szczyt. Niestety na długim podejściu w tłumie nasza grupa dość znacznie się rozczłonkowała i nie było możliwości zrobienia zdjęcia grupowego do kroniki, tym bardziej, że rejon szczytu gęsto obsiadły tłumy turystów. Oceniam, że tego dnia na szczyt weszło ponad 1000 osób.
Jednak najważniejsze były góry. Widoki ze szczytu są wspaniałe i wynagradzają wysiłek włożony w wejście. Słońce, otaczające wierchy, satysfakcja ze zdobycia tego szczytu - nic tylko usiąść wygodnie i spokojnie przeżywać tę chwilę. Niektórzy z uczestników spędzili tu prawie godzinę.
W końcu, po nasyceniu oczu widokami i duszy zachwytem nad wspaniałością Natury zaczęliśmy schodzić. Tym razem kolejki tworzyły się w kierunku zejścia, ale nie mieliśmy potrzeby spieszyć się, mogliśmy spokojnie schodząc wciąż podziwiać otoczenie Doliny Mięguszowieckiej.
Był jeszcze czas na odwiedzenie Majlathovej Chaty nad Popradzkim Stawem i zjedzenie czegoś ze specjalności kuchni słowackiej (na przykład smacznej zupy czosnkowej - polecam). Tu spotkaliśmy zaprzyjaźnionych turystów z PTTK w Andrychowie, którzy również sporą grupą przyjechali tego dnia w Tatry. Kilka osób w drodze powrotnej odwiedziło także symboliczny cmentarz pod Osterwą, gdzie upamiętnieni są ci, którzy zginęli w górach, nieraz oddając swe życie ratując innych (jak Klimek Bachleda).
W końcu zeszliśmy na parking, poczekaliśmy chwilę na spóźnialskich (zawsze znajdzie się ktoś, kto niedokładnie rozplanuje czas) i ruszyliśmy w drogę powrotną.
To był piękny dzień we wspaniałych górach. Nawet ci, którzy nie zdobyli szczytu (słabsza kondycja, brak przygotowania fizycznego do wymagającej wysiłku trasy) byli zachwyceni tym, co zobaczyli i przeżyli. I tylko ogromne tłumy na szlaku psuły nieco wrażenie, ale cóż - sami się też do tego przyczyniliśmy.

KP.


Trzy Korony ... z przygodami 31.07.2016


Wycieczkę na Trzy Korony zaplanowało koło Fablok, ale zapisało się na nią mnóstwo chętnych spoza koła i także spoza PTTK, tak, że zebrało się nas na dwa (drugi niepełny) autokary. W tym było 16 kolarzy, którym zaproponowaliśmy trasę z Czorsztyna Nadzamcza przez Lysą nad Dunajcem, Czerwony Klasztor, Leśnicę do Szczawnicy.
Rano w Chrzanowie było słonecznie i do autokarów pakowaliśmy się w pełni optymizmu, choć prognozy przewidywały deszcze i nawet burze w ciągu dnia.
Na Nadzamczu nastąpił podział na grupę pieszą (bardzo liczną), kolarską i maleńką grupkę spacerową (program: przejście z Krościenka do Szczawnicy i spacer po tym uroczym miasteczku).
Pieszo ruszyliśmy niebieskim szlakiem turystycznym przez Przełęcz Osice, Macelak, Przełęcz Szopka na Trzy Korony.
Czasu mieliśmy dużo, pogoda, na razie, była znakomita, widoczność też, szliśmy więc niespiesznie, przystawaliśmy często, choć niektórzy, niecierpliwi uczestnicy wyrwali się do przodu.
Z mijanych polan podziwialiśmy widoki - na Tatry, Magurę Spiską, Pieniny Spiskie, Gorce, Beskid Sądecki a nawet na Babią Górę, Pilsko i Magurę Orawską.
Przy wejściu na platformę widokową na szczyt Trzech Koron była niewielka kolejka, potem na schodach znów musieliśy trochę poczekać za zwolnienie miejsca i wreszcie po kolei (cała grupa nie miała, oczywiście, szans na wspólne wejście na małą platformę) znaleźliśmy się u celu.
I znów była okazja do podziwiania rozległych widoków. Mieliśmy możliwość zidentyfikowania między innymi Wietrznego Wierchu, na który weszliśmy przed trzema tygodniami. Oczywiście doskonale były widoczne także Tatry Bialskie i fragment Wysokich, Pieniny Spiskie z Żarem, Małe Pieniny z Wysoką.
Nie można było zbyt długo zachwycać się panoramą, bo po schodach wciąż wchodzili kolejni chętni na zdjęcie na szczycie.
Po zejściu ze schodów posiedzieliśmy chwilę w "poczekalni" i ruszyliśmy dalej - przez polanę Kosarzyska w kierunku Góry Zamkowej. Tu znów zatrzymaliśmy się przy ruinach Zamku Pienińskiego. W dalszym ciągu, do Potoku Pienińskiego i trochę dalej towarzyszyło nam Słońce, choć na niebie przybywało chmur.
Kiedy doszliśmy do rozstajów dróg i skierowaliśmy się w stronę Sokolicy zaczął padać drobny deszcz. Idąc pod gęstym parasolem buków dość długo mogliśmy go ignorować. Jednak na którejś z polan okazało się, że trzeba wyjąć pelerynę. Deszcz padał już bardzo intensywnie, coraz bliżej odzywały się odgłosy wyładowań atmosferycznych. Wreszcie rozpoczęła się prawdziwa ulewa. Na szczęście akurat byliśmy w pobliżu schronu przeciwdeszczowego. Kilkanaście minut spędzonych pod daszkiem uchroniło nas od kompletnego przemoczenia. Usłyszeliśmy w tym czasie bliskie udzerzenia pioruna (w rejonie Trzech Koron ?).
Burza, jak szybko przyszła, tak szybko odeszła i wkrótce mogliśmy iść dalej. Co prawda, ścieżki były mokre, wyślizgane przez tysiące stóp kamienie wapienne - śliskie, ale bezpiecznie szliśmy w stronę Sokolicy. Kiedy tam weszliśmy deszcz ustał już zupełnie i znów można było podziwiać wspaniałe widoki (co prawda pod zachmurzonym niebem, ale to dodawało specjalnej atmosfery).
Zachwycaliśmy się wyjątkowością tego miejsca i widoków z niego.
No i wreszcie trzeba było zejść ze szczytów.
Zejście z Sokolicy do Dunajca dłużyło nam się, ale wreszcie się skończyło. Jeszcze tylko przewóz przez Dunajec łódką, niedalekie przejście brzegiem rzeki i już można było myśleć o odpoczynku przy stoliku jednej z licznych restauracji szczawnickich.
Burza w gorach to, oczywiście, emocjonująca przygoda, ale nie wyczerpała ona całego zakresu niespodzianek, jakie los zgotował nam na ten dzień.
Okazało się, że prowadzący grupę kolarzy Robert miał wypadek (awaria roweru zakończona wywrotką z potłuczeniami - na szczęście niezbyt poważnymi) i musiał być zwieziony z trasy autokarem, który w związku z tym przerwał pauzę wymaganą przez przepisy. Tak więc jeden z autokarów mógł nas zabrać w drogę powrotną o godzinę później niż planowaliśmy.
Ale byliśmy w pięknej Szczawnicy, pogoda się poprawiła - nie sprawiło nam to wielkiego problemu. Ci, którzy musieli się spieszyć, pojechali pierwszym autokarem, pozostali wykorzystali dodatkowy czasu na delektowanie się znakomitymi lodami, spacer do Parku Górnego czy inne jeszcze przyjemne i ciekawe zajęcia.
Późniejszy wyjazd ze Szczawnicy ma tę zaletę, że na Zakopiance nie ma już korków, tak więc do Chrzanowa wróciliśmy szybko i sprawnie. Wycieczka była z przygodami, ale wszystko dobrze się skończyło (Robert niczego sobie nie złamał oprócz kilku szprych) i będziemy ją wspominać z przyjemnością.

KP.


Alpy Julijskie 20-25.07.2016


Po zeszłorocznej, udanej wycieczce w Masyw Dachsteinu postanowiliśmy znów pojechać w Alpy, tym razem do Włoch. Dodatkowym argumentem było znalezienie niezłej bazy hotelowej w Sella Nevea. Tak więc został opracowany i ogłoszony program, który wkrótce zdobył duże powodzenie - zgłosiło się 46 osób, w tym zwarta grupa z PTTK w Krośnie.
W środowy wieczór ruszyliśmy autokarem Jurka na południe. Przejazd, w większości autostradami, przebiegł sprawnie i rano we czwartek byliśmy już na miejscu. Po śniadaniu, wstępnym zakwaterowaniu (z rana udostępniono nam połowę pokoi) i odświeżeniu po podróży wybraliśmy się w góry.
Kolejką linową wyjechaliśmy na próg na wysokość 1850 m, obok schroniska Gilberti. Stąd zaczęliśmy piąć się stromo w górę, po piargach zimowej narciarskiej trasy zjazdowej. W silnych promieniach słonecznych był to męczący początek, szczególnie po nocnej podróży. Po osiągnięciu przełęczy Sella Prevala (2067) odpoczęliśmy dłuższą chwilę a potem nastąpił podział na tych, którym wystarczyło dojście na tą wysokość i tych, którzy postanowili ruszać dalej. A dalej - oznaczało wejście na Strbine Pod Prestreljenikom (2282) - to już po słoweńskiej stronie granicy. Tam zaczęliśmy się wahać, czy zdążymy wejść na szczyt i zejść na ostatni zjazd kolejki. Ruszyliśmy jednak w górę. Było trochę trudno, miejscami trzeba było pomagać sobie rękami ale weszliśmy na szczyt Prestreljenika (2499, po włosku Monte Fornato) i to było świetne.
Podczas zejścia w jednym miejscu pomocna była lina, którą rozwinął prowadzący nas Krzysztof. Potem było już znacznie łatwiej i szybciej, niż w górę, tak, że po zejściu mieliśmy jeszcze czas na odpoczynek przy schronisku.
A potem jeszcze tylko zjazd w dół, dojście do hotelu, rozlokowanie w pokojach i już mogliśmy siadać do kolacji. A ta była typowo włoska: na początek pasta (makaron z sosem pomidorowym), później danie mięsne i sporo jarzyn.
Po kolacji mogliśmy już spokojnie przygotować się do nocnego odpoczynku, choć niektórzy wykorzystali jeszcze ładny wieczór na oddech na tarasie.
W piątek zamierzaliśmy wyjechać na Altipiano del Montasio, ale prowadząca tam droga, choć asfaltowa, jednak zbyt stroma i kręta nie daje możliwości wyjazdu autokaru. No to weszliśmy na ten rozległy płaskowyż, gdzie pasą się stada krów, jest kilka obór, gospodarstwo agroturystyczne i schronisko Brazza.
Już wcześniej nastąpił podział grupy na szturmową - zamierzająca zdobyć Jof di Montasio (2753 - najwyższy we włoskiej części Alp Julijskich), trekingową (cel - Cima di Terrarosa 2420) i spacerowiczów, ktorych satysfakcjonowało dotarcie do pięknie zlokalizowanego schroniska i spacer po płaskowyżu. Najambitniejszych, wyposażonych w sprzęt autoasekuracyjny poprowadził Krzysztof a grupę trekingową - ja.
Wyszliśmy w kierunku ściany, która z poziomu schroniska wyglądała na zupełnie niedostępną. Jednak prowadzi tam dość wygodna ścieżka, przygotowana przez żołnierzy w czasie I Wojny Światowej i wykorzystywana do transportu sprzętu i zaopatrzenia na bojowe stanowiska na grani.
Oczywiście, jest dość wysoko (łącznie pokonaliśmy tego dnia 1250 m różnicy poziomów), więc trzeba się trochę zmęczyć podchodząc. W dodatku dość długo przygrzewało nam Słońce. Mieliśmy jednak dość czasu i mogliśmy przystawać często.
A przystanków było sporo, nie tylko ze względu na zmęczenie ale i dla uwiecznienia na zdjęciach wspaniałych widoków i otaczającej nas natury. Oprócz rozciągającego się po przeciwnej stronie doliny potężnego wału Kanina, wielu różnobarwnych kwiatów naszą uwagę absorbowały liczne tu kozice (ten szczyt jest przez nie szczególnie ulubiony). Podchodząc spotkaliśmy ich kilkanaście a jedna powitała nas na samym wierzchołku. Co ciekawe nie są one płochliwe, spokojnie pozują do zdjęć a nawet niechętnie ustępują ze ścieżki przed nadchodzącymi turystami.
Im wyżej byliśmy, tym rozleglejsze widoki otwierały się przed nami - do pewnego czasu, bo po przekroczeniu wysokości około 2100 m zaczęliśmy zagłębiać się w chmurę, spowijającą najwyższą część grani i szczyt.
Po osiągnięciu Forcella di Terrarosa (2330) zatrzymaliśmy sie na chwilę, żeby spojrzeć na północne zbocza grani, stromo opadające w dół (widok zapierający dech w piersiach).
Jeszcze kilkadziesiąt minut nietrudnego podejścia po skałach i dotarliśmy do szczytu. Tu, oprócz witającej nas kozicy, zainteresowała nas skrzyneczka z książką pamiątkową z bieżącego roku. Pierwsze wpisy były z 31. grudnia 2015, 1. i 2. stycznia 2016 (po kilka wpisów w każdym dniu) - ludzie przychodzą na tą górę witać Nowy Rok. My także wpisaliśmy się w odpowiednim miejscu, jako pierwsi Polacy w tym tomie.
Niestety nie było nam dane podziwianie wysoko cenionej panoramy z tego szczytu - otuliła nas chmura i tylko przez krótkie chwile pokazywały się małe fragmenty otoczenia. Między innymi obserwowaliśmy trzy orły, majestatycznie krążące niedaleko nas.
Łącznie szczyt zdobyły 22 osoby z naszej grupy, w tym wożący nas mistrz kierownicy - Jurek.
Podczas zejścia, oprócz kozic, które nam już trochę spowszedniały, obserwowaliśmy także świstaki (łacznie widziałem 5 sztuk, w różnych miejscach).
W Rifugio Giacommo Brazza odetchnęliśmy dłuższą chwilę, uzupełniliśmy płyny, ktoś coś przegryzł, zrobiliśmy jeszcze kilka zdjęć i nadszedł czas powrotu.
Około sześciokilometrowe zejście asfaltową, miejscami dość stromą drogą jest, na koniec dnia, nużące. Atrakcją są liczne poziomki. Pod koniec tego zejścia trochę przyspieszyliśmy, widząc nadciągające chmury burzowe i słysząc z oddali grzmoty.
Do hotelu dotarliśmy akurat na kolację - znów pasta a później różne dania do wyboru w formie bufetu.
Niestety, wyprawa grupy ambitnej nie zakończyła się pełnym sukcesem - musieli zawrócić po przejściu 60-metrowej drabiny (Scala Pipan) i wejściu na grań Jof di Montasio, na wysokość około 2650 m, ze względu na nadchodzącą burzę. Brakło im niewiele, ale jednak. A i tak zmokli podczas powrotu (już w bezpiecznym terenie) i spóźnili sie na kolację (ta czekała na nich).
Po kolacji był czas na zajęcia w podgrupach - na tarasie pod parasolami (bo padał deszcz), na balkonie przy pokoju lub w pobliskiej winiarni.
Na sobotę zaplanowaliśmy podejście w kierunku Jof Fuart (2666). Podjechaliśmy kilka kilometrów na mały parking, gdzie znów nastąpił podział grupy: spragnieni najwyższych trofeów ruszyli z Krzyśkiem szybko, średniozaawansowani poszli nieco wolniej ze mną, spacerowicze pozostali w autokarze i zjechali jeszcze kilka kilometrów nad jezioro Lago del Predil, aby tam skorzystać z uroków wody, Słońca, spacerów po płaskim (w przybliżeniu) terenie.
Tym razem średniozaawansowani mieli w planie dojście do Rifugio Guido Corsi (1874). Wymaga to podejścia na wysokość 850 m ponad poziom parkingu. Początkowy odcinek trasy - dość stromą, utwardzoną drogą przez las jest najmniej atrakcyjny.
Od Malga Grantagar (dużej polany, na której pasą się liczne krowy) zaczyna się druga część trasy, urozmaicona i widokowa. Podczas podchodzenia zakosami fotografowaliśmy wznoszące się nad nami masywy dolomitowe a także różnorodne kwiaty (w tym szarotki). Piękne i ciekawe jest przejście półką skalną pod Campanille di Villaco, gdzie także można wejść do wykutych w czasie I Wojny Światowej sztolni i komór oraz wyjrzeć przez okna w skale.
No i wreszcie dotarliśmy do schroniska. Tu znów była pora na odpoczynek, mały posiłek, zdjęcia.
Bo również tutaj jest co podziwiać.
Po zejściu do parkingu przy drodze poczekaliśmy chwilę, wsiedliśmy do autokaru, który podjechał, by również nas zawieźć nad jezioro. Jest to polodowcowe jezioro z plażami, niestety, pokrytymi drobnym żwirem dolomitowym, więc niezbyt dogodnym do chodzenia.
Po krótkim odpoczynku nad wodą wróciliśmy do hotelu na kolację.
Grupa ambitna znów nie dotarła do szczytu - jednak brakło czasu.
W planie na niedzielę mieliśmy przejazd do Bovca i wyjazd kolejką w rejon Kanina. Niestety kolejne przesunięcie o miesiąc terminu oddania kolejki (miała być czynna od początku lipca) uniemożliwiło realizację tego planu.
Pojechaliśmy więc do Camporosso, żeby wyjechać kolejką na Monte Santo di Lussari.
Ta niezbyt wysoka góra (1770) jest popularnym miejscem pielgrzymkowym, dzięki zbudowanemu tu w XIV w kościołowi, skrywającemu uznawaną za cudowną figurkę Madonny.
Zatrzymaliśmy się w sanktuarium tylko na chwilę, bo zamierzaliśmy wejść na Cima di Cacciartore (2071). Dojście tam nie jest zbyt długie ani zbyt ostre (500 m różnicy wysokości) ale bardzo atrakcyjne, szczególnie dzięki ostatniemu odcinkowi poprowadzonym skalnym kominem i żlebem z ubezpieczeniami stalowymi linami. Dla turystów beskidzkich jest to spora atrakcja, choć wychodzą tam rodziny z dziećmi. Między innymi widzieliśmy młodą mamę z około 2,5 - letnim chłopaczkiem w nosiłkach i około 4-letnim ubezpieczanym linką.
Warto wejść na ten szczyt, bo widoki są znakomite, z dominującym wałem od Jof di Montasio po Jof Fuart a między nimi Cima di Terrarosa, na której byliśmy.
Mieliśmy tego dnia sporo czasu, więc nie spieszyliśmy się ze schodzeniem, aż wreszcie zaczęła nas poganiać pogoda: napłynęły bure chmury i spadły krople deszczu, zrazu drobniutkie i rzadkie, potem nieco gęstsze.
A wtedy byliśmy już w restauracji, gdzie spróbowaliśmy miejscowej pizzy.
Deszcz dość szybko przeszedł i znów niebo rozświetliło Słońce. Pokręciliśmy się między sklepikami z pamiątkami, zajrzeliśmy do kościoła i nadeszła pora na zjazd kolejką.
Na dole był czas na opłukanie się po trudach tego dnia, przebranie i nawet krótki spacer po miasteczku (dość sennym). W kościele św Idziego (XV w) trwała właśnie msza św, zajrzałem więc tylko na chwilę i zobaczyłem grupę wiernych, którym kazanie głosił kapłan czarny jak noc.
Wreszcie zebraliśmy się na parkingu, zajęliśmy miejsca w autokarze i ruszyliśmy do domu. Obawialiśmy się nieco, że na granicach mogą nas przytrzymać kontrole, ale czujność służb granicznych w naszym przypadku ograniczyła się do spojrzenia na tablicę rejestracyjną (inne, dość liczne autokary, wiozące pielgrzymów na Światowe Dni Młodzieży do Krakowa były kontrolowane dokładniej).
Bez problemów, szybko i sprawnie dojechaliśmy do Chrzanowa.
Na zakończenie uczestnicy głośno dawali wyraz zadowoleniu z wycieczki. Bo było pięknie. Nawet pogoda nie popsuła nam programu, choć prognozy były niezachęcające (duże zachmurzenia, opady a nawet burze). Teraz trzeba myśleć o podobnej wycieczce na przyszły rok.

KP.


Mała Fatra 17.07.2016


Prognozy na ten dzień były paskudne - chłód i ciągłe ulewy - jednak rano na Placu Tysiąclecia zebrała się ponad setka chętnych na wyprawy górskie. Z tego 33 osoby pojechały zdobywać wielką Fatrę, pozostali planowali wejście na Rysy od strony słowackiej.
Podczas przejazdu na Słowację niebo nie nastrajało nas optymistycznie - ciągle padał mniejszy lub większy deszcz. Na szczęście w Białym Potoku, skąd ruszaliśmy na trasę pieszą opad był niewielki, tak, że zdecydowaliśmy się ruszyć w góry.
Przejście rozpoczęliśmy od Dolnych Dier - wąskiego kanionu wciętego w skały przez Biały Potok. Wysokie, strome ściany kanionu, mniejsze i większe wodospady, przejście wzdłuż potoku, czasem po kładkach - to bardzo atrakcyjna sceneria, nawet podczas nienajlepszej pogody. Wkrótce przeszliśmy cały kanion i skierowaliśmy się do Górnych Dier. Ten wąwóz wznosi się, miejscami dość stromo, w kierunku Przełęczy Między Rozsutcami. Tu podchodzi się, korzystając z licznych sztucznych ułatwień: schodów, drabin, kładek, lin, łańcuchów, klamer. Wszystko to jest bardzo emocjonujące, szczególnie dla turystów przyzwyczajonych do chodzenia po, najczęściej spotykanych, w miarę równych, drogach leśnych.
Kiedy wreszcie wyszliśmy na Przełęcz Miedzy Rozsutcami, okazało się, że leniwie dotąd padająca mżawka zmienia się w prawdziwy deszcz, niebo zasnute jest niskimi, gęstymi chmurami, krótko mówiąc - jest marnie. Biorąc pod uwagę zagrożenie związane z przejściem ścieżką graniową przez Wielki Rozsutec w takich warunkach, zupełny brak widoczności oraz większy o blisko 1,5 godziny czas przejścia (i moknięcia) przez szczyt - zdecydowaliśmy zrezygnować ze zdobywania szczytu i przejść do Przełęczy Medzihole ścieżką trwersującą jego zbocza.
Deszcz padał nieustannie, widoków nie było żadnych - pozostał tylko możliwie szybki powrót do Stefanowej, gdzie czekał na nas autokar, a wcześniej - restauracja z ciepłymi daniami i napojami. Zejście z Przełęczy Medzihole, w deszczu, gliniastą, śliską ścieżką, którą płynęły strumyki, dłużyło nam się ale w końcu się skończyło.
W restauracji serwują, między innymi, specjalności kuchni słowackiej: serowe haluszki, kluski z makiem, zupę czosnkową, herbatę z umem (kiedyś ten destylat nazywano tu "rumem tuzemskim" ale pod naciskiem producentów prawdziwego rumu zmieniono nazwę na "um" - bo przecież trunek ten nie ma nic wspólnego z prawdziwym rumem, produkowanym z trzciny cukrowej).
Po rozgrzaniu się w restauracji zajęliśmy miejsca w autokarze i wróciliśmy do Chrzanowa.
Zmokliśmy, nie zrealizowaliśmy w pełni planowanego programu, ale takie są góry, za to je kochamy. Będzie jeszcze okazja do powtórzenia wyjazdu do Małej Fatry.

KP.


Wietrzny Wierch (1112) 10.07.2016


Jak zauważył Heniek, ostatnio bardzo intensywnie penetrujemy Spisz a szczególnie Magurę Spiską. Po prostu - jest tu mnóstwo ciekawych miejsc.
Tym razem postanowiliśmy wejść na Wietrzny Wierch (słow. Veterny Vrch).
Dojechaliśmy do miejscowości Wyżnie Drużbaki (Vysne Ruzbachy) i ruszyliśmy w górę czerwonym szlakiem. Podejście nie jest trudne, zbyt długie ani nazbyt strome - spokojnie w 2 godziny doszliśmy na szczyt. Już podczas podejścia, na polanach, zaczęły nam się pokazywać fragmenty odległych pasm górskich, jednak prawdziwa uczta czekała na miłośników panoram na szczycie.
Wierzchołek tej góry jest pozbawiony drzew, dominujący nad okolicznymi, niższymi szczytami i umożliwia podziwianie pasm górskich w zakresie 360 stopni.
Na zachodzie budzi podziw potężny masyw Wysokich Tatr z wyróżniającą się grupą Łomnickiego Szczytu, Sławkowskim, Jagnięcym. Dalej w prawo rozciągają się Tatry Bialskie, za nimi fragment Tatr Zachodnich, dalej, lekko zamglone, ze względu na dużą odległość - Pilsko, Babia Góra, pasmo Polic, potem rozległe Gorce, w dali, nad doliną Dunajca - Mogielica, na północy Beskid Sądecki z widocznym masztem na Przechybie i wieżą widokową na Radziejowej. Na bliższym planie doskonale widoczne Pieniny, począwszy od Pienin Spiskich, poprzez Pieniny Czorsztyńskie, Trzy Korony po Małe Pieniny z Wysoką. Jeszcze bardziej na wschód - pasmo Jaworzyny Krynickiej, Beskid Niski z Lackową i Busowem, Góry Czerchowskie, Góry Lewockie a na południu: Słowacki Raj i Niskie Tatry.
Siedzieliśmy tam, podziwiając widoki dłuższą chwilę, zrobiliśmy kilka zdjęć pod drewnianą rzeźbą niedźwiedzia trzymającą słowacką flagę, wpisaliśmy się do książki, która jest przechowywana w skrzyneczce pod stolikiem z zaznaczonymi kierunkami na ważniejsze, widoczne szczyty.
W końcu rozpoczęliśmy powrót. Zejście, zrazu zielonym, potem niebieskim szlakiem, jest nieco mniej przyjemne: fragment prowadzi mocno zniszczonym asfaltem, potem jest odcinek stromej ścieżki leśnej, na koniec, już na przedmieściu Wyżnich Drużbaków - znów asfalt.
Po dojściu do uzdrowiska rozeszliśmy się według własnych upodobań: większość weszła na basen, inni spacerowali po ładnym parku zdrojowym. Tam najciekawszy jest Krater - spory, naturalny zbiornik wody otoczony obrzeżem z trawertynu.
Przyspieszyliśmy wyjazd powrotny, żeby zdążyć na mecz finałowy Mistrzostw Europy (Francja - Portugalia), ale przez korki na Zakopiance i później, niestety, dotarliśmy do Chrzanowa dopiero na drugą połowę tego meczu (a i tak rozstrzygającą bramkę Portugalczycy strzelili dopiero w dogrywce).
Wycieczka była piękna - pogoda dopisała (było słonecznie i ciepło), panorama ze szczytu jest warta każdych pieniędzy.

KP.


Wokół Doliny Wapienicy 03.07.2016


W pierwszą niedzielę lipca postanowiliśmy wybrać się pieszo - po Beskidzie Śląskim a na rowerach - u jego podnóży.
Po kilku dniach słonecznych, wręcz upalnych, niestety niedzielny poranek powitał nas ciągłym deszczem, który zniechęcił kilkoro zapisanych uczestników do udziału w wycieczce a trójkę zgłoszoną na przejazd skłonił do wyboru trasy pieszej, tak, że zawziętych rowerzystów wsiadło nas do autokaru dwóch. Po dojechaniu na miejsce startu - do Wapienicy - my również podjęliśmy decyzję o spieszeniu się. Deszcz padał nadal a w takim przypadku lepiej iść (pod parasolem czy w pelerynie) niż jechać na rowerze. Tak więc cała grupa, która tu dojechała, ruszyła pieszo w górę.
Pod wodzą Małgosi szliśmy niebieskim szlakiem doliną Wapienicy, potem przez Palenicę (688), Wysoką (762) i Przykrą (834) na Błotny (917). Tu, w schronisku PTTK, mogliśmy się nieco osuszyć, ogrzać, zjeść coś, wypić.
Dalej Małgosia wiodła nas żółtym szlakiem przez Stołów (1041), Trzy Kopce (1081) na Klimczok (1117). Powoli pogoda zaczęła się poprawiać. Nie aż tak, żeby coś dalej było widać, ale przynajmniej opad przeszedł w mgłę.
Kolejnym punktem aprowizacyjnym było schronisko PTTK na Szyndzielni. Kiedy tu odpoczywaliśmy, chmury zaczęły rzednąć, pokazało się nawet Słońce. Po wyjściu ze schroniska mogliśmy już nawet podziwiać widok na położone w dolinie: Bystrą, Wilkowice i dalej - Jezioro Żywieckie. Dalej na wschód widoczność jednak była na tyle ograniczona, że nie dało się rozpoznać rysujących się tam gór.
Zejście z Szyndzielni - żółtym szlakiem - było coraz przyjemniejsze (pod względem pogody). Co prawda nie ma na tym odcinku widokowych polan, ale przecież przyjemniej się schodzi w promieniach słonecznych, niż w chmurze.
Kiedy już byliśmy ponownie w dolinie Wapienicy, napotkaliśmy wielu kolarzy, którzy po południu, korzystając ze słonecznej pogody wybrali się na przejażdżkę. Trochę żal, że nie było tak ładnie kilka godzin wcześniej, ale trochę ruchu w górach zawsze jest korzystne dla zdrowia.

KP.


Szlak Renesansu 29.06.-02.07.2016


Województwo lubelskie odwiedzamy dość często, bo jest tam sporo atrakcyjnych miejsc. Tym razem wyprawa w ten rejon została zainicjowana przez grupę nauczycieli z zaprzyjaźnionej szkoły. Doszło jeszcze kilka osób spoza szkoły i tak zebrało się nas 22 osoby - w sam raz na taki wyjazd.
W środowy poranek ruszyliśmy z Chrzanowa na wschód (z lekkim odchyleniem na północ).
Pierwszym punktem programu krajoznawczego był Sandomierz. Na parkingu spotkaliśmy się z panią Małgorzatą, sandomierską przewodniczką. Oprowadziła nas po najciekawszych miejsach na starym mieście i w okolicy. Zwiedziliśmy Katedrę, Wąwóz Królowej Jadwigi, kościół Dominikanów, Podziemną Trasę Turystyczną. We wszystkich tych miejscach a także między nimi pani Małgorzata opowiadała wiele o historii, architekturze, ciekawostkach.
Na koniec pobytu w tym pięknym mieście kilkadziesiąt minut spędziliśmy indywidualnie lub w podgrupach odwiedzając kawiarnie lub po prostu podziwiając rynek sandomierski z ławeczki w cieniu (upał doskwierał przez cały czas).
Kolejnym miastem na naszej drodze był Kazimierz Dolny. Po gruntownym (i dość długo trwającym) oprowadzaniu w Sandomierzu na to miasto pozostało nam, niestety, niewiele czasu. Tak więc obejrzeliśmy Rynek (z najsłynniejszymi kamienicamii renesansowymi Przybyłów), kościół farny, ruiny zamku (z widokiem na Wisłę i jej drugi brzeg), dawną synagogę, odpoczęliśmy chwilę w cieniu albo chłodząc się pod rozpylaczem mgły ustawionym na rynku. Był też, oczywiście, czas na fotografie pod ogromną figurą Kazimierza Wielkiego.
I już trzeba było kierować się do hotelu pod Lublinem, który miał być naszą bazą na najbliższe trzy noce.
We czwartek byliśmy umówieni z przewodniczką w Lublinie. Tu zwiedziliśmy Zamek (w rzeczywistości budynek XIX-wiecznego więzienia) z gotycką kaplicą, w której zachwycają XV - wieczne freski w stylu rusko-bizantyjskim, uliczki Starego Miasta, trasę podziemną, kościół Dominikanów, Katedrę (ze skarbcem i zakrystią akustyczną), Wieżę Trynitarską. Wypisałem te obiekty w jednym, krótkim zdaniu ale chodzenia było sporo, wiedzy przekazanej przez przewodniczkę - móstwo. Był także upał, który dodatkowo nas zmęczył. Tak więc po pożegnaniu z przewodniczką rozproszyliśmy się, by odpocząć przy lodach, kawie czy przechodząc pod zraszaczem.
Pomimo zmęczenia (głównie upałem) byliśmy zachwyceni Lublinem.
Po powrocie do hotelu mieliśmy jeszcze dość czasu na przygotowanie się do wieczornego święta piłkarskiego. W pobliskim markecie jest wszystko, co kibicowi potrzebne do szczęścia.
Bo właśnie tego wieczoru polscy piłkarze grali w Marsyli o wejście do półfinału Mistrzostw Europy z Portugalczykami.
Nie miejsce tu na opis tego spotkania, z kronikarskiego obowiązku zapiszę tylko, że po szybkim golu Lewandowskiego (w 2 min) nasi piłkarze nie potrafili dobić przeciwników (a mieli okazje), dali sobie natomiast strzelić wyrównującego gola i po bezbramkowej dogrywce przegrali w rzutach karnych (to zawsze jest loteria). Tak, czy inaczej, sprawili nam sporo radości w tym turnieju.
Piątek zaczęliśmy od Nałęczowa. Spacerowaliśmy po pięknym parku zdrojowym, napiliśmy się wody mineralnej, oddychaliśmy szeroką piersią nałęczowskim powietrzem, licząc na szybką poprawę zdrowia. To, oczywiście, żart - w tym uzdrowisku można poprawić zdrowie, ale nie w dwie godziny. Ale my nie mieliśmy więcej czasu, bo zaplanowaliśmy w tym dniu zwiedzenie Muzeu Zamojskich w Kozłówce.
Pałac w Kozłówce wraz z budynkami w otoczeniu i parkiem to piękny zespół - rezydencja magnacka. W budynku pałacu zachowały się bogate, pięknie urządzone wnętrza. Oprowadzająca po nich przewodniczka przedstawiła nam dzieje rodu Zamoyskich, historię pałacu oraz przekazała mnóstwo szczegółow o zwiedzanych pomieszczeniach i życiu ich lokatorów.
Po wyjściu z pałacu zwiedziliśy jeszcze ekspozycję czasową (prezentującą zabawki z minionych lat), kaplicę pałacową, park, galerię sztuki socrealizmu (to miejscowa specjalność) i powozownię.
Tego dnia wróciliśmy do hotelu nieco wcześniej, ale po obiedzie nadeszła burza i z planu wieczornego wyjazdu do centrum Lublina musiałem zrezygnować.
Sobota - ostatni już dzień naszej wycieczki. Trzeba się spakować i ruszać w drogę powrotną. Do domu mamy sporo kilometrów a jeszcze po drodze chcemy coś zobaczyć.
Zaczęliśmy do Zamościa. To, zbudowane z woli kanclerza i hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego w końcu XVI wieku na "surowym korzeniu" (czyli w szczerym polu), miasto było zaplanowane jako "miasto idealne". Miało być urządzone według nowoczesnych, na owe czasy, zasad, stanowić obronę swoich mieszkańców, stwarzać im najlepsze warunki do życia, działalności zawodowej, rozwoju duchowego. I takie było.
Dziś pozostała tam spora część budowli obronnych i pieczołowicie odrestaurowane centrum. Spacerując po nim, podziwialiśmy zamysł Jana Zamoyskiego i jego realizację a także wkład współczesnych w utrzymanie tego dziedzictwa.
A dalej - przejazd w stronę Łańcuta. Jeszce w Biłgoraju pożegnaliśmy dwie uczestniczki, które miały tu swoje sprawy i wkrótce dotarliśmy do celu.
Łańcut - kolejna wspaniała rezydencja magnacka, Lubomirskich i Potockich.
Tu znów - zachowany mimo zawieruchy wojennej i powojennej zamek, ponadto palmiarnia, wozownia - zwiedzane pod wodzą bardzo kompetentnej przewodniczki, poza tym wyjątkowa synagoga, również zachowana w czasie II wojny i odrestaurowana w ostatnich latach, po której znakomicie oprowadza prawdziwy pasjonat (kto jeszcze jej nie odwiedził - powinien to zrobić przy najbliższej okazji) a na koniec - storczykarnia.
Kiedy dojeżdżaliśmy do Chrzanowa, upały zmieniły się w burzę. Ciężkie, ołowiane chmury, rozświetlające niebo błyskawice, nawałnica deszczu kończyły naszą piękną, niezwykle bogatą i atrakcyjnę wycieczkę.

KP.


Spiskie pogranicze polsko - słowackie na rowerach 26.06.2016


Tym razem wspólna, pieszo - kolarska wycieczka górska miała za cel Słowację. Prognozy były raczej zniechęcające (niebezpieczeństwo burz i gwałtownych opadów), ale z Placu Tysiąclecia wyjechał prawie pełen autokar.
Zdecydowana większość uczestników wybrała się pieszo pod wodzą Janusza trasą z Jaworzyny Tatrzańskiej przez Dolinę Zadnich Koperszadów, Przełęcz pod Kopą Bielską, Szeroką Przełęcz do Doliny Monkowej.
Pięciu zapaleńców pod kierunkiem Tomka ruszyło na rowerach przez Spisz polski i słowacki.
Zaczęliśmy w Białce Tatrzańskiej, skąd przejechaliśmy nad Przełom Białki między Kramnicą i Obłazową. Po krótkiej chwili pojechaliśmy dalej - do Trybsza, gdzie obejrzeliśmy niezwykle ciekawy kościół pod wezwaniem św Elżbiety Węgierskiej.
Wkrótce zaczęły się atrakcje górskie - podjazd pod Przełęcz Trybską. Przejechaliśmy zaledwie kilka kilometrów, przełęcz nie jest wysoka, więc pokonaliśmy ją bez problemów. A potem - sama przyjemność: zjazd do Łapsz Wyżnich.
Tu zatrzymaliśmy się obok osiemnastowiecznego kościoła św św Piotra i Pawła.
Kolejny fragment przejazdu między Pieninami Spiskimi (na północy) a Magurą Spiską (na południu) i dotarliśmy do Łapsz Niżnych. Tu zajrzeliśmy do kolejnego kościoła - pod wezwaniem św Kwiryna.
Dalsza część trasy była ciągle przyjemna - w dół doliny Łapszanki. Pewien niepokój zaczęły w nas budzić ciężkie, ciemne chmury nadciągające z zachodu. Zrezygnowaliśmy więc z pomysłu urzadzenia popasu na polanie i pojechaliśmy dalej, przez skraj Niedzicy do Kacwina.
Tu spodobało się nam boisko sportowe z okazałą wiatą, wygodnymi ławkami - doskonałe miejsce na przerwę i drugie śniadanie w podróży. Chmury pozostały na zachodzie, nic więc nie zakłócało sielskiej atmosfery.
Po odpoczynku wjechaliśmy do centrum Kacwina. Obejrzeliśmy tu kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych, wodospad na potoku Kacwin, pozostałości dawnego młyna i pojechaliśmy dalej - na południe.
I tu już powoli dało się odczuć, że podążamy w górę doliny. Zrazu niezauważalnie, potem coraz wyraźniej czuliśmy podjazd.
Jeszcze przed samą granicą państwową zatrzymaliśmy się pod wiatą nad potokiem. Ochłodziliśmy się świeżą wodą, zrobiliśmy kilka zdjęć kolejnego wodospadu.
Po chwili wyglądało na to, że wreszcie niepomyślne prognozy pogody zaczną się spełniać. Nad widocznymi Tatrami Bielskimi osiadła brzydka chmura a na nas zaczął padać niewielki deszcz. Na szczęście opad po chwili zanikł a układ chmur w połączeniu z kierunkiem wiatru sugerował, że może nam się uda nie zmoknąć.
Ruszyliśmy więc dalej, na Słowację, zgodnie z planem: przez fragment Wielkiej Frankowej do Osturni. Ta długa, ciekawa wieś (jest w całości rezerwatem budownictwa ludowego) z cerkwią greckokatolicką (niestety - zamkniętą) jest położona "na końcu świata" - w odległym od popularnych szlaków zakątku Zamagurza.
Jechaliśmy przez Osturnię a potem dalej drogą wznoszącą się coraz bardziej stromo, w upale i było coraz trudniej. Ale mieliśmy dość czasu, więc zatrzymaliśmy się na odpoczynek nad potokiem Bystra. Zamoczenie nóg, opłukanie twarzy i ramion dodało nam nowych sił. Jednak droga bezlitośnie pięła się coraz bardziej stromo w górę. Niestety na najbardziej stromych fragmentach musiałem prowadzić rower (a pod koniec już nawet na mniej stromych).
W końcu jednak dotarliśmy do najwyższego punktu naszej trasy (ok 1100 m npm, prawie 600 m nad punktem najniższym).
A stąd już pozostał tylko zjazd na Zdziarską Przełęcz i do Ździaru - wreszcie w dół, szum wiatru w uszach, sama radość !
Dojechaliśmy pod hotel Magura, gdzie umówiliśmy się z piechurami. Grupa powoli schodziła z gór i zajmowała miejsca pod parasolami na hotelowym tarasie. Uzupełnialiśmy płyny i wymienialiśmy się relacjami z przebytych tras. Piechurzy byli zadowoleni, bo pomijając krótki, choć intensywny deszcz - pogoda dopisała. Mieli także możliwość podziwiania rozległych widoków.
Wreszcie dotarli ostatni strudzeni wędrowcy, spakowaliśmy rowery do bagażnika, zajęliśmy miejsca w autokarze i ruszyliśmy w drogę do domu.
To był atrakcyjny (choć dla mnie bardzo męczący) dzień. Przejechaliśmy około 54 km po pięknej, bardzo ciekawej okolicy i mieliśmy sporo szczęścia, jeśli chodzi o pogodę - tego dnia w Polsce wiele rejonów nawiedziły gwałtowne burze.

KP.


Wiedeń dla cierpiących na bezsenność 11-12.06.2016


Czasem organizujemy takie właśnie wycieczki: krótkie, tanie, w ciekawe miejsca, o bogatym programie krajoznawczym, no i, trzeba dodać - męczące. Okazuje się, że taki zestaw znajduje swoich zwolenników. Również na propozycję wycieczki do Wiednia odpowiedziało wielu chętnych - musieliśmy zamówić dwa autokary.
W sobotę, krótko po północy, zebraliśmy się na Placu Tysiąclecia w Chrzanowie i ruszyliśmy w drogę.
Z rana byliśmy już nad Wiedniem, na Kahlenbergu. Czekał tu na nas ksiądz Roman, gospodarz tego, ważnego dla Polaków, miejsca: kościoła św Józefa. Powitał nas ciepło i wspaniale opowiedział o bitwie pod Wiedniem (12. września 1683), jej znaczeniu dla chrześcijańskiej Europy i roli króla Jana III Sobieskiego w tej bitwie. No i, oczywiście, o miejscu, gdzie się spotkaliśmy, a które było w centrum tych, wiekopomnych, wydarzeń. Dziękujemy, księże Romanie !
Z kaplicy, gdzie upamiętniona jest Victoria Wiedeńska przeszliśmy do nawy kościoła na krótką modlitwę, lub moment skupienia i zadumy.
Opodal kościoła jest taras widokowy, który warto odwiedzić, rozpoczynając zwiedzanie Wiednia, żeby ogarnąć rozległość tego miasta, poznać jego rozkład nad Dunajem i lokalizację ważnych obiektów. Oczywiście, wszystko to jest możliwe, jeśli warunki pozwalają. Nam nie dane było w pełni docenić walorów widoku z Kahlenbergu - przejrzystość powietrza była ograniczona przez niewielkie zamglenie. Spojrzeliśmy więc tylko na ogólny obraz miasta i wkrótce zjeżdżaliśmy już w kierunku centrum a potem letniej rezydencji cesarskiej - Schoenbrunnu.
W Schoenbrunnie pospacerowaliśmy po parku, zwiedziliśmy pałac, gdzie poznaliśmy jego historię, ściśle związaną z ostatnim, ponadstuletnim, okresem imperium Habsburgów, garść faktów z życia najważniejszych lokatorów tego pałacu: cesarzowej Marii Teresy, cesarza Franciszka Józefa I i jego ukochanej żony Sisi. Prawdę mówiąc, nie dało się w pełni chłonąć atmosfery pałacu, ze względu na wielki tłum zwiedzających.
Z Schoenbrunnu do centrum miasta jest wiele tysięcy metrów - pokonaliśmy je jednym metrem.
Ze stacji metra na Karlsplatz przeszliśmy na Ring - wykonaną w miejscu średniowiecznych umocnień miejskich obwodnicę starego miasta. Tu zatrzymaliśmy sie przed Operą (jedną z najsłynniejszych w świecie), Akademią Sztuk Pięknych (z polskich malarzy studiowali tu między innymi Maurycy Gottlieb, Artur Grottger, Aleksander Kotsis, Antoni Popiel a niedoszłym studentem - odrzuconym ze względu na brak talentu - był Adolf Hitler).
Potem weszliśmy na krótko do Ogrodu Dworskiego (Burggarten) i przystanęliśmy pod pomnikami cesarza Franciszka Józefa I i Wolfganga Amadeusza Mozarta.
Wreszcie przez Plac Marii Teresy, Burgtor i Plac Bohaterów przeszliśmy na In der Burg Platz, skąd wchodzi się do ekspozycji dworskich: Zbiorów Sreber, Muzeum Sisi i Apartamentów Cesarskich.
W Zbiorach Sreber (Silberkammer) można podziwiać bogatą kolekcję cesarskiej zastawy stołowej, nie tylko srebrnej, jak sugeruje nazwa - są tam także wspaniałe przedmioty ze złota, porcelany, kryształu, kuchenne naczynia miedziane.
W Muzeum Sisi narracja próbuje przybliżyć złożoną postać cesarzowej Elżbiety - kobiety znanej i podziwianej w całej Europie, o najwyższej pozycji społecznej a mimo to - a może właśnie dlatego - głęboko nieszczęśliwej.
Apartamenty Cesarskie prezentują fragment życia - oficjalnego i prywatnego - przede wszystkim Franciszka Józefa I i Sisi. To muzeum powtarza, do pewnego stopnia, informacje przekazywane w pałacu w Schoenbrunnie.
Po zachłyśnięciu się bogactwem i przepychem dworu cesarskiego zajrzeliśmy jeszcze pod pomnik Sisi w Ogrodzie Ludowym (Volksgarten), na Ring (tu obejrzeliśmy Teatr Dworski, Ratusz i Parlament) i wreszcie, nieco już znużeni, usiedliśmy na chwilę w przepięknym Ogrodzie Różanym.
Róże tam są piękne i bardzo różnorodne, możnaby sie nimi zachwycać długimi godzinami, ale przecież nie tylko one są w Wiedniu piękne i ciekawe.
Dalej poszliśmy na Michaelerplatz, przed front Hofburgu z bramą św Michała i kościół pod tym wezwaniem, potem przez Kohlmarkt (na jednej z kamienic jest tu tablica upamiętniająca pobyt Fryderyka Chopina) i Graben (w centrum tego szerokiego deptaku jest bogato zdobiona Kolumna Morowa) doszliśmy na Stephansplatz.
Tu rozstaliśmy się na kilkadziesiąt minut, żeby spokojnie kupić pamiątki, wejść do katedry, zjeść coś i odpocząć. W tym rejonie - ścisłym centrum Wiednia - zawsze panuje tłok, zgiełk i gwar.
Dalszy spacer uliczkami starego miasta (zabudowanego dość współczesnymi budynkami) wiódł nas obok kościoła św Elżbiety i siedziby Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (tak brzmi oficjalna nazwa po polsku - krótko mówiąc: Krzyżaków). Niestety kościół jest w remoncie, całkowicie zasłonięty rusztowaniami.
Wkrótce doszliśmy do Parku Miejskiego (Stadtpark) - ulubionego miejsca wypoczynku Wiedeńczyków i licznych turystów. Również my usiedliśmy na chwilę oddechu u stóp ozłoconego pomnika Johanna Straussa.
Potem kolejnymi uliczkami doszliśmy pod Hundertwasserhaus - kamienicę komunalną, której wystrój zaprojektował słynny wiedeński malarz Friedensreich Hundertwasser. Jest tu także Hundertwasser Village - zakątek usługowy jego projektu. Projektując te obiekty artysta powiedział: chcę pokazać, jak proste, w gruncie rzeczy, jest mieć raj na Ziemi. Czy to raj - każdy musi to sam ocenić, ale na pewno jego dzieła są niezwykle oryginalne. Nie będę się tu silił na ich opis - to trzeba zobaczyć (kilka zdjęć będzie wkrótce w naszej galerii a więcej - w internecie).
Mieliśmy tu znów nieco czasu na kawę i cistko lub piwo w nietuzinkowym otoczeniu.
I tu już prawie kończył się nasz, nieco długi i męczący, spacer po Wiedniu. Jeszcze kilka kroków do parkingu, kilka minut oczekiwania i wsiedliśmy do naszych autokarów, które powiozły nas na parking obok słynnego wesołego miasteczka na Praterze.
Uczestnicy wycieczki byli w zdecydowanej większości dorośli, ale i tak kilka osób skusiło się i skorzystało z wybranych propozycji szalonych zabaw a inni, spacerując między karuzelami, kolejkami górskimi i innymi urządzeniami dostarczającymi potężnej dawki adrenaliny, już tylko patrząc na te figle doznawali silnych wrażeń.
Wszystko jednak kiedyś musi się skończyć, więc i na nas nadszedł czas - wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy do domu.
Po drodze czekała nas jeszcze tylko jedna przygoda (większość uczestników wycieczki ją przespała): w okolicy Ołomuńca autostrada była zablokowana (wypadek ?), policja udzieliła nam błędnej informacji o zalecanym objeździe i pokręciliśmy się trochę po tym mieście i okolicy a potem musieliśmy skorzystać z nieco dłuższego objazdu. Wydłużyło to czas naszej podróży o około 2 godzin ale w końcu dotarliśmy do Chrzanowa - zmęczeni, ale zadowoleni z bogatych wrażeń tego długiego dnia.

KP.


Bieszczady 26-29.05.2016 - inne spojrzenie


W dniach 26.-29.05.2016 odbyła się wycieczka w Bieszczady, zorganizowana przez Koło Grodzkie PTTK Chrzanów. Wyjechaliśmy z Chrzanowa o godz. 5:00, a w Bieszczadach byliśmy już o 9:30.
Pierwszy obiekt, który obejrzeliśmy, to cerkiew w Rzepedzi i przycierkiewny cmentarz. W Komańczy zobaczyliśmy cerkiew greko-katolicką oraz odbudowaną po pożarze cerkiew prawosławną. Niestety, cerkwie te były w tym dniu zamknięte i mogliśmy podziwiać je tylko z zewnątrz. Jednakże mieliśmy okazję zobaczyć wnętrze cerkwi wraz z ikonostasem dzień później, w Osadnem.
Następnym punktem naszej trasy był dworzec kolejowy w Łupkowie i tunel wybudowany na Przełęczy Łupkowskiej. Dworzec wybudowany był na trasie pierwszej Węgiersko - Galicyjskiej Kolei Żelaznej wybudowanej w 1874 roku jako połączenie strategiczne miedzy Budapesztem, twierdzą Przemyśl a Lwowem. Na stacji towarowej przeładowywano też materiały powstałe w tartakach, potaszniach i stolarniach bieszczadzkich wsi, a były one dostarczone tu kolejkami wąskotorowymi, których stacja główna znajdowała się w miejscowości Majdan. Dworzec w Łupkowie znajduje się na Szlaku Dobrego Wojaka Szwejka. W powieści J. Haska opisany jest postój podczas marszu jego batalionu na tejże stacji. Znajduje się tu też obelisk poświęcony walkom o przełęcz w kwietniu 1915 roku.
Tunel liczy 416 metrów długości, a położony jest na wysokości 630 m. Wybudowany był wielkim nakładem sił i kosztem życia wielu robotników. Oprócz walk podczas I Wojny Światowej o tą przełęcz, był też dwa razy wysadzany w czasie II Wojny Światowej. Niedaleko tunelu odwiedziliśmy uroczy cmentarz z niesamowitym klimatem -pozostałości po wsi Łupków. Widać tam miejsce po cerkwi i przepiękne nagrobki. Zarośnięty i mroczny- czuło się magię tego miejsca. Wkrótce doszliśmy do ostatniego schroniska bez bieżącej wody i światła - młodzieżowej bazy "Na Końcu Świata". Była to bacówka prowadzona przez więźniów z pobliskiego ZK, odkupiona przez Almatur w latach 80-tych. Niepowtarzalna atmosfera tego miejsca czyni je kultowym. Studenci, którzy prowadzą to schronisko, dbają o klimat tego miejsca. Nie ma tam radia ani telewizora -jedynie otoczenie bieszczadzkiej przyrody. Z żalem ruszyliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się jeszcze w miejscu, gdzie istniała wieś Zubeńsko. Został po niej tylko krzyż. Wieczorem dotarliśmy do naszego miejsca zamieszkania w miejscowości Smerek - domu wypoczynkowego "Smerek" i zajazdu "U Niedźwiadka".
Drugi dzień rozpoczęliśmy od przejścia przez nieistniejącą dziś wieś Bieliczne. Została po niej kapliczka tzw. Kowalowa, wyremontowana przez ludzi kochających takie miejsca. W środku ikona namalowana przez artystę bieszczadzkiego Leszka Pękalskiego. Sama kapliczka jest poświęcona leśnikom z całej Polski i znajduje się pod opieką Duszpasterstwa Leśników. Obok cudowne źródełko, gdzie przez wieki święcono wodę, a przydrożny krzyż przypomina, że kiedyś stała tam cerkiew. Po drodze przystanek na ścieżce przyrodniczej- żeremia bobrów. Doszliśmy do stacji kolejki wąskotorowej, którą obecnie odbywają się wycieczki wagonikami zaczepionymi do bieszczadzkiej ciuchci (dziś niestety spalinowej). Część uczestników naszej wycieczki postanowiła odpocząć przy stacji, gdzie znajduje się wiata turystyczna, stoiska z napojami i gdzie można smacznie zjeść posiłek. Reszta wycieczki skierowała się do wsi Osadne na Słowacji.
Po dwóch godzinach osiągnęliśmy cel. Znajdują się tam dwie piękne cerkwie. Starszą, z XVIII wieku zwiedziliśmy dzięki uprzejmości mieszkańca wsi, który nam ją udostępnił. W środku - piękny ikonostas i odnowiona polichromia. Przy cerkwi znajduje się cmentarz i kwatera żołnierzy rosyjskich z czasów walk o przełęcze karpackie w latach 1914-1915. Druga cerkiew była prawosławna i kryje kryptę z kośćmi żołnierzy poległych w czasie walk pierwszowojennych. Ludność okoliczna przez lata zbierała z pobojowisk kości oraz czaszki i znosiła je do krypty. Jest to jedyny taki obiekt w Karpatach. Szkoda, że nie ma takiego w polskich Bieszczadach, gdzie jeszcze teraz ziemia odsłania kości poległych żołnierzy obu walczących stron. Ich szczątki powinny być objęte szacunkiem, gdyż żołnierze ginęli tu w obcych górach za swoje ojczyzny. W tej cerkwi znajduje się też żyrandol, ikona Bogurodzicy i cyborium zabrane z rozebranej cerkwi ze wsi Bieliczne.
Droga powrotna była dość długa i mozolna, ale było warto! Wracaliśmy wzdłuż kolejki wąskotorowej do nieistniejącej już także wsi Solinka. To tu wypływa źródło rzeki Solinka, trzeciej, co do wielkości rzeki w Bieszczadach. Wracając spotykaliśmy wykończonych biegaczy Biegu Rzeźnika, w czasie którego uczestnicy musieli pokonać w słońcu 85 km. Jednym z uczestników był Robert Korzeniowski, z którym niektórym z nas udało się zrobić zdjęcia.
W trzecim dniu naszym celem była Połonina Caryńska. Wyruszyliśmy z Berehów Górnych - wsi, po której został tylko zdewastowany cmentarz. W czasie budowy Dużej Obwodnicy Bieszczadzkiej nagrobki z tego cmentarza wykorzystywane były jako tłuczeń pod drogę. Zostało tylko 12 nagrobków. Czerwonym głównym szlakiem dotarliśmy na najwyższy szczyt Połoniny. Pogoda na początku była piękna, ale niestety po godzinie nad połoniny przyszły czarne chmury i spotkała nas burza z piorunami. Zeszliśmy szybko do schroniska Koliba na Przysłupie Caryńskim.
Po odpoczynku ruszyliśmy doliną wsi Caryńskie. Po przejściu w bród potoku dotarliśmy do ruin cerkwi i cmentarza przycerkiewnego. W dole widać było przełom potoku. Miejsce ma swój urok, więc warto było zmoczyć buty. Przechodząc przez wieś trudno sobie wyobrazić, że w tej dolinie przez wieki kwitło życie. Z chat wydobywał się dym, rosło zboże na zboczach doliny, nad potokiem pasło się bydło, a cała wieś tętniła życiem.
Następnie dotarliśmy do Nasicznego. Niestety z powodu burzy nie udało nam się w tym dniu zdobyć szczytu Dwernik Kamień. Może uda się w następnym roku.
Wieczorem zorganizowaliśmy tradycyjnie ognisko, pieczenie kiełbasek i wspólne śpiewanie. Do późnej nocy przygrywał nam na gitarze nasz kolega Jacek. Piękna noc, gitara i ognisko- najlepszy sposób na pożegnanie Bieszczad!
Na koniec naszej podróży po bezdrożach i połoninach bieszczadzkich zdobyliśmy najwyższy szczyt Połoniny Wetlińskiej, czyli Smerek o wysokości 1222 m, idąc przez Przełęcz Orłowicza. Rozpościera się tam jedna z najlepszych panoram na Bieszczady. Widać stamtąd całą Połoninę Wetlińską, Caryńską, Bukowe Berdo w paśmie Tarnicy, a z dala srebrzy się Jezioro Solińskie. Bieszczady pożegnały nas piękną pogodą i wspaniałymi widokami.
Jeszcze tylko łyk piwa i posiłek w kultowej knajpie "Siekierezadzie" w Cisnej, gdzie spoglądały na nas duże portrety bieszczadzkich zakapiorów: Francuza, Jędrka Połoniny, Zdzicha Rodosa.
Wiemy, że znów tu wrócimy, bo kto raz zaraził się Bieszczadami, jest już stracony!

WP.


Bieszczady 26-29.05.2016


Po raz czwarty Waldek zaproponował autorski program wycieczki w Bieszczady. Tym razem na wycieczkę wybrały się 54 osoby.
We czwartek rozpoczęliśmy od Komańczy, leżącej w dolinie Osławicy, a więc na granicy między Beskidem Niskim a Bieszczadami. Tutejsze cerkwie warto zobaczyć, choćby z zewnątrz (niestety do wnętrz nie dane nam było wejść).
Cerkiew obrządku bizantyjsko - ukraińskiego (taka nazwa obowiązuje obecnie dla dawnych unitów, później nazwanych greko - katolikami) to obszerne "fundamenty" pełniące w rzeczywistości funkcję budynku świątyni z nadbudowaną nad nimi dawną cerkwią drewnianą przeniesioną ze wsi Dudyńce. Tak to, w drugiej połowie lat 80 ubiegłego wieku, mieszkańcy wsi obeszli zakaz zbudowania nowej cerkwi, jaki wydały władze.
Pochodząca z 1802 roku (zbudowana po pożarze poprzedniej) cerkiew prawosławna (do 1963 roku - greko - katolicka) spłonęła w 2006 roku i została odbudowana w pierwotnym kształcie. Jest to ciekawy przykład cerkwi w typie północnowschodnim łemkowskim bezwieżowym.
Zainteresował nas również niewielki cmentarz przycerkiewny.
Kolejnym punktem tego dnia było przejście do tunelu kolejowego pod Przełęczą Łupkowską.
Z parkingu w Nowym Łupkowie przeszliśmy do stacji Łupków. Tu sfotografowaliśmy, między innymi, pozostałości obelisku upamiętniającego żołnierzy brandenburskich walczących o Przełęcz Łupkowską (wspomina o nim dobry wojak Szwejk w swojej relacji z peregrynacji wojennych).
Potem, udając skład kolejowy udaliśmy się torami do tunelu pod Przełęczą Łupkowską i przeszliśmy nim na drugą stronę, na Słowację. Szkoda, że tak ciekawy obiekt inżynieryjny jest tak słabo wykorzystany.
Po powrocie do Polski skierowaliśmy się na cmentarz w Łupkowie. Właściwie jest to skromna pozostałość cmentarza: kilkanaście pochylonych krzyży zagubionych w wysokich trawach i łanach chabrów (Centaurea montana). Podobne ślady tych, którzy tu żyli a dawno odeszli będziemy jeszcze spotykać niejednokrotnie.
A dalej to już ... Koniec Świata. Tak nazwali swoje schronisko studenci (właścicielem jest Almatur).
Po chwili odpoczynku i wzmocnieniu się (kawa, herbata, kanapki ...) ruszyliśmy dalej, doliną Roztoki, przez tereny dawnej wsi Zubeńsko do Smolnika.
Trasa nie wiodła szczytami, ale i tak oferowła niepowtarzalne widoki, spokój bezludnych (od prawie 70 lat) zakątków, niesamowitą bliskość natury.
Na pierwszy dzień to było prawie wszystko. Pozostało nam tylko dojechać do Smereka, zakwaterować się, zjeść kolację i wieczorem, w podgrupach, wspominać dawne wyprawy i planować nowe.
Na piątek mieliśmy w planie przejście na Słowację (nieco dalsze, niż wczoraj).
Żeby tam dotrzeć dojechaliśmy do Maniowa a stąd już trzeba było ruszyć pieszo. Doliną Balniczki (przy drodze kolejny dawny, zapomniany cmentarz) doszliśmy do stacji Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej Balnica.
Jest tam teraz sklep z artykułami pierwszej potrzeby dla turystów, obszerna wiata, pod którą można wygodnie, na ławach i przy stołach, zjeść i wypić. A żeby było co zjeść i wypić - o to starają się przedsiębiorczy właściciele przewoźnych kramów.
Wkrótce okazało się, że nie trudzą się oni z myślą o nielicznych, przeważnie, turystach pieszych - na stację wjechała kolejka z Majdanu i z wagoników wysypali się liczni amatorzy poznawania atrakcji bieszczadzkich bez zbędnego wysiłku. Do odjazdu powrotnego mieli pół godziny i to wystarczyło na dojście do odległego o jakieś 150 m niepozornego wzniesienia, gdzie można przejść za słupek graniczny i znaleźć się na Słowacji, rzucić okiem na tablice informujące o historii kolejki i ścieżce przyrodniczej do Osadnego. Wystarcza też czasu na wypicie kawy z szarlotką lub innym smakołykiem (kramy są zadziwiająco bogato zaopatrzone) lub piwa i zakup pamiątki.
Ponieważ zrobiło się nadmiernie tłoczno i gwarno a zdążyliśmy już odpocząć, ruszyliśmy w dalszą drogę. Z początku lasem, potem drogą między polami i łąkami doszliśmy do Osadnego - najbliższej miejscowości na Słowacji.
Zwracają tu uwagę dwie cerkwie: greckokatolicka z 1792 r i prawosławna z roku 1930, pod którą znajduje się unikatowa krypta ze szczątkami żołnierzy z czasów I Wojny Światowej. To właśnie budowa krypty była pretekstem, który umożliwił postawienie cerkwi (pierwotnie prośba spotkała się z zakazem).
Weszliśmy do obu tych cerkwi i zachwyciliśmy się bogatymi wnętrzami a szczególnie ikonostasami. Zajrzeliśmy także do krypty z kośćmi ponad 1000 żołnierzy.
Rzuciliśmy okiem także na stojący w centrum wsi pomnik wyzwolicieli oraz zajrzeliśmy do baru.
A potem trzeba było wracać. Droga na grzbiet graniczny, pnąca się w górę, jest malownicza, ale i nieco męcząca.
Po powrocie do Balnicy znów usiedliśmy pod wiatą żeby odpocząć i wzmocnić się.
I znów nadjechała kolejka z następną grupą "sandałowych turystów".
Po chwili oddechu skierowaliśmy się wzdłuż torów kolejki do dawnej wsi Solinka i dalej, w stronę Żubraczego.
Na ostatnim odcinku drogi mijali nas biegacze kończący XIII Bieg Rzeźnika.
To niesamowite: dwuosobowe drużyny po starcie o 3,00 z Komańczy przebiegły 82 km (w sumie na trasie pokonali 3750 m podbiegów i 3530 m zbiegów) i właśnie dobiegały lub częściej dochodziły do mety. Bieg ukończyły 1404 osoby, najlepsza drużyna w czasie 8 godz 45 min 24 sek. Akurat kiedy przechodziliśmy obok mety, dobiegł tam najbardziej utytułowany polski sportowiec pod względem zdobytych tytułów mistrza olimpijskiego - Robert Korzeniowski. Przypomnę, że zdobył złote medale olimpijskie w Atlancie (1996) w chodzie na 50 km, w Sydney (2000) na 20 km i 50 km, w Atenach (2004) na 50 km oraz złote medale mistrzostw świata w Atenach (1997), Edmonton (2001) i Paryżu (2003) - wszystkie w chodzie na 50 km. Tu, wraz z partnerem z drużyny, ukończył bieg w czasie 14 godz 43 min 50 sek.
Możliwość podziwiania tak wytrzymałych sportowców była dla nas dodatkową atrakcją, jednak wkrótce okazało się, że wiążą się z tym także kłopoty: droga w rejonie Żubraczego była zakorkowana przez samochody biegaczy. Na szczęście przybyli funkcjonariusze Straży Granicznej i poradzili sobie z rozładowaniem korka.
A po powrocie do Smereka szybko zjedliśmy obiad i był czas na regenerację sił po ponad 30-kilometrowej trasie. W porównaniu z trasą dla rzeźników to niewiele, ale nam wystarczyło.
W sobotę wybraliśmy się na Połoninę Caryńską. Podejście rozpoczęliśmy w Berehach Górnych, od tamtejszego cmentarza, podobnie jak poprzednie odwiedzone przez nas - mocno nadgryzionego zębem czasu. Również tu pozostało zaledwie kilka chylących się ku ziemi krzyży wśród krzaków i traw. Niektóre z nich, odlane z żeliwa, zadziwiają pięknem i precyzją wykonania.
Potem było podejście - z wysokości ok 750 na 1297m npm. Było dość stromo, ale nie musieliśmy się spieszyć, pogoda była niezła (było słonecznie i dość ciepło, nawet nieco upalnie) - pięliśmy się wytrwale w górę.
Na szczycie nagrodą był rozległy widok na Bieszczady aż po Tarnicę i nawet Pikuj na wschodzie, Wielką Rawkę i Dział na południu, Połoninę Wetlińską na zachodzie i pasma Otrytu a dalej Żukowa i Magury Łomniańskiej na północy. Widoczny był nawet fragmencik zalewu Solińskiego.
Po nasyceniu oczu widokami a żołądków - kanapkami ruszyliśmy dalej, grzbietem Połoniny.
W miejscu, gdzie na północ zbiega z grzbietu szlak w stronę przełęczy Przysłup zatrzymaliśmy się, by poczekać na idących wolniej. Nasze koleżanki poznały prowadzącego inną grupę turystów, znajomego z poprzednich wyjazdów w Bieszczady, przewodnika - księdza Piotra. W krótkiej rozmowie skojarzył nas, turystów i przewodników z Chrzanowa, pozytywnie, z ostatnią ogólnopolską pielgrzymką przewodników turystycznych na Jasną Górę. To kolejne miłe echo naszej wytężonej pracy przy przygotowaniu i przeprowadzeniu tej imprezy.
Ale nie było czasu na dłuższą rozmowę, bo niebo zasnuło się chmurami i widać było, że wkrótce nadejdzie burza. A z burzą w górach nie ma żartów - może być śmiertelnie niebezpieczna (dowiedzieliśmy się później o turystach porażonych przez pioruny, między innymi śmiertelnie - na Babiej Górze).
Zebraliśmy się więc do możliwie szybkiego zejścia. Rzeczywiście wkrótce zaczął padać ulewny deszcz i rozległy sie odgłosy wyładowań atmosferycznych. Dość stroma ścieżka, nawet w dobrych warunkach niezbyt wygodna (kamienie, korzenie, glina) - podczas deszczu stała się jeszcze trudniejsza do przejścia. Na mokrej glinie trzeba było uważać na każdy krok. Ale schodziliśmy bez większych wypadków (nie licząc kilku niegroźnych pośliźnięć, po których pozostały ślady błota na ... spodniach).
Podczas zejścia spotkaliśmy kilka (-naście ?) osób zupełnie nie przygotowanych pod względem wyposażenia (w cienkich koszulkach, krótkich spodenkach i w trampkach na nogach), które, nie bacząc na trudne warunki terenowe i atmosferyczne, szły w górę. Mimo ostrzeżeń, że ślisko, zimno i niebezpiecznie zamierzały wejść na szczyt. No cóż, spośród takich turystów rekrutują się najczęściej klienci GOPRu.
A my zeszliśmy do studenckiego schroniska Koliba na Przełęczy Przysłup Można tu zjeść coś, napić się kawy, herbaty (piwa tylko wtedy, jeśli się ma ze sobą - decyzją władz akademickich tego szlachetnego trunku tu nie sprzedają), ogrzać się i odpocząć. I tego nam właśnie było trzeba.
Spędziliśmy tu nieco więcej czasu, bo jedna z naszych pań miała trudności z zejściem i, eskortowana przez Waldka, doszła do Koliby później od pozostałych.
Kiedy również ona odpoczęła chwilę, ruszyliśmy dalej - drogą wzdłuż potoku Caryńskiego w dół.
Pogoda wkrótce poprawiła się - przestał padać deszcz.
W połowie doliny zboczyliśmy z drogi na niepozorną ścieżkę, która prowadziła nas do dawnego cerkwiska. Ścieżka była wąska, stroma, śliska, doprowadziła nas do potoku, który trzeba było przejść po kamieniach (śliskich i chwiejnych), ale trud się opłacił. Na niewielkim wzniesieniu pozostały tam ruiny cerkwi otoczone dawnym cmentarzykiem.
Z murów cerkwi pozostały tylko niewielkie fragmenty. W gęstwinie drzew, krzaków, między trawami można się tu natknąć na kamienne lub żeliwne krzyże z ledwo czytelnymi napisami: Tut spoczywaje ... (pisanymi ukraińską wersją cyrylicy).
Teren jest jednak otoczony opieką - został opasany współcześnie drewnianym ogrodzeniem.
Za ogrodzeniem zachwycił nas przepiękny przełom Caryńczyka. Potok wije się tu na małej powierzchni, wcinając głęboko kanionem o stromych brzegach w grunt.
To miejsce jest wyjątkowe, na szczęście na tyle oddalone od popularnych szlaków, że nie jest tłumnie nawiedzane przez niedzielnych "turystów".
Kiedy wróciliśmy na bitą drogę świeciło już Słońce. Jeszcze krótko drogą a potem ścieżką przez łąki i przełęcz 717 doszliśmy do Nasicznego. Z ludnej przed ostatnią wojną wsi zostało tu kilka domów i stanica harcerska. No i parking, na który po pewnym czasie podjechał nasz ulubiony autokar.
A wieczorem zebraliśmy się przy ognisku, żeby, piekąc kiełbaski, zaśpiewać przy wtórze gitary. Były piosenki bieszczadzkie, ogólnogórskie, biesiadne a nawet żeglarskie. Drewna było sporo, humory dopisywały, w okolicy nie było nikogo, komu by nasz śpiew przeszkadzał - weseliliśmy się więc długo w noc.
Na niedzielę zaplanowane było zdobycie jeszcze jednej góry.
Podjechaliśmy do Wetliny i ruszyliśmy na Przełęcz Mieczysława Orłowicza.
(Mieczysław Orłowicz (1881 - 1959) - doktor praw, z zamiłowania krajoznawca i popularyzator turystyki, współzałożyciel Akademickiego Klubu Turystycznego we Lwowie, organizator pierwszego Komitetu Olimpijskiego w Polsce, autor ponad stu przewodników turystycznych.)
Podejście na przełęcz wymaga, oczywiście, pewnego wysiłku. Trzeba pokonać prawie 500 m różnicy wzniesień, chwilami podchodząc dość stromo a ponad górną granicą lasu dogrzewa Słońce.
Ale przecież już byliśmy rozchodzeni i wprawieni w pokonywaniu wysokości. Po osiągnięciu przełęczy i krótkiej chwili na wyrównanie oddechu ruszyliśmy dalej - już nieco łagodniej - na szczyt Smereka (1222 m npm).
Właśnie ten szczyt był naszym dzisiejszym celem. Znów mogliśmy zachwycić się rozległą panoramą, bieszczadzkimi połoninami i otaczającymi je dolinami. Mieliśmy sporo czasu na chłonięcie tych widoków.
Jednak nawet najpiękniejsze chwile mijają - nadszedł czas na zejście. Czerwonym szlakiem zeszliśmy do miejsca, gdzie potok Kindrat wpada do Wetliny. Tu podjechał po nas autokar.
Mieliśmy jeszcze tyle czasu, żeby zatrzymać się w Cisnej na posiłek.
Spora część grupy wybrała się w tym celu do Siekierezady. To miejsce słynie swoim wystrojem, "klimatem", ale moim skromnym zdaniem jest to twór sztuczny, stworzony "pod publiczkę". Że dają nieźle jeść - to fakt, ale z otoczką - przesadzili.
Piwo lokalne (nazwa lokalna, producent w Raciborzu) - niezłe, ale za 9 zeta za halbę nie ma prawa być marne.
No i to by było na tyle, jak mawiał klasyk.
Pozostał nam już tylko powrót drogami podkarpacia i autostradą A4. Nie licząc niewielkich utrudnień przed Krakowem - podróż minęła gładko.
To była wspaniała wycieczka. Waldek - znany pasjonat tematów bieszczadzkich - opracował wyjątkowy program, zaprowadził nas w miejsca nieoczywiste, nie najpopularniejsze, oddalone od utartych szlaków masowych wycieczek - i to właśnie stanowiło o ich wyjątkowości.
Bieszczady się zmieniają - jak wszystko wokół - wciąż jednak można w nich znaleźć zakątki odludne, zachwycające klimatem, wspomnieniami minionych dziejów, spokojem natury.
Jeszcze tu powrócimy.

KP.


Żywiecczyzna na rowerach 22.05.2016


Kolejny wspólny wyjazd kolarzy z piechurami odbył się w niedzielę, 22. maja. Tym razem celem była Żywiecczyzna (turyści górscy wybrali się w rejon Worka Raczańskiego).
Na Placu Tysiąclecia w Chrzanowie do bagażnika autokaru włożyliśmy tym razem tylko trzy rowery - tak skromna grupka wybrała taką wersję wycieczki.
Wysiedliśmy z autokaru w Żywcu i zaczęliśmy pilnie kręcić pedałami.
Rozruch był łagodny: dojazd do żywieckiego Rynku. Tu krótki przystanek na kilka zdjęć. Potem powoli przejechaliśmy obok XVIII - wiecznej dzwonnicy i konkatedry pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny na dziedziniec zamku Komorowskich i dalej - przed frontem pałacu Habsburgów i przez park zamkowy. Po drodze przystawaliśmy w kilku miejscach na chwilę - żeby uwiecznić ciekawe widoki na fotografii (między innymi ławeczkę z siedzącą na niej księżną Alicją Habsburg).
Po opuszczeniu parku skierowaliśmy się ulicami Żywca na południe. Kolejny krótki przystanek był przed bramą 160-letniego Browaru Arcyksiążęcego. Do Muzeum Browaru nie weszliśmy - jest w remoncie.
Kolejne kilometry jazdy doprowadziły nas do miejscowości Radziechowy a w niej do drogi krzyżowej wiodącej na Matyskę - Kalwarię Beskidów. Już jadąc przez wieś trzeba się dobrze nakręcić pedałami, bo droga wznosi się nieustannie a od początku drogi krzyżowej wysiłek jest jeszcze większy - podjazd jest coraz bardziej stromy.
Ale warto - stacje drogi krzyżowej autorstwa znanego krakowskiego rzeźbiarza Czesława Dźwigaja (specjalność - posągi św Jana Pawła II) są pełne symboliki i bardzo poruszające a spod krzyża milenijnego na szczycie Matyski (610 m npm) rozciąga się wspaniały widok na Beskid Śląski ze Skrzycznem, Beskid Mały z Czuplem, Kotlinę Żywiecką i Beskid Żywiecki z Babią Górą.
Jeśli się wyjechało w pocie czoła na górę to potem trzeba z niej zjechać. Dość długi i miejscami stromy zjazd doprowadził nas przez Przybędzę do Węgierskiej Górki.
Tu przejechaliśmy wzdłuż Soły, niedawno wykonaną dróżką dla spacerowiczów i kolarzy, i zatrzymaliśmy się na odpoczynek i wzmocnienie się kanapkami nad jazem na rzece.
Ładnie urządzone tereny rekreacyjne nad Sołą, kilka niedawno oddanych do użytku obiektów sportowych i ogólne porządek w centrum - to wszystko dobrze świadczy o gospodarzach terenu. Węgierska Górka znacznie zyskała w porównaniu ze stanem sprzed kilkunastu lat. Ale nas interesowała nie tylko współczesność ale i przeszłość tej miejscowości. A w przeszłości (nieodległej) działy się tu ważne wydarzenia.
W pierwszych dniach września 1939 roku nieliczna (około 1500 żołnierzy) załoga fortów (właściwie bunkrów, ala przyjęła sią nazwa forty) Wędrowiec, Włóczęga, Waligóra i Wąwóz stawiała opór prawie 18 - tysięcznej nawale Wehrmachtu posiadającej ogromną przewagę w uzbrojeniu.
Dziś forty można oglądać z zewnątrz a do najłatwiej dostępnego - Wędrowca - można wejść. W nim i wokoł niego urządzona jest ekspozycja i miejsce pamięci o tych bohaterskich zmaganiach.
Byliśmy, zwiedziliśmy, potem także wjechaliśmy, choć było pod górę, do fortu Waligóra.
I na tym zakończyliśmy zwiedzanie Węgierskiej Górki.
Dalej, przez Cisiec, dojechaliśmy do Milówki. A tu zajrzeliśmy na podwórko Starej Chałupy. Piszę to dużymi literami, bo jest to nazwa własna najważniejszego zabytku w Milówce. Dawna karczma (z 1739) i dom są obecnie siedzibą niewielkiego muzeum etnograficznego, niestety, w niedziele zamkniętego (!). Ale obejrzeliśmy oba budynki i część eksponatów ulokowanych na zewnątrz.
W kościele trwała masza św, więc nie mogliśmy zajrzeć do wnętrza. Podobnie zresztą było wszędzie po drodze.
Z Milówki skierowaliśmy się do Rajczy. Kiedy tam dojechaliśmy - skręciliśmy nad Sołę. Również tu, w miejscu, gdzie po połączeniu Czernej (Czarnej Soły) i Ujsoły tworzy się Soła urządzony jest przyjemny park zachęcający do odpoczynku nad wodą. Daliśmy się skusić.
Czasu mieliśmy dość, pogoda była piękna - było słonecznie i coraz cieplej - zdecydowaliśy się na dłuższą chwilę lenistwa. Zjedliśmy kanapki, zamoczyliśmy nogi w wodzie, odpoczęliśmy w cieniu na ławeczce.
Ale trzeba było się zbierać do dalszej drogi. Przez centrum Rajczy dojechaliśmy wkrótce do dawnego pałacu Lubomirskich (potem Habsburgów), w którym obecnie funkcjonuje Dom Pomocy Społecznej. Teren nie jest zamknięty, można tu wejść, zwiedzić ładny park z licznym stadem pawi (widzieliśmy 5 samców i 1 samicę z młodym, słyszeliśmy jeszcze dalsze) a nawet zajrzeć do wnętrza, gdzie po dawnych właścicielach zachowała się okazała klatka schodowa.
Z Rajczy pozostało nam już niewiele kilometrów do Ujsołów i Soblówki. To tu byliśmy umówieni z turystami górskimi i kierowcą autokaru.
Kiedy dotarliśmy do końcowego przystanku w Soblówce, okazało się, że autokar czeka, ale turyści górscy zejdą z dużym opóźnieniem (nie wszyscy szli tak szybko, jak zaplanował Robert).
Ponieważ w Soblówce nie było żadnego punktu handlowego, gdzie można by kupić cośkolwiek do regeneracji sił, wyjęliśmy jeszcze raz rowery spakowane już do bagażnika autokaru i zjechaliśmy do Ujsołów. Tam łatwo znaleźliśmy mały, ale zaopatrzony we wszystko, co strudzonemu turyście potrzebne do szczęścia, sklepik.
Spędziliśmy przy nim kilkadziesiąt minut i już w znacznie lepszych humorach, posileni, odświeżeni wsiedliśmy na rowery i znów dojechaliśmy do Soblówki. Na drodze napotkaliśmy małego zaskrońca (przegoniliśmy go na pobocze, żeby uratować go przed śmiercią pod kołami samochodu) oraz sporą żmiję zygzakowatą i padalca, które, niestety, nie miały tyle szczęścia i leżały na asfalcie martwe.
W Soblówce musieliśmy jeszcze poczekać na turystow górskich i znów skorzystaliśmy z okazji żeby zamoczyć nogi w chłodnej wodzie potoku.
Wreszcie wszyscy uczestnicy wycieczki dotarli do autokaru i mogliśmy wrócić do Chrznowa.
Pokonaliśmy na rowerach trasę dłuższą niż zaplanowano - łącznie prawie 60 km - ale warto było. Kilka dodatkowych obiektów, do których trzeba było dojechać, było godnych odwiedzenia. Zresztą mieliśmy dużo czasu, nie musieliśmy sie spieszyć, był czas na przerwy i odpoczynek, pogoda była doskonała. Krótko mówiąc - było świetnie.

KP.


Pogórze Przemyskie 13-15.05.2016


W dniach 13-15 maja odbyła się wycieczka z Kołem Grodzkim PTTK Chrzanów na Pogórze Przemyskie. Wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzania Arboretum w Bolestraszycach. Jest to wielki ogród botaniczny, w którym zebrano tysiące drzew, krzewów i kwiatów. Można tu zobaczyć dwór dawnego właściciela Piotra Michałowskiego, przyjaciela Wojciecha Kossaka, a także kaplicę dworską, oranżerie, fontanny i piękne stawy. Cały ogród właśnie rozkwitał i wszędzie czuło się zapach wiosny.
Następny obiekt, który zwiedziliśmy, to fort Bolestraszyce - jeden z wielu elementów Twierdzy Przemyśl. Była to trzecia, co do wielkości, twierdza w Europie. Jako jedyna była oblegana przez przeciwnika aż 137 dni.Na każdym kroku jeszcze wiele razy w czasie tej wycieczki spotykaliśmy się z historią tej budowli.
Zwiedzanie Przemyśla rozpoczęliśmy od przejścia przez nietypowy,bo położony na pochyłej przestrzeni, Rynek Przemyski z pomnikiem Szwejka i fontanną z postaciami niedźwiedzicy z małymi niedźwiadkami. Przemyśl to miasto kościołów, cerkwi i klasztorów. Powyżej Rynku zwiedziliśmy kościół franciszkanów, katedrę greko-katolicką, kościół i klasztor karmelitów, oraz wspaniałą katedrę przemyską wraz z udostępnionymi ostatnio podziemiami,gdzie spoczywają zasłużeni dla miasta biskupi i fundatorzy.Można tam też zobaczyć pozostałości pierwszej romańskiej budowli. W okolicach Rynku znajduje się też Wieża Zegarów z muzeum fajek i dzwonów a obok fontanna i pomnik Jana PawłaII wybudowany z okazji wizyty Ojca Św. w 1991 roku.Na końcu zdobyliśmy wzgórze zamkowe, zwiedziliśmy zamek Kazimierza Wielkiego, a z jego wieży oglądaliśmy piękny widok na Zasanie i Starówkę.
Po obiedzie w naszym hotelu "Pod Białym Orłem" wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta nocą. Na drugim brzegu Sanu oglądaliśmy pomnik Orląt Przemyskich, Klasztor i cerkwieBazylianów, Kościół i Klasztor Benedyktynek. Idąc w stronę Starówki zwiedziliśmy pięknie oświetlony dworzec kolejowy, właśnie wyremontowany. Niedaleko naszego hotelu zobaczyliśmy schron bojowy Linii Mołotowa z 1939 roku oraz Bramę Sanocką - element Twierdzy Przemyśl z okresu I Wojny Światowej.
Drugi dzień rozpoczęliśmy odzwiedzania "Jasnej Góry Wschodu", czyli Kalwarii Pacławskiej, założonej w XVII w. przez Aleksandra Maksymiliana Fredro. Zwiedziliśmy kościół oraz kilka stacji Męki Pańskiej, które zbudowano w dolinie i na zboczach rzeki Wiar. Z wieży widokowej widać było już zielone łąki Ukrainy. Następnie zwiedziliśmy ośrodek wypoczynkowy "Arłamów". Ośrodek ten należał w czasach PRL-u do urzędu Rady Ministrów i notable komunistyczni przyjeżdżali tu na polowania. W 1981 roku internowany był tu Lech Wałęsa. Z hotelu rozpościera się wspaniały widok na Pogórze Przemyskie. Zwiedziliśmy też luksusowe wnętrze ośrodka. Cena noclegu za dobę, czyli 500 zł, trochę ostudziła nasz pomysł, aby kiedyś spędzić tu z żoną weekend.
W drodze powrotnej zobaczyliśmy najstarszą, XV-wieczną cerkiew murowaną w kraju, w miejscowości Posada Rybotycka. Z Rybotycz natomiast rozpoczęliśmy zdobycie Kopystańki, z którego widać Góry Sanocko - Turczańskie, Bieszczady i całe Pogórze Przemyskie. Niestety, droga była bardzo błotnista i śliska, więc cieszyliśmy się, że równocześnie nie pada deszcz. Z powrotem oglądnęliśmy cerkiew i cmentarzyk w Kopyśnie. Jest to nieistniejąca już wioska, gdzie urodził się prawosławny biskup przemyski Mikołaj Kopystyński, który był wrogiem Unii Brzeskiej. Prawdopodobnie tutaj też jest pochowany.
Trzeci dzień naszej wyprawy rozpoczęliśmy od zwiedzenia Kopca Tatarskiego i wzgórza Zniesienie, które jest najwyższym punktem w Przemyślu. Stamtąd roztacza się przepiękna panorama okolicy.Jest to też dawna cytadela i rdzeń Twierdzy Przemyśl. Na wzgórzu stoi wielki Krzyż i figura Chrystusa. Schodząc z wzgórza odwiedziliśmy cmentarze wojskowe z okresu I Wojny, gdzie pochowani są obrońcy i zdobywcy Twierdzy. Obok siebie na cmentarzach spoczywają żołnierze austro - węgierscy, rosyjscy i niemieccy. Znajduje się tutaj też cmentarz żołnierzy Wehrmachtu poległych na Podkarpaciu w czasie Drugiej Wojny Światowej. U podnóża góry znajduje się Cmentarz Komunalny, na którym są wspaniałe nagrobki i kaplice cmentarne osób zasłużonych dla Przemyśla. Spoczywają tu biskupi, artyści, politycy, urzędnicy i bogaci mieszczanie. Cmentarz ten jest porównywany do cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie. Ostatnim punktem naszej wędrówki była perła renesansu, czyli wybudowany w XVI w. zamek w Krasiczynie. Został on przebudowany w XVII w przez Marcina Krasickiego na piękną renesansową rezydencję. Ostatni właściciele pałacu to rodzina Sapiehów, która zgromadziła tu wspaniałe skarby kultury. Na szczęście zdążyli oni przewieźć skarby w 1939 roku do pałacu biskupiego metropolity krakowskiego Adama Sapiehy, brata Leona Sapiehy. Rosyjscy żołnierze doprowadzili jednak budowlę do ruiny. Pałac wyremontowano i teraz możemy podziwiać wspaniałe sgrafitti i attyki. Wokół pałacu podziwialiśmy piękny ogród z zasadzonymi jeszcze przez właścicieli starymi dębami, lipami i egzotycznymi roślinami.
Byliśmy zadowoleni, że pomimo przelotnych deszczów, pogoda nam dopisała. Cała grupa uczestników stworzyła wspaniałą atmosferę. Przyczynił się też do tego bardzo sympatyczny pan kierowca. Fajnie byłoby tu jeszcze wrócić.

WP


Beskid Sądecki 30.04.-03.05.2016


W dniach 30.04-3.05 odbyła się z ramienia koła grodzkiego PTTK wycieczka w Beskid Sądecki. Wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzania ruin zamku w Rytrze. Ze wzgórza roztaczał się piękny widok na dolinę Popradu. Dalej czerwonym szlakiem dotarliśmy do prywatnego schroniska Cyrla. Gospodarze zadbali o przyjemny klimat tego miejsca. Spróbowaliśmy też legendarnych naleśników, które poleca kuchnia schroniska - były wyśmienite! Potem dotarliśmy do Hali Pisanej. Stoi tam obelisk poświęcony żołnierzowi I PSP o pseudonimie "Błysk", zabitemu przez Gestapo w czasie obławy w tutejszych lasach. Żółtym szlakiem wróciliśmy do Piwnicznej. Autokar czekał na nas obok Pijalni Artystycznej. Stąd udaliśmy się do naszego domu wypoczynkowego "Stefanka", położonego nad brzegiem Popradu.
W drugim dniu wyruszyliśmy z Łomnicy niebieskim szlakiem na Halę Łabowską do schroniska. Po drodze musieliśmy przejść po kamieniach przez potok. Niestety kilka osób wylądowało w wodzie. Na szczęście, poza mokrymi ubraniami i butami, nikomu nic się nie stało. Droga do góry była bardzo stroma, ale jednogłośnie stwierdziliśmy, że lepiej i bezpieczniej jest się wpierw namęczyć, a potem schodzić łagodniejszą trasą. Przed schroniskiem zatrzymaliśmy się przed obeliskiem upamiętniającym Żołnierzy Wyklętych z Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej - kapelana oddziału ks. Władysława Gurgacza, nazywanego Popiełuszką czasów stalinowskich, i jego dwóch żołnierzy. Zostali oni skazani na karę śmierci. Wyrok wykonano w Więzieniu Montelupich w roku 1949. Przy pomniku odbywają się co roku msze polowe byłych partyzantów z oddziałów PPAN. Niedaleko znajduje się jeszcze tablica upamiętniająca kompanie Juliusza Zubka - pseudonim "Tatar", żołnierza I PSP działającego w rejonie Hali Łabowskiej w czasie wojny. Na szczycie podziwialiśmy panoramę Kotliny Sądeckiej i Gór Grybowskich. Wracaliśmy do Łomnicy żółtym szlakiem. Przez cały czas podziwialiśmy wspaniałą panoramę widocznego przed nami Pasma Radziejowej. Wieczorem spotkaliśmy się w kawiarni hotelowej. Urządziliśmy tam zaplanowaną już wcześniej zabawę z muzyką, tańcami i kawałami góralskimi.
Trzeci dzień przywitał nas deszczem i mgłą. Celem naszej wycieczki była Radziejowa-najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego (1262 m npm). Przez Kosarzyska dotarliśmy do Suchej Doliny, gdzie zatrzymaliśmy się przy obelisku upamiętniającym kurierów z czasów okupacji. To tu przebiegał jeden z największych punktów przerzutowych do Budapesztu. Trasę tą pokonywał słynny emisariusz Jan Karski. Jeden z bohaterów tej trasy to Henryk Stramka, który przebył ją jako kurier 69 razy. Kiedy dotarliśmy do schroniska Obidza na Przełęczy Gromadzkiej, pojawiło się wyczekiwane słońce. Potem przez Wielki Rogacz weszliśmy na szczyt Radziejowej. Niestety mgła przysłoniła nam widok z platformy widokowej. Czerwonym szlakiem, poprzez szczyty Niemcowej i Kordowca dotarliśmy do Rytra. Po drodze mijaliśmy ruiny szkoły. To tutaj mieściła się od 1936 roku do lat 60. szkoła, do której uczęszczało 20 dzieci z okolicznych przysiółków. Historie tej szkoły opisała Maria Kownacka, w powieści "Szkoła nad obłokami". Ta mieszkanka Rytra napisała też utwór "Rogaś z Doliny Roztoki". Wieczorem bawiliśmy się przy ognisku, piekąc kiełbaski i bawiąc się przy muzyce do późnego wieczora.
W ostatni dzień pływaliśmy pontonami na rzece Poprad. Po krótkim przeszkoleniu i założeniu kamizelek ratunkowych rozpoczęliśmy spływ. Większość z nas pierwszy raz sterowała pontonem, jak i pierwszy raz miała w ręku wiosło. Ale okazało się, że wszyscy świetnie się bawiliśmy. Zdarzało się, że wpadaliśmy na mielizny, a wtedy cała załoga starała się wydostać z pułapki. Śmiechu i dobrej zabawy było bardzo dużo i na pewno ta wyprawa będzie długo przez nas wspominana. Aby ostudzić nieco emocje i wyciszyć się, ostatnim punktem wycieczki był kościół i klasztor Klarysek w Starym Sączu. W tym też mieście zobaczyliśmy Ołtarz Papieski, gdzie w 1997 roku Jan Paweł II odprawił mszę świętą. Minęliśmy też Bramę Szeklerską - dar narodu węgierskiego dla Papieża Polaka, a także kapliczkę i cudowne źródełko św. Kingi. Na zakończenie tej cudownej majówki zjedliśmy na Rynku słynne lody sądeckie. Wycieczka na pewno nie byłaby tak udana, gdyby nie świetna atmosfera, wspaniali i radośni ludzie, a także miła Pani Kierowca.

WP


Wokół Łysej Góry na rowerach 15.05.2016


Znów zaprosiliśmy kolarzy na dalszą wyprawę z dowozem autokarem. Tym razem wybraliśmy się razem z turystami górskimi, planującymi zdobycie Łysej Góry - najwyższego szczytu w Beskidzie Śląsko - Morawskim w Czechach.
Na Placu Tysiąclecia w Chrzanowie z niejakim trudem ulokowaliśmy dziewięć rowerów w bagażniku autokaru i pojechaliśmy do przysiółka Visalaje skąd piechurzy ruszyli na szczyt a my, na rowerach, w drogę wokół masywu.
Początek trasy - w dół doliny Recicy - był dość stromym zjazdem leśną drogą szutrową. W otoczeniu dzikiej natury zjeżdżało się nam dobrze. Wkrótce wjechaliśmy na drogę asfaltową, jednak wciąż spokojną, prawie bezludną i otoczoną wspaniałym lasem. Ta droga doprowadziła nas nad zbiornik zaporowy Sance. Ten, dość rozległy, zalew powstały przez spiętrzenie wody rzeki Ostrawicy jest zbiornikiem wody pitnej i dlatego nie można w nim zażywać kąpieli czy uprawiać sportów wodnych. Otoczenie zapory jest obecnie przebudowywane i mogliśmy widzieć dźwigi i robotników pracujących wokół niej.
Dalej skierowaliśmy się do miejscowości Ostrawice. Od rana było chłodno, także zjazd doliną nie rozgrzał nas a wręcz przeciwnie, potrzebowaliśmy więc miejsca, gdzie możnaby się rozgrzać. I właśnie w Ostrawicy dotarliśmy do Beskydskego Pivovarku, czyli browarku beskidzkiego. W jego budynku część jest rzeczywiście browarem w druga - piwiarnią. Siedząc przy ... stole można przez przeszkloną ścianę oglądać kadzie, w których warzy się piwo. W piwiarni można też wypić kawę i herbatę, choć nie jest to zbyt mile widziane.
Browarek oferuje oprócz standardowego leżaka także piwa smakowe: miodowe, jagodowe, wiśniowe i jeszcze kilka innych. Coś tam kupiliśmy - na spróbowanie w domu. Najważniejsze, że udało się nam rozgrzać.
Ale przecież trzeba jechać dalej.
Teraz już dość płasko, bocznymi dróżkami wzdłuż rzeki Ostrawicy dojechaliśmy do Frydlantu nad Ostrawicą. Zajrzeliśmy tu do marketu (trzeba coś kupić na pamiątkę), do kościoła św Bartłomieja, zatrzymaliśmy się na chwilę na rynku.
I potem znów na rowery. Początkowo wciąż płasko, jednak po pewnym czasie zaczęły się schody: stromy podjazd, potem łagodny podjazd, potem znów nieco bardziej stromy. I tak przez jekieś 5 km. Jednak każdy podjazd kiedyś się kończy i rozpoczyna się zjazd. Tak w końcu dotarliśmy do Krasnej a w niej do restauracji Rekreant. Popróbowaliśmy tu specjałów kuchni beskidzkiej, uzupełniliśmy płyny.
Stąd już było niedaleko do parkingu, gdzie czekał na nas autokar. Również piechurzy byli już na miejscu. Znów musieliśmy trochę pokombinować, żeby zmieścić rowery w bagażniku i mogliśmy już ruszać w stronę Chrzanowa.
Przejechaliśmy w Czechach około 37 km (nie licząc jazdy autokarem) wygodnymi dróżkami rowerowymi, w pięknym otoczeniu, przy pięknej pogodzie - to była świetna wycieczka.

KP.


Turbacz - 8 maja 2016 r.


Wycieczka przygotowana przez Koło Grodzkie do Łopusznej i na Turbacz zainteresowała 26 osób, w tym młodzież - 3 chłopców. Grupie przewodził kol. Waldemar Piekarczyk.
W Łopusznej oglądnęliśmy kościół p.w. Świętej Trójcy i św. Antoniego Opata. Jest to piękny, drewniany, zabytkowy kościół z XIV w., konsekrowany w 1504 r. Po powodzi w 1997 r. został otoczony murem, na którym umieszczono drewniane stacje Drogi Krzyżowej. Wnętrze jest - moim zdaniem - prześliczne. Na stropach jest ornamentalna polichromia z 1935 r. Chór jest również ozdobiony polichromią. Najcenniejsze wyposażenie stanowi tryptyk z XV w. przedstawiający koronację Matki Bożej przez Trójcę Świętą, umieszczony w głównym ołtarzu oraz dwa barokowe ołtarze boczne.
Następnie udaliśmy się na cmentarz, aby złożyć hołd księdzu prof. Józefowi Tischnerowi /1931 - 2000/ i zapalić znicz na jego grobie.
W Łopusznej znajduje się jeszcze "Tischnerówka" - Dom Pamięci ks.prof. Józefa Tischnera oraz Dwór Tetmajerów /obecnie Filia Muzeum Tatrzańskiego z Zakopanego.
Teraz już mogliśmy realizować program turystyczny. Weszliśmy na niebieski szlak, który prowadzi do schroniska pod Turbaczem. Pierwszy odcinek trasy do kapliczki Matki Bożej w Zarębku Wyżnim /860 m n.p.m./ wycisnął ze mnie trochę potu. Przy tej kapliczce ks.prof. J. Tischner zazwyczaj odprawiał mszę św. w drugą niedzielę sierpnia. Dalsza trasa wiodła łagodnie pod górę. Z Polany Waksmundzkiej rozpostarł się przed nami uroczy widok na Jezioro Czorsztyńskie, Pieniny i Magurę Spiską. Na tej polanie stoi tzw. Krzyż Partyzancki, poświęcony pamięci żołnierzy z organizacji "Ogień" i "Wiarusy". Jest usytuowany na prywatnej działce rodziny Józefa Kurasia. Wędrując dalej minęliśmy schronisko, żeby wejść na szczyt Turbacza /1310 m n.p.m./. Wchodząc spotkaliśmy kol. Henryka Ostrowskiego z Koła Fablok, z którym niektórzy rozmawiali później w schronisku. A na szczycie Turbacza, oprócz nas, była tylko mgła i żadnej widoczności.
Po odpoczynku w Schronisku Górskim im. Władysława Orkana pod Turbaczem rozpoczęliśmy powrót. Ku naszej radości przywitało nas słońce, które nam towarzyszyło do końca dnia. W czasie wędrówki podziwialiśmy piękne widoki na J. Czorsztyńskie, Pieniny, Magurę Spiską i ośnieżone Tatry Bielskie. Trasa powrotna była niezwykle widokowa. Na Hali Długiej kwitły żółte pierwiosnki, intensywnie żółte kaczeńce i spóźnione krokusy. Tu znajduje się kapliczka Matki Boskiej Ludźmierskiej, patronki Pierwszego Pułku Strzelców Podhalańskich, proszących o opiekę nad naszą Ojczyzną. I znów z Kiczory nasze oczy oglądały uroki tego świata. Niżej schodząc trafiliśmy na opis "Stanowiska ochrony głuszca". Na polance przy zejściu do Stawu Pucułowskiego zmienił się nam widok; stąd mogliśmy podziwiać Babią Górę i pasmo Polic. Po niedługim czasie usłyszeliśmy dzwonki pasących się krów i uradowaliśmy się na widok naszego autobusu. Znów byliśmy w Łopusznej!
Do zobaczenia na szlakach!

Pozdrawiam KW.


XXX Kolarski Pierwszy Krok 08.05.2016


To już po raz trzydziesty - ładny jubileusz - Komisja Turystyki Kolarskiej zaprosiła chrzanowskich kolarzy na rajd pod hasłem "Kolarski Pierwszy Krok". Większość z zebranych 50 uczestników swoje pierwsze kroki (?) na rowerze ma już dawno za sobą, ale była też grupa 13 uczniów z Trzebini pod wodzą Pani Łukasik, która przyjeżdża na te nasze imprezy od lat (dziękujemy).
Po starcie z Placu Tysiąclecia przejechaliśmy ulicami Kusocińskiego, Zieloną, Sikorskiego, Europejską, potem w Trzebini: Waryńskiego, Głowackiego, Słowackiego, przez las i łąki do Młoszowej (ulice Na Piaskach i Szembeka) i do Puszczy Dulowskiej.
Tu, na placu przed ośrodkiem hodowlanym, odbyły się konkursy z nagrodami (a jakże !), zjedliśmy batoniki i pomadki, które zafundowali uczestnikom organizatorzy, popiliśmy soczkami i wodą (również od organizatorów), odpoczęliśmy w pięknym, leśnym otoczeniu.
Potem już uczestnicy rozdzielili się i według własnych pomysłów jechali dalej (kilkoro wybrało się jeszcze do Krzeszowic, choć pogoda zaczynała się psuć - zanosiło się na deszcz) lub wracali do Trzebini albo Chrzanowa.
Ja pojechałem jeszcze trochę dalej przez Puszczę aby wyjechać z niej w Oblaszkach i przez Tenczyńską i Bolęcińską dojechać do centrum Płazy, potem przez Hetmańską i Szymanowskiego do centrum Pogorzyc i już z górki przez Stellę na Południe. Po drodze spadło na mnie kilka kropel deszczu, ale, na szczęście, niewiele.
Te dwadzieścia kilka kilometrów przejechane drogami dawno poznanymi, dały mi jednak oddech od codzienności i okazję do spotkania z sympatycznymi znajomymi.

KP.


VII Rajd Rodzinny UTW 07.05.2016


Koło PTTK przy UTW w Chrzanowie wraz z kierownictwem Uniwersytetu i przy wsparciu Oddziału PTTK zorganizowało siódmy już Rajd Rodzinny. Dla chętnych przygotowano dwie trasy piesze (nieco dłuższą i spacerową) oraz 18-kilometrową trasę kolarską. Niestety przewodnicy tras pieszych (Zbyszek i Małgosia) doczekali się zaledwie kilku osób chętnych na dojście trasą spacerową. Kolarzy wyjechało na szlak 9. Własnymi ścieżkami doszła na metę rajdu grupa dzieci ze Szkoły Podstawowej nr 6 (oczywiście, pod opieką) - dziękujemy. Najliczniej na metę przybyli turyści zmotoryzowani, tak, że łącznie na terenie ośrodka wypoczynkowego RPWiK zebrało się ponad 100 uczestników.
A trasa kolarska (przejechałem nią, więc mogę opisać) prowadziła z Placu Tysiąclecia przez Rynek, Park, ulice Sokoła, Grunwaldzką, Partyzantów, na Kąty, potem Ligęzów do zachodniej obwodnicy (wzdłuż niej przygotowano bardzo wygodną dróżkę dla rowerzystów i piechurów), dalej z Kroczymiecha ulicami Oświęcimską, Powstańców Styczniowych do Chłodni, ścieżką przez łąkę i mostkiem nad Chechłem do ulicy Przy Moście, ulicą Metalowców i drogą wzdłuż toru do Stelli, potem przez Źrebce i las do Piły Kościeleckiej.
Tu, na wzgórku zatrzymaliśmy się, aby podziwiać rozległy widok na Chrzanów, Trzebionkę z zarośniętym dawnym osadnikiem, centrum Trzebini, wzgórza nad tym miastem, taflę zalewu Chechło. Dla miłośników szerokich panoram to jest ładne miejsce.
Stąd mieliśmy już całkiem blisko do mety Rajdu. Nistety, na przedostatnim zakręcie przed metą jedna z uczestniczek upadając podparła się reką i doznała kontuzji. Po opatrzeniu zadrapań - wsiadła na rower i dojechała do celu, ale jednak skończyło się w gipsie.
A na mecie czekały na uczestników liczne konkursy i zabawy - indywidualne i rodzinne, nagrody, słodycze dla dzieci, pieczone kiełbaski dla wszystkich a przede wszystkim sympatyczne towarzystwo miłośników wspólnej zabawy.
Pogoda dopisała - cały czas było ciepło i słonecznie, humory dopisały, liczne grono organizatorów dało z siebie wszystko, żeby impreza była udana i to się powiodło - było bardzo przyjemnie.

KP.


Wokół Jeziora Bodeńskiego 20-25.04.2016


Kolejna nasza kwietniowa wycieczka na zachód odbyła się w tym roku pod hasłem "Wokół Jeziora Bodeńskiego". Hasło było na tyle chwytliwe a zaproponowany program na tyle kuszący, że tym razem zebrało się nas 58 osób.
Ruszyliśmy w drogę późnym wieczorem we środę i tego dnia, oprócz przejazdu autostradami polskimi i czeskimi, nie zdarzyło się już nic.
Po przejechaniu przez Czechy zatrzymaliśmy się na granicy z Austrią, usiłując wnieść opłatę za przejazd austriackimi autostradami (autokar nie był pod tym względem przygotowany do wyjazdu), niestety bezskutecznie. Również kilka prób załatwienia tej sprawy na kolejnych stacjach benzynowych nie dało rezultatu, aż wreszcie, po przejechaniu ponad 100 km bez opłat - udało się.
We czwartek pierwszym punktem programu krajoznawczego był Linz, który w 2009 był Kulturalną Stolicą Europy (wraz z Wilnem).
Odwiedziliśmy tu Rynek (z Kolumną Trójcy Świętej), kościół parafialny, Starą Katedrę (organistą był tu kiedyś Anton Bruckner), Nową Katedrę (największy kościół w Austrii - 20 tysięcy miejsc siedzących), Zamek z tarasem widokowym. Po chwili wolnej (na odpoczynek, kawę, fotografowanie, zakup pamiątek) przeszliśmy obok odważnej współczesnej konstrukcji Ars Electronica Center i wróciliśmy bulwarem nad Dunajem do autokaru.
W czasie wyjazdu z Linzu autokar zatrzymał się i kierowcy coś tam z tyłu pogrzebali, żeby mógł jechać dalej. Nie wyglądało to, na razie, na groźną awarię.
Obok Slazburga, dalej przez Niemcy, znów do Austrii i wreszcie wieczorem dojechaliśmy do Feldkirch, gdzie czekały na nas pokoje i kolacja w Hotelu Loewen.
Po zakwaterowaniu, odświeżeniu się, kolacji (bardzo smacznej) mieliśmy jeszcze czas i siły (nie wszyscy) na spacer do centrum Feldkirch. Spacer był, co prawda, dość długi (hotel jest prawie 4 km od centrum), ale warto było: jądro miasteczka tworzą zabudowania zgrupowane wokół Rynku i wąskich, pełnych uroku uliczek. Zachowały się spore fragmenty średniowiecznych murów obronnych z bramami i wieżami (przeszliśmy pod Churertor, podziwialiśmy Wasserturm). Katedrę św Mikołaja obejrzeliśmy tylko z zewnątrz i to z pewnej odległości, bo remont nawierzchni wokół niej utrudnia dojście. Nie starczyło nam woli, żeby wspiąć się do zamku Schattenburg i tak, zresztą, zamkniętego o tej porze i widzieliśmy go tylko z dołu, z Leonhardsplatz, przy którym w latach 2012-2015 zbudowano centrum kultury Montforthaus o bardzo współczesnym wyglądzie (bryła o fantazyjnym kształcie uformowana z betonu, metalu i mnóstwa szkła).
Spacer (dość długi, jak już wspomniałem) po 20 godzinach podróży był bardzo wskazany a i ciekawy. Na szczęście przez cały dzień była piękna, słoneczna pogoda.
Na piątek zaplanowane było zwiedzanie miast położonych nad Jeziorem Bodeńskim.
Żeby dotrzeć do pierwszego z nich - Konstancji - musieliśmy przejechać wzdłuż południowego brzegu jeziora, przez Szwajcarię. Na sennym posterunku granicznym przy wjeździe do tego kraju kierowca dokonał opłaty za przejazd po szwajcarskich drogach i bez dalszych formalności znaleźliśmy się w europejskim raju (jak niektórzy postrzegają ten kraj).
Droga do Konstancji wiedzie bliżej lub dalej od jeziora - jednego z największych w Europie (powierzchnia 538 km2, maksymalna głębokość 254 m, zasoby wodne 48 km3). Chwilami ma się wrażenie, że jest się nad brzegiem morza.
Wkrótce dojechaliśmy do Kreuzlingen, miasta w Szwajcarii, przechodzącego niazauważalnie w Konstancję - w Niemczech. Granica państwowa jest tu czysto formalna. Granica północna Szwajcarii - z Niemcami - wbrew logice nie na całej długości wiedzie Renem. Na południowym brzegu niemiecka jest stara część Konstancji, na północnym 3 fragmenty szwajcarskie tworzą kanton Szafuza a jeszcze na terenie jednego z nich jest malutka (ok 8 km2) enklawa niemiecka. Pomieszanie z poplątaniem - tak ukształtowała to historia.
W Konstancji obejrzeliśmy port, Konzilgebaude - budynek, w którym obradował sobór w latach 1414-1418 (tu wybrano papieża Marcina V, tu sądzono i skazano na stos Jana Husa), rynek - tu nastąpiło wręczenie legitymacji członka PTTK jednej z turystek, kościół św Szczepana (w którym powitano nas koncertem), katedrę Najświętszej Marii Panny, teatr miejski.
Z centrum pojechaliśmy na parking przed wejściem na Mainau - Wyspę Kwiatów.
To piękne miejsce, udostępnione przez firmę rodzinną hrabiów Bernadotte (hrabia Lennart Bernadotte zamieszkał tu w 1932 roku), zachwyca setki tysięcy odwiedzających rocznie. Począwszy od wczesnej wiosny do późnej jesieni można tu podziwiać coraz to inne kwiaty kwitnące na rabatach i klombach (nas zachwycały głównie liczne i bardzo różnorodne tulipany), przez cały rok bajecznie kolorowe motyle fruwające swobodnie między egzotycznymi roślinami w pawilonie motylarni oraz palmiarnię i storczykarnię. Są tu także inne atrakcje dla odwiedzających: kawiarnie, bary, sklepy z pamiątkami i pięknymi przedmiotami nawiązującymi do charakteru tego miejsca, plac zabaw dla dzieci. Niewątpliwie warto tu spędzić znacznie więcej czasu i przyjechać jeszcze nie raz - w innych porach roku, dla coraz innych kwiatów.
Jednak my musieliśmy udać się dalej.
W porcie w Konstancji zaokrętowaliśmy się na prom i przepłynęliśmy na drugi brzeg jeziora - do Meersburga, przez wiele stuleci pozostającego pod władaniem biskupów z Konstancji. Po spacerze przez miasto dolne i promenadą wzdłuż jeziora wspięliśmy się do miasta górnego. Tu zatrzymaliśmy się przed nowym zamkiem, zajrzeliśmy do kaplicy zamkowej, pospacerowaliśmy wąskimi, uroczymi uliczkami starego centrum - i dalej, w drogę.
A dalsza droga - północnym brzegiem Jeziora Bodeńskiego - wiodła nas znów do Austrii a w niej - do Bregencji.
Bregencja jest szeroko znana na świecie jako miejsce letnich festiwali sztuki. Przeszliśmy na brzeg jeziora, gdzie obok centrum kongresowego - jednego z obiektów festiwalowych - jest amfiteatr i scena na wodzie. Trwają tam już daleko zawansowane przygotowania do najbliższego festiwalu, którego głównym punktem będzie spektakl operowy Turandot Pucciniego. Ogromna scenografia jest już gotowa: rozległy fragment muru chińskiego, armia terakotowych wojowników.
Pozostało nam tylko wyobrażenie sobie wspaniałych wrażeń ze spektaklu w lipcowy wieczór.
I to już było wszystko w tym dniu, oczywiście poza obiadem w hotelu - znów smacznym.
Sobotni poranek powitał nas, po dwóch dniach słonecznych - pochmurnym niebem.
Nic to - ruszamy w drogę. Po przejechaniu niewielu kilometrów wjechaliśmy do Lichtensteinu. Przy bocznej drodze, którą wjechaliśmy do tego księstwa nie napotkaliśmy nikogo, kto chciałby nas kontrolowć - no i dobrze. Jeszcze kilkanaście kilometrów i dotarliśmy do stolicy - Vaduz. Dojazd do zamku książęcego jest zamknięty dla autokarów, więc sfotografowaliśmy go tylko z pewnej odległości. Nic natomiast nie stało na przeszkodzie żebyśmy wjechali do centrum miasta i pospacerowali po nim.
To tak poważnie brzmi: stolica państwa. Ale Księstwo Lichtenstein liczy około 35 tysięcy obywateli a jego stolica - Vaduz - około 5 tysięcy.
Ale to dobrze, że Vaduz jest niezbyt wielkie - padał deszcz i zbyt długi spacer nie był wskazany.
A tak, to spokojnie mogliśmy obejrzeć ratusz miejski (lata 30 XX wieku), siedzibę rządu z początku XX wieku i siedzibę Parlamentu (współczesną) oraz katedrę św Floryna (kościół zbudowany w latach 1868 - 1873 został katedrą wraz z powołaniem diecezji w Vaduz przez Jana Pawła II w roku 1997) - wszystko wzdłuż niedługiego deptaku. Niezbyt tego wiele, ale widać, że Lichtenstein jest państwem zamożnym i dobrze zorganizowanym.
A z ciekawostek: za jednym z licznych straganów oferujących nielicznym w tej chwili przechodniom różności spotkaliśmy Polaków (proponowali towary spożywcze, na pewno wyborne, ale nie próbowałem, oceniam po niemałej cenie).
Wkrótce ruszyliśmy dalej - przez graniczny Ren do Szwajcarii i autostradą do Zurychu. Niestety, coraz niższe chmury ograniczały widoczność, wzmagający się deszcz też nie napawał nas optymizmem. Z rzadka tylko pojawiały się w oknach autokaru bliższe szczyty i fragmenty jezior Walensee i Zuryskiego.
Na parking w centrum Zurychu wjechaliśmy z niejakimi kłopotami (aparaty GPS miały problemy ?) a stąd przez dworzec główny (rozległy, zlokalizowany częściowo ponad rzeką Sihl) przeszliśmy na główną ulicę miasta: Bahnhofstrasse.
Fragmentem tej około półtorakilometrowej, niezwykle bogatej, ruchliwej arterii a potem bocznymi, wąskimi uliczkmi dotarliśmy na starówkę. Zaczęliśmy od Lindenhofu - niezbyt wielkiego placu obsadzonego lipami, który powstał na miejscu dawnej osady rzymskiej, później pełnił funkcje obronne (jest tu pomnik upamiętniający wojownicze mieszczki, ktore pod nieobecność męskiej załogi ubrały zbroje i samym widokiem odstraszyły najeźdźców), potem przez wiele wieków był terenem rekreacji i spotkań mieszczan a dziś jest, między innymi, dobrym punktem widokowym na położoną na lewym brzegu Limmatu część miasta.
Dalej, wciąż wąskimi uliczkmi doszliśmy do kościoła św Piotra (z zegarem na wieży, którego tarcza ma średnicę 8,7 m, co stawia go w ścisłej czołówce w Europie).
Kolejnym kościołem był Fraumuenster - dawniej należący do niezwykle majętnych (dzięki licznym, chojnym darom) zakonnic. W niezbyt bogato wyposażonym wnętrzu (w świątyniach protestanckich to rzecz zwykła) najbardziej godne uwagi są witraże zaprojektowane przez Marca Chagalla (z 1967 i 1978).
Po przejściu mostem nad Limmatem (stąd widzieliśmy jeszcze Wasserkirche - niegdyś stojący na wyspie, stąd nazwa) dotarliśmy do Grossmuenster, którego bliźniacze wieże są najbardziej charakterystycznym elementem w sylwetce centrum Zurychu. Świątynia ta uznawana jest za matkę reformacji w Zurychu, bo tu, w latach 1519-1531 Ulrich Zwingli głosił zasady nowej religii.
Potem już mieliśmy chwilę na własne potrzeby: odpoczynek i wzmocnienie się w kawiarni lub restauracji, spacer nad brzeg Jeziora Zuryskiego, sfotografowanie wszystkiego, co na drzewo nie ucieka. Niestety ten punkt programu został w znacznej części zakłócony przez silną ulewę.
Po zebraniu się, wciąż pod parasolami, wzdłuż Bahnhofstrasse wróciliśmy do autokaru.
W tym dniu mieliśmy w planie jeszcze jedną atrakcję: wodospady Renu.
Po przejechaniu nieco ponad 50 km dotarliśmy do Neuhausen am Rheinfall, gdzie poniżej zamku Laufen można podziwiać największy pod względem przepływu (średni przepływ letni: 600 m3/s, największy przepływ w historii - 1965 r., 1250 m3/s) wodospad w Europie.
Po schodkach schodziliśmy w dół, zachwycając się na kolejnych tarasach widokowych coraz bliższym żywiołem. Bo rzeczywiście jest to potężny żywioł: z wysokości 23 m walą w dół po skalnych progach ogromne masy wody. Cóż mogę tu więcej napisać, ja skromny skrobiklawiaturek: ZACHWYT, OSZOŁOMIENIE !
Setki zdjęć, ktore zrobiliśmy, nie oddadzą wrażeń, jakie były tam naszym udziałem.
No i, na szczęście, deszcz na chwilę ustał.
Po powrocie do autokaru ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu - wydawało się, że atrakcje tego dnia już się zakończyły.
Ale to było mylne wrażenie. Mniej - więcej w połowie drogi autostradą przez Szwajcarię autokar zatrzymał się na pasie awaryjnym, pod wiaduktem i kierowcy zabrali się do usuwania awarii: wymiany pozrywanych pasków napędzających prądnicę. Ulewa na pewno im w tym nie pomagała, ale chcieli pomóc (wzywając pomoc drogową) policjanci, którzy wkrótce zatrzymali się przy nas. Na szczęście uwierzyli, że kierowcy dadzą sobie szybko radę z naprawą (usługa pomocy drogowej kosztowałaby sporo) i tylko stanowczo zażądali wystawienia trójkąta ostrzegawczego i założenia kamizelek ochronnych (kierowcy o tym zapomnieli). Po godzinnym postoju ruszyliśmy dalej i już bez problemów wróciliśmy do hotelu.
W niedzielę, po śniadaniu opuściliśmy gościnne progi hotelu i ruszyliśmy w drogę do domu.
Ale, oczywiście, czekały nas jeszcze po drodze atrakcje.
Nieplanowaną był przystanek na granicy austriacko - niemieckiej, gdzie czekali na nas policjanci z mandatem, za przejazd po autostradach bez wniesienia opłaty. Austriacki system kontroli jest szczelny, nic się nie ukryje.
Niewątpliwie ciekawszy dla wszystkich uczestników był ostatni punkt programu krajoznawczego: zwiedznie Augsburga.
Miasto to, o korzeniach z czasów rzymskich (jak wiele na tym obszarze), w wiekach średnich bogate miasto handlowe (m.in. dzięki rodom Welserów i Fuggerów), silne centrum Reformacji, zachowało wiele zabytków.
Okazały Ratusz, niestety osłonięty ze względu na remont, zachwycił nas jednak słynną Złotą Salą.
W tej ogromnej sali odbywają się oficjalne uroczystości miejskie i przyjmowane są oficjalne delegacje. Jeśli nie jest używana przez radę miejską, sala jest udostępniona turystom. Posadzka sali wykonana jest z marmuru, portyki, ściany i sufit udekorowane są dekoracją rzeźbiarską zrobioną z drewna lipowego, pokrytą 23,5 karatowym złotem (stąd wzięła się nazwa sali), malowidła przedstawiają sceny mitologiczne. Przepych, bogactwo, jednym słowem: cud.
Trafiliśmy akurat na próbę zespołu tańców dawnych a po niej fotografowaliśmy się z członkami zespołu odzianymi w stroje dawnych mieszczan.
Z Ratusza przeszliśmy do katedry pod wezwaniem Nawiedzenia Marii Panny (służącej także protestanckiej parafii Najświętszego Serca Jezusa). Historia tej świątyni sięga VIII wieku a jej obecna bryła pochodzi w zasadniczej części z przełomu X/XI wieków z gotyckim rozszerzeniem z 1331 roku i późniejszymi przeróbkami. Po zniszczeniach w czasie II Wojny Światowej katedra została odbudowana w dawnej formie.
Bryła świątyni, niewiele zmieniona przez 1000 lat, jest wyjątkowa: zachował się, częsty w kościołach romańskich, chór zachodni z kryptą pod ołtarzem, wschodni chór jest z ambitem (obejściem) a centralna część jest pięcionawowa. Z kościoła można przejść na krużganki otaczające wirydarz. Z daleka widoczne są dwie romańskie wieże. Południowy portal (bliższy chóru wschodniego) jest bogato zdobiony figurami apostołów, rzeźbionymi scenami z życia Marii Panny i innymi dziełami artystów - kamieniarzy. Nieopodal jest drugie wejście z brązowymi drzwiami z 2001 roku. Nie miejsce tu na szczegółowy opis katedry, zakończę tylko krótkim stwierdzeniem: to trzeba zobaczyć.
Tylko te dwa obiekty wystarczyłyby, żeby uznać Augsburg za godny odwiedzenia. Ale jest tu przecież znacznie więcej. I w czasie wolnym, omijając kuszące kawiarnie, piwiarnie, bary itd odwiedziłem jeszcze: kościół św Maurycego (skromny), Arsenał (bez wchodzenia do Muzeum Rzymskiego), kościół św Ulricha i Afry, Czerwoną Bramę. Na tyle miałem czasu, a jest jeszcze więcej.
Ale właśnie o czas chodziło: nadeszła pora odjazdu w stronę Chrzanowa.
Przez Monachium (szybkie spojrzenia z okien autokaru na Allianz Arenę, gdzie w składzie Bayernu gra Robert Lewandowski), Linz (tu wysiadł jeden z naszych towarzyszy podróży, pracujący na codzień w okolicy), autostradami i drogami Austrii, Czech i Polski, po dość długiej, nużącej i denerwującej podróży dotarliśmy wreszcie nad ranem w poniedziałek do Chrzanowa.
Program był, niewątpliwie, bogaty i atrakcyjny. Zobaczyliśmy mnóstwo ciekawych i pięknych miejsc i obiektów.
Pogoda mogła być lepsza, także kilka innych elementów można by poprawić, ale myślę, że w sumie wycieczka była udana i będziemy ją wspominać z przyjemnością.

KP.


Magura Spiska 10.04.2016


Rzadko odwiedzamy Magurę Spiską, zarówno po polskiej, jak i słowackiej stronie granicy.
Tym razem postanowiliśmy przejść grzbietem z Przełęczy Zdziarskiej przez Magurkę do Bachledowej Doliny.
Pogoda w dniach poprzedzających wycieczkę oraz prognozy na niedzielę nie zachęcały do wypraw terenowych (zapowiadano zachmurzenie i przelotny deszcz), ale i tak zebrało się 17 osób - najwierniejszych miłośników gór.
Przejechaliśmy na Słowację i z Przełęczy Zdziarskiej ruszyliśmy drogami prowadzącymi grzbietem. Zaczęliśmy wyprawę na wysokości 1082 m npm a najwyższym punktem w planie wycieczki był szczyt Priehrstie - 1209 m npm, więc podejście było niewielkie.
Początkowo szlak wiódł nas drogą asfaltową a potem szerokim traktem leśnym, niestety rozjeżdżonym przez ciężkie pojazdy służące do ściągania pni ściętych drzew.
Przez Priehrstie (1209), Magurkę (1193), Slonicovsky Vrch (1167) szliśmy na wschód. Deszcz nie padał, ale cały czas otaczała nas mgła, która uniemożliwiała podziwianie sąsiednich pasm górskich. Droga łagodnie wznosiła się lub opadała i szło by się doskonale, gdyby nie błoto. Bo jednak było mokro, czyli - błotniście.
Wreszcie, po przejściu około 10 km, w rejonie Przełęczy pod Bukoviną rozpoczęliśmy schodzenie do Bachledowej Doliny. Podczas tego zejścia zatrzymaliśmy się na polanie, skąd choć trochę było widać - głównie Bachledową Dolinę z otoczeniem. Chwila odpoczynku, niewielki posiłek i uzupełnienie płynów (co tam kto miał w plecaku), kilka zdjęć i idziemy dalej.
No i wreszcie zeszliśmy do doliny. W zimie miejsce to żyje, dając rozrywkę licznym amatorom narciarstwa. Są tu pensjonaty, hotele, bary, restauracje. Niestety, dziś wszystko to jest zamknięte - sezon narciarski się skończył. Było dość wcześnie, zeszliśmy więc do głównej drogi wiodącej przez Zdziar.
Poczekaliśmy chwilę na busa i ruszyliśmy w drogę powrotną. Jeszcze przystanek przy karczmie w Białce Tatrzańskiej i już wkrótce byliśmy w domu.
Pogoda była nienadzwyczajna, ale i tak niedługa wycieczka górska sprawiła nam przyjemmność.

KP.


Rzym na rowerach - na Prima Aprilis 03.04.2016


W piękny, słoneczny, niedzielny poranek (może raczej - przedpołudnie) zebraliśmy się - 10 osób - na Placu Tysiąclecia, żeby na rowerach pojechać do Rzymu. To, oczywiście, żart primaaprilisowy - trasa nie miała być daleka, nie zamierzaliśmy przekraczać granic państwowych.
Pod przewodnictwem Tadeusza ruszyliśmy przez Balin, Koźmin, Jeziorki, potem szlakiem przez las do Ciężkowic. To tu znajduje się przysiółek zwany Rzymem (także na niektórych mapach tego terenu).
Nie ma tu zabytków sprzed setek lat, nie ma wspaniałych bazylik - jest kilka domów, pola i łąki. Ale liczy się hasło: jesteśmy w Rzymie !
Prawdziwe atrakcje tego dnia rozpoczęły się wkrótce: dojechaliśmy na skraj byłego, rozległego kamieniołomu, obecnie w większej części zalanego wodą i wykorzystywanego jako centrum nurkowe "Orka". Z kilku dogodnych miejsc - między innymi przygotowanej w tym celu platformy - podziwialiśmy piękną, szmaragdową wodę a potem także nurków penetrujących głębię.
Dalej przez Pieczyska dojechaliśmy do GEOsfery w Sadowej Górze.
Warto tu zacytować fragment informacji zamieszczonej na stronie Jaworzna:
"Paradoksalnie największe atuty tego miejsca zostały odkryte w wyniku działalności przemysłowej. Wiele lat temu Sadowa Góra, stanowiąca niegdyś wapienne wzgórze, stała się miejscem pozyskiwania kruszywa. Eksploatacja złoża wapieni wiązała się z rozcięciem wzgórza, które ujawniło niezwykle liczne skamieniałości i pofałdowanie dna, świadczące o burzliwej historii tego miejsca, sięgającej 260 milionów lat. Na ścianach dawnego wyrobiska widoczne są ślady różnorodnych zjawisk geologicznych (m.in. krasu, tektoniki, mineralizacji), występują tu też szczątki szkieletowe szkarłupni, małży, głowonogów, a nawet ryb i gadów. Cechy te sprawiają, że co roku przybywają tu licznie geolodzy, a wykopaliska paleontologiczne prowadzone przez Uniwersytet Śląski na stałe wpisały się w kalendarz GEOsfery.
Choć pretekstem do stworzenia ośrodka edukacji były walory geologiczne - i to one budują specyfikę miejsca - główną ideą jego powstania jest szeroka promocja walorów przyrodniczych, obejmująca elementy biotyczne i abiotyczne. Dlatego też kamieniołom stał się tłem do założenia licznych kolekcji roślinnych, w skład których wchodzą m.in. wrzosowisko i jeden z największych w Europie ogrodów sensorycznych. Ogółem posadzono tu ponad czterdzieści tysięcy roślin."
Dziś, na początku wiosny, kwiecie jeszcze nie ozdabia terenu, ale i tak jest tam pięknie i ciekawie. Liczne rodziny z dziećmi i inni odwiedzający z przyjemnością spędzają tam niedzielne godziny.
Mieliśmy sporo czasu żeby zapoznać się z atrakcjami ośrodka. Mnie najbardziej zainteresowały liczne tablice edukacyjne w bardzo ciekawy sposób prezentujące różne aspekty przedsięwzięcia.
No i już nadszedł czas na powrót. Przez Sadową Górę (niektórzy nazywali ją Sodową), gdzie w czasach mojej młodości znajdował się rezerwat sasanki (już dość dawno zaniknęła), Dobrą, Wilkoszyn, Jeziorki, Byczynę zmierzaliśmy do Chrzanowa.
Jadąc przez Kąty zatrzymałem się przy kościele, gdzie strażacy (stały jeszcze 4 wozy, dwa już odjechały) kończyli akcję gaszenia w pobliżu kościoła.
"- Spaliła się wiata gospodarcza. Częściowemu zniszczeniu uległa także elewacja plebani i stolarka okienna. Można powiedzieć, że w ostatniej chwili uratowaliśmy również kościół - mówi młodszy kapitan Kamil Klocek, dyżurny chrzanowskiej straży pożarnej." (ze strony Przełomu)
Potem, już bez przygód wróciłem, po przejechaniu około 43 km, do domu.
Było świetnie. I umówiliśmy się na kolejną wyprawę pod egidą Komisji Turystyki Kolarskiej przy chrzanowskim Oddziale PTTK - już za tydzień.

KP.


Afryka na Prima Aprilis - 2 kwietnia 2016 r.


Co roku Koło Grodzkie wymyśla jakąś "zagraniczną" wycieczkę na Prima Aprilis. Tym razem pojechaliśmy do Afryki.
Na eskapadę wybrało się 53 osoby, w tym 19 osób poniżej 18 lat /dzieci, młodzież/. W grupie było 17 osób z Koła Nafta. Przewodnikiem była kol. Małgorzata Opitek a kierowcą - pan Marek.
Podróż była krótka, bo tylko do Olkusza. Najpierw wybraliśmy się do Muzeum Afrykanistycznego im. Bogdana Szczygła i Bożeny Szczygieł - Gruszyńskiej wraz z Kolekcją Sztuki i Malarstwa Czarnej Afryki im. prof. dr hab. Anny i pilota Leona Kubarskich. Ze względu na naszą liczebność wchodziliśmy w dwóch grupach, żeby oglądać zbiory. A jest co oglądać! Eksponaty dotyczą przedmiotów związanych z plemionami Dogonów, Bambara, Buszongo, Tuaregów i świadczą o życiu tych ludów, wierzeniach, kulturze /np. własne pismo Dogonów/, sztuce materialnej, malarstwie, muzyce. Z opowieścią o eksponatach pani kustosz przeplatała informacje o darczyńcach, ich życiu, pracy i osobistych kontaktach z Czarnym Lądem.
Polecam wszystkim - dorosłym, młodzieży, dzieciom - odwiedzić to muzeum. Do Olkusza niedaleko!
Spacer po Olkuszu z kol. Małgosią na czele też był bardzo ciekawy. Nasza Przewodniczka, dysponująca ogromną wiedzą o Wyżynie Krakowsko - Częstochowskiej, regionie i Olkuszu ze swadą opowiadała o bogatej historii miasta oraz jego budowlach istniejących i zburzonych, a więc:
- kościele św. Andrzeja /gotyk/ z jego wystrojem oraz wolno stojącą wieżą dzwonną i wolno stojącą kaplicą św. Jana Kantego,
- nieistniejących bramach starego Olkusza: Krakowskiej /teraz w tym miejscu stoi pomnik woja z herbem miasta/ i Sławkowskiej,
- zburzonym klasztorze o.o. augustianów,
- czerwonym piaskowcu parczewskim, wykorzystywanym w budownictwie,
- zburzonym ratuszu, rewitalizacji rynku i podziemiach, które niedługo będzie można zwiedzać,
- dawnej mennicy królewskiej i budynku starostwa na tym miejscu /nieczynny/,
- historii popiersia Józefa Piłsudskiego przed Urzędem Miasta,
- zrekonstruowanych murach obronnych i baszcie.
Z Olkusza pojechaliśmy dalej. W Kluczach towarzystwo wysiadło z autobusu i zaczęła się piesza wędrówka. Karawana ruszyła w kierunku Pustyni Błędowskiej i Błędowa. Szliśmy ścieżką dydaktyczną "Dolina Białej Przemszy". To rzeczka Biała Przemsza przecina Pustynię Błędowską płynąc ze wschodu na zachód. Niektórzy śmiałkowie z naszej karawany wchodzili do niej i moczyli nogi do łydek, co zostało udokumentowane na zdjęciach. Po drodze minęliśmy dwa stawy: Staw Zielony i Staw Czerwony, które mają głębokość w granicach 40 m, bo powstały po wydobyciu kopalin. A Pustynia Błędowska - te 400 ha piachu - zrobiła wrażenie. Jest to pustynia śródlądowa, leżąca na granicy Wyżyny Śląskiej i Wyżyny Olkuskiej, częściowo opasana lasem Błędowskim. Wędrówka piaszczystą ścieżką nie była łatwa, dlatego z uznaniem odnoszę się do kondycji i zachowania dzieci. Wprawdzie często wysypywały z butów kilogramy piachu, ale dzielnie parły do przodu.
W drodze powrotnej do domu kol. Stefan z Koła Nafta pokazał nam przez okna autobusu miejsce graniczne pomiędzy zaborem austriackim a rosyjskim od 1815 - 1914 r., znajdujące się na styku miejscowości Lgota i Niesułowice, teraz upamiętnione murkiem z informacją. Dziękujemy kol. Stefanowi!
Tak minął dzień "w Afryce". Szczęśliwie wróciliśmy do domów - zmęczeni, wygrzani i opaleni przez słońce oraz bogatsi o nową wiedzę i wrażenia wizualne.
Podróże kształcą!!!

KW.


Powitanie wiosny 20.03.2016


Kolarze z chrzanowskiej Komisji Turystyki Kolarskiej zwykle oficjalnie rozpoczynają sezon turystyczny witając wiosnę w marcu. Piszę o oficjalnym rozpoczęciu, bo przecież 1. stycznia odbywa się Rajd Noworoczny.
W tym roku spotkaliśmy się, by witać wiosnę, 20. marca.
W grupie 15 osób, pod wodzą Jurka, ruszyliśmy z Placu Tysiąclecia ulicami Kusocińskiego, Zieloną, Sikorskiego, obwodnicą północno-wschodnią, leśną drogą - nad zalew Chechło.
Tam zatrzymaliśmy się na plaży, żeby utopić Marzannę (niestety zapomnieliśmy ją zabrać). No to pograliśmy w kości - nie był to żaden hazard, tylko konkurs z nagrodami - zwycięzcy otrzymali drobne akcesoria rowerowe i materiały krajoznawcze.
Chociaż przejechaliśmy niewiele kilometrów, jednak marna pogoda - było chłodno, wilgotno i ponuro - skłoniła Jurka do zakończenia wycieczki.
Część uczestników wybrała się dalej - w kierunku Tenczynka, część wróciła najkrótszą drogą, ja wybrałem trasę przez Piłę Kościelecką i Kościelec.
Sezon turystyki kolarskiej rozpoczęty - na początek skromnie, ale miejmy nadzieję, że wkrótce się rozwinie.

KP.


XXXII Ogólnopolska Pielgrzymka Przewodników Turystycznych...


...trwa w dniach 4-6 marca na Jasnej Górze. Hasło spotkania brzmi: "Zaprowadził ich na górę wysoką". Na doroczne spotkanie przyjechało ok. 1 500 przewodników turystycznych z całej Polski. W tym roku za organizację pielgrzymki odpowiada Koło Przewodników Beskidzkich i Terenowych im. prof. dr Zdzisława Krawczyńskiego Oddziału PTTK w Chrzanowie. Prezes Koła Chrzanów Krzysztof Hudzik podkreśla: "Jesteśmy kołem o długoletnich tradycjach, w przyszłym roku Koło będzie obchodzić swoje 60-lecie, a w tym roku jesteśmy organizatorem pielgrzymki. Jest to takie uhonorowanie naszych wieloletnich działań na polu przewodnictwa. Jasna Góra to miejsce najważniejsze dla każdego Polaka, stąd też zjeżdżamy tutaj z całej Polski, ze wszystkich zakątków". "Pierwsze Pielgrzymki Przewodników Turystycznych na Jasną Górę znam z opowieści, i wiem, jak one się rodziły - przypomina Stanisław Kawęcki, przewodnik z woj. śląskiego, należy do koła w Cieszynie - Że była to inicjatywa śp. Zdzisława Dziubka, że pomagali w tym przewodnicy z Kielc, że były to pielgrzymki nielegalne, że kolega Dziubek był wzywany do Komitetu Partyjnego, musiał się tłumaczyć, dlaczego zorganizował taką pielgrzymkę. Przyjeżdżało wtedy 200-300 osób, bo informacja szła pocztą pantoflową, nie tak, jak w tej chwili oficjalnie. Ale spotykaliśmy się w tym najważniejszym sanktuarium dla Polski po to, żeby umocnić się w swoich działaniach, a po drugie była to też okazja do specyficznego szkolenia przewodnickiego. Bo tak to w zwyczaju jest, że na każdej pielgrzymce, którą organizuje jakieś koło, środowisko przewodnickie z Polski, jest ten aspekt tego właśnie regionu, który organizuje. Mówi się o najciekawszych rzeczach, i związanych z kultem Matki Bożej, ale też mówi się o ciekawych obiektach zabytkowych, o ciekawych ludziach z danego rejonu. I myślę, że to jest dobry przyczynek do tego, żeby kraj poznawać".
Na Pielgrzymce Przewodników Turystycznych obecny jest abp Edmund Piszcz, abp senior z arch. warmińskiej, który przez wiele lat pełnił funkcję przewodniczącego Rady ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek Episkopatu Polski. "Pielgrzymka jest najpierw po to, aby nabrać pewnych sił, bo między przewodnikami a Matką Bożą, upraszczając nieco, istnieje coś wspólnego - mianowicie oni są przewodnikami, pokazują piękno naszej ziemi, a Ona jest przewodniczką, prowadzi nas do swojego Syna - mówi abp Edmund Piszcz - Przewodnicy w jakiejś mierze są również świadkami, a od świadków wymaga się tylko jednego - wiarygodności, żeby to, co widzą, pokazują, żeby to było prawdą. I dlatego myślę, że cały akcent jest położony na to, żeby przewodnicy byli wiarygodnymi świadkami prawdy, także miłości, którą się tak lekceważy, a mam na myśli miłość do ojczystej ziemi, do małych ojczyzn swoich, no i jednocześnie, żeby słowa Bóg, Maryja, Jasna Góra nie były dla nas pustym dźwiękiem, ale treścią, którą wypełniamy swoim życiem".
"To jest jedyna szansa na spotkanie w tak licznym gronie, i czas na przemyślenia duchowe w naszej pracy, o życiu zawodowym jak i prywatnym. Ten czas rekolekcyjny jest bardzo szczególny dla przewodników" - podkreśla Anna Sierpińska, przewodnicząca Krajowego Samorządu Przewodników Turystycznych i Komisji Przewodnickiej Zarządu Głównego PTTK.
Pielgrzymka rozpoczęła się w sobotę, 5 marca o godz. 13.00. Do Kaplicy św. Józefa wprowadzono poczty sztandarowe i odśpiewano hymn przewodnicki, po czym nastąpiły powitania. Abp Edmund Piszcz skierował słowo pozdrowienia do bpa Krzysztofa Zadarko, obecnego przewodniczącego Rady ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek Konferencji Episkopatu Polski, który nie mógł przybyć na tegoroczną pielgrzymkę z powodu choroby. Na uroczystości otwarcia pielgrzymki obecni byli m.in.: o. Jan Golonka - wieloletni kurator Zbiorów Sztuki Wotywnej na Jasnej Górze, który towarzyszył pielgrzymkom przewodników od początku ich powstania; o. Stanisław Rudziński, obecny kurator Zbiorów Sztuki Wotywnej; Beata Majkrzak, burmistrz Chrzanowa.
Następnie rozpoczęły się prelekcje, jakie przewidziano na pierwszy dzień pielgrzymki. Mowa była m.in. o Sanktuarium i Cudownym Obrazie Matki Bożej w Płokach oraz o przygotowaniach do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. O godz. 16.30 odprawiona została Droga Krzyżowa na Wałach jasnogórskich.
W sobotę, o godz. 18.30 rozpoczęła się Msza św. w Kaplicy Matki Bożej, której przewodniczył abp Edmund Piszcz, abp senior z arch. warmińskiej, który przez wiele lat pełnił funkcję przewodniczącego Rady ds. Migracji, Turystyki i Pielgrzymek KEP.
Przewodników, jak i pielgrzymów przybyłych, aby uczestniczyć w pierwszą sobotę miesiąca w Zawierzeniu Niepokalanemu Sercu Maryi Królowej Polski, powitał o. Albert Szustak, opiekun Bractwa Najświętszej Maryi Panny Królowej Korony Polski.
W homilii abp senior Edmund Piszcz mówił o modlitwie. Stwierdził, że wrogiem modlitwy nie jest brak czasu, ale brak miłości. "Kto kocha ten rozmawia, i wiemy, że jeżeli między dwojgiem ludzi rozmowa zanika, zanika także miłość - zauważył - I dlatego nasz stosunek do modlitwy możemy zawsze rozpatrywać na płaszczyźnie naszej osobistej miłości do Boga, czy Go naprawdę kochamy, czy nie, czy z Nim rozmawiamy, czy nie".
"Świadomość modlitwy, to świadomość, że żyjemy w obecności Boga, że jak napisał św. Paweł: 'w Nim żyjemy, poruszamy się, jesteśmy'. I najpiękniejsze jest to, że modlitwa to nie tylko słowa, ale to zwykła obecność przy Nim, czy to w kościele, w kaplicy, to chwila ciszy, ale to również, gdy chodzi o nasze przewodniczenie, o nasze prowadzenie innych, o jakąkolwiek inną pracę, jeśli to jest w łączności z Bogiem, to może stać się także modlitwą" - podkreślił kaznodzieja.
Następnie przewodnicy wzięli udział w Akatyście o godz. 20.00 w Kaplicy Matki Bożej, i w Apelu Jasnogórskim.
W niedzielę o godz. 8.00 w bazylice odprawiona została uroczysta Eucharystia pod przewodnictwem bpa Łukasza Buzuna, biskupa pomocniczego diec. kaliskiej.
W homilii bp Łukasz Buzun podkreśli: "Maryja nam przewodniczy (.) po to, żeby odzyskać w swoim sercu to, co jest święte, żeby stawać się świątynią Boga, i żeby realizować słowa św. Pawła: 'dążcie do tego, co w górze'. A co jest w górze? Jakie wartości są w górze? Wiara, nadzieja i miłość. To są te wartości, ku którym my zmierzamy (.)".
"Nie można odkrywać tego, co jest Bogu przyjemne, co dobre, co doskonałe bez nawrócenia. I tak jest też, jak wiemy w naszym doświadczeniu naturalnym, kiedy prowadzimy grupę na górę, nie jest to łatwe, niektórzy ludzie się zniechęcają, odchodzą, nawet obrażają, nie chcą słuchać przewodnika, zawracają, coś ich uwiera, jest jakaś trudność, źle się czują, wracają z tej drogi albo błądzą. Tak też jest i na szlaku naszego życia, ciągle musimy zwracać się ku Chrystusowi, odnajdywać Go" - mówił biskup Buzun.
Później w Sali o. Kordeckiego miały miejsce prelekcje: "Mętków początkiem Szlaku Papieskiego" oraz "Alwernia - atrakcje turystyczne".
W ramach pielgrzymki, już od piątku, trwały tradycyjnie rekolekcje, które prowadził o. Zbigniew Krzystek, bernardyn z klasztoru w Alwerni, misjonarz w kraju i za granicą.
Podczas tegorocznej pielgrzymki zanoszone są także modlitwy o spokój duszy dla kapłanów związanych z jasnogórską pielgrzymką: za śp. ks. Jerzego Pawlika i śp. o. Zachariasza Jabłońskiego.
"Turystyka na całym świecie jest bardzo silną gałęzią gospodarki, u nas może jeszcze do tej pory nie było to tak widoczne, natomiast z roku na rok mamy większą liczbę turystów zgodnie z danymi statystycznymi, i przewodnictwo moim zdaniem cały czas się rozwija, cały czas zapotrzebowanie na przewodnika jest. Przewodnik to jest to ogniwo bezpośrednie łączące organizatora z turystą" - podkreśla Anna Sierpińska, przewodnicząca Krajowego Samorządu Przewodników Turystycznych i Komisji Przewodnickiej Zarządu Głównego PTTK.
Wszyscy uczestnicy pielgrzymki zgodnie zachęcają Polaków do zwiedzania własnego kraju.
"Poznaj najpierw swój kraj, zanim pojedziesz do kraju obcego. Jeżeli ty masz rozmawiać z ludźmi, to na pewno ciebie zapytają, co jest u ciebie ciekawego. I co wtedy się odpowie? Ludzie potrafią mówić o plażach egipskich, o Malediwach, o Kubie, o Ameryce Południowej, a jak się zapytam, co byś pokazał w swoim regionie, to tu się zaczyna problem - mówi Stanisław Kawęcki, przewodnik z woj. śląskiego, należy do koła w Cieszynie - Ja tak obserwuję, że są fale wyjazdów, co roku gdzie indziej, i tam ci ludzie wszyscy jadą. A po co, kiedy można w Polsce tak wspaniale spędzić urlop, i taki bierny, ale też i czynny, i do tego czynnego bardziej zachęcam, żeby się przemieszczać z miejsca na miejsce, i poznawać nowe okolice".
"My bardzo często wybieramy się za granicę, zachwycając się krajami obcymi, a tu mamy piękny kraj, zróżnicowany, bardzo bogaty historycznie, architektonicznie, a przy tym wypełniony przewodnikami, którzy kochają swoje małe Ojczyzny i chcą przekazać swoją wiedzę - dodaje Anna Sierpińska - Mamy w Polsce 37 organizacji turystycznych zrzeszających przewodników turystycznych, w tym PTTK jest największą. Mamy ponad 6 tys. przewodników. Poprzez oddziały, koła kluby przewodnickie PTTK zachęcamy do korzystania z naszych usług".

o. Stanisław Tomoń
BPJG / dr, mn
2016-03-06, niedziela, godz. 13.10

Do obszernej relacji Ojca Stanisława dodam tylko, że w sobotę część konferencyjną uświetnił występ chóru Vox Animae z parafii pw Miłosierdzia Bożego na Kątach a w niedzielę Janusz Saługa z towarzyszem oraz, dla pamięci, nazwiska członków skromnej ekipy z obu chrzanowskich kół przewodnickich i Oddziału PTTK, która zorganizowała i zrealizowała to wielkie dzieło: Krzysztof Hudzik - inicjator i "lokomotywa" działań, Ryszard Łenyk, Andrzej Placek, Maria Grochal, Małgorzata Opitek, Bogumiła Janusz, Wacław Oczkowski, Helena Majewska, Remigiusz Lichota oraz piszący te słowa Kazimierz Pudo.




Opole i Toszek - 6 marca 2016


Wycieczkę do Opola zorganizowało Koło Grodzkie. Na pokładzie autokaru znalazło się 46 uczestników wyjazdu + pilot kol. Henryk Banach i kierowca, pan Wiesiek.
Kol. Heniek wodził nas po placach, ulicach i uliczkach, opowiadał historię miasta i obiektów, wskazywał ciekawe i zabytkowe budowle.
Już z okien autokaru podziwialiśmy opolską Wenecję, przeglądającą się w wodach rzeczki Młynówki. Zwiedzanie miasta zaczęliśmy na Placu Kopernika od Uniwersytetu Opolskiego, powołanego w 1994 r. /47 kierunków studiów/, z postacią Jonasza Kofty wchodzącego po schodach do uczelni. Następnie przeszliśmy na Plac Ignacego Daszyńskiego, aby podziwiać monumentalną fontannę Ceres z pocz. XX w. z figurami rybaków, kobiet i górnika, a obok klomby z wysokimi, ozdobnymi trawami. Potem weszliśmy na główną ulicę starego miasta - Aleję Krakowską, która łączy dworzec kolejowy z Placem Wolności i dalej, z Rynkiem. Przy Pl. Wolności znajduje się Filharmonia Opolska, pomnik opolskiej Nike poświęcony bojownikom o wolność Śląska Opolskiego, kolorowa wesoła fontanna w kształcie tańczących motyli i mały pomnik z napisem "Brońmy naszego Opolskiego" ( w domyśle - województwa). Zielony Most Groszowy na Młynówce zaprowadził nas na Wyspę Pasiekę, na spacer wzdłuż rzeki, do następnego - żółtego mostu. Kościół p.w. Świętej Trójcy był kolejnym punktem programu. Jest to kościół gotycki, wewnątrz - barok. Tu znajduje się mauzoleum Piastów Opolskich. Kościół jest połączony z klasztorem Franciszków. A w Rynku od XIV w. króluje ratusz /obecny stan z XVIII w./. Obok biegnie Aleja Gwiazd Polskiej Piosenki /nazwiska artystów, nazwy zespołów/. Jest też w Rynku kilka oryginalnych kamienic, nie zniszczonych podczas działań w czasie II wojny światowej /naloty angielskie/. Katedra p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego to też gotyk, z dwoma wieżami neogotyckimi. W niej również jest Kaplica Piastowska z sarkofagiem ostatniego Piasta z linii opolskiej, Jana II Dobrego /zmarł w 1532 r./. Na szczególną uwagę zasługują nowe, spiżowe drzwi do katedry, XIV wieczna chrzcielnica, główny ołtarz. Wędrując dalej oglądamy resztki murów obronnych, skąd podziwiamy Odrę, przyglądamy się śluzie odcinającej wody Odry od Młynówki w czasie wysokich stanów, a także - poziomowi wody podczas powodzi w 1997 r. Wesołym punktem programu był Amfiteatr, gdzie jeden z kolegów wykonał na scenie kilka kroków krakowiaka. No, i była sesja zdjęciowa. Później udaliśmy się do Wieży Piastowskiej, pozostałości po średniowiecznym zamku wybudowanym w XIII w. a rozebranym w latach 1928 - 1931. Renowacja Wieży Piastowskiej nastąpiła w 2014 r. Wieża to strategiczna budowla /szerokość murów - 3 m, wejście do środka na wysokości 8 m od ziemi/, nigdy nie zdobyta. My weszliśmy nowym wejściem na poziomie lochów, przeżyliśmy jęki skazanych, odparcie ataku wroga i pokonując 163 schody, dotarliśmy na platformę widokową, skąd podziwialiśmy Opole i okolicę a nawet widzieliśmy górę Ślężę. W drodze do autokaru zwiedziliśmy jeszcze kościół "Na Górce" p.w. Matki Bożej Bolesnej i św. Wojciecha, najstarszy w Opolu. Tu - wg podania - w 984 r. głosił nauki św. Wojciech i nakazał postawić kaplicę ku czci Matki Bożej i św. Jerzego. Obok kościoła znajduje się grób znanego publicysty i senatora Edmunda Osmańczyka oraz jego pomnik. A na Wzgórzu Uniwersyteckim oglądnęliśmy postacie znanych osobistości: Czesława Niemena, Agnieszki Osieckiej, Jerzego Grotowskiego i Starszych Panów Dwóch - Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory.
Z Opola pojechaliśmy do Toszka. Jest to małe miasteczko - w rynku stoi kolumna św. Jana Nepomucena, w pobliżu widać okazały stary kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Opodal znajduje się zamek gotycki, wybudowany przez Piastów Opolskich, który po latach świetności w XVII - XVIII w. popadł w ruinę po pożarze. Staraniem wojewody śląskiego gen. Jerzego Ziętka od 1950 r. rozpoczęto porządkowanie obiektu, zabezpieczenie ruin i jego częściową rekonstrukcję. Teraz można zwiedzać wieżę, gdzie byliśmy, odbudowano dawne stajnie /teraz sala wykładowo - bankietowa/ oraz odnowiono budynek bramny i mury obronne. Oglądając makietę zamku, można stwierdzić, że to była olbrzymia budowla.
I tak zrealizowaliśmy program wycieczki. Jak widać, Opole i Toszek to miejscowości z bogatą historią, dodatkowo Opole ma piękną starówkę. Kto nie był z nami, niech żałuje, bo Opole jest ponadto niezwykle sympatycznym miastem. Choćby panie kelnerki z kawiarni "Pod Arkadami", które przyjęły nas przed oficjalną godziną otwarcia lokalu. Na dodatek pogoda była dla nas łaskawa, bo choć było chłodno, szaro i ponuro, ale nie padało.

KW.


Międzynarodowy Dzień Przewodników Turystycznych 19.02.2016


Ustanowione w 1989 r święto przewodników turystycznych tym razem w Małopolsce było obchodzone 19. lutego w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Byliśmy tam także - w gali uczestniczyło 5 przedstawicieli chrzanowskiego Oddziału PTTK a w relacji z akcji Przewodnicy PTTK Dzieciom przedstawiony był przebieg akcji w Chrzanowie. Nasze własne zdjęcia można zobaczyć w naszej galerii a relacje prasowe z gali można przejrzeć na stronach: http://www.dziennikpolski24.pl/magazyny/a/bez-przewodnikow-nie-ma-turystyki,9419121/
https://sadeczanin.info/rozmaito%C5%9Bci/ma%C5%82polscy-przewodnicy-obchodzili-swoje-%C5%9Bwi%C4%99

KP


Walentynki w Hajduszoboszlo 12-14.02.2016


Tym razem walentynkowy wyjazd był nieco odmienny od poprzednich - dłuższy o jeden dzień i dalszy, bo aż na Węgry. No i nie związany z górami.
Wyjechaliśmy w piątek rano i przez Brzesko, Nowy Sącz, Bardiów dojechaliśmy do Preszowa.
W tym mieście o bogatych tradycjach handlowych zachowało się wiele zabytków z przeszłości, poczynając od fragmentów murów obronnych z bramą floriańską, poprzez charakterystyczny rynek o kształcie wrzeciona z kościołem św Mikołaja, Ratuszem, fontanną Neptuna, pomnikiem wdzięczności wyzwolicielom - żołnierzom Armii Czerwonej. Z elementów całkiem współczesnych i aktualnych największe wrażenie wywarło wielkie serce walentynkowe.
Z Preszowa ruszyliśmy na południe i przez Koszyce, Miszkolc dojechaliśmy do Hajduszoboszlo.
Po zakwaterowaniu i obiedzie poszliśmy do Aqua Palace - parku wodnego stanowiącego jeden z elementów ogromnego zespołu leczniczo - rekreacyjnego.
W tym, najnowszym, fragmencie kompleksu jest kilkanaście różnego rodzaju mniejszych i większych basenów, z nurtem rzeki, tryskającymi z brzegów i dna silnymi strumieniami, sauny, zjeżdżalnie. Wszystko to napełnione wodą o unikalnych leczniczych właściwościach zapewnia nie tylko rozrywkę i wypoczynek ale także wspomaga i przywraca zdrowie.
Wymoczyliśmy się tam, wygrzaliśmy, niektórzy trochę popływali, ktoś nawet próbował nauczyć się pływać (z niezłym skutkiem, jak na początek).
W sobotę po śniadaniu część uczestników wycieczki zasiadła w hallu pensjonatu aby podsumować miniony rok w Oddziale PTTK a pozostali znów poszli do basenów.
Po zebraniu także jego uczestnicy poszli do wody. Tym razem spora grupa skorzystała z oferty zespołu basenów leczniczych. Ten obiekt, znacznie mniejszy, obejmuje tylko trzy baseny, ale to wystarczy. Kilka godzin spędzonych w ciepłej wodzie o specyficznym składzie chemicznym pomaga w różnych dolegliwościach.
A po kolacji zebraliśmy się, aby uczcić wieczór przed dniem św Walentego.
Było głośno, było radośnie, przetańczyliśmy prawie całą noc.
W niedzielę po śniadaniu opuściliśy pensjonat i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Po drodze zatrzymaliśmy się w Debreczynie, drugim pod względem wielkości mieście Węgier.
Na rynku dwoje nowych członków PTTK odebrało legitymacje członkowskie.
Obejrzeliśmy tam Wielki Kościół Reformowany pochodzący z 1819, największy kalwiński kościół Węgier, Hotel Aranybika (Złoty Byk): najstarsza część budynku hotelu z 1915, młodsza część z czasów komunistycznych, we wnętrzu sala Bartoka, w której odbywaja się koncerty i inne wydarzenia kulturalne, Mały Kościół Reformowany: budowla barokowa powstała w 1726, przebudowana w 1870, katolicki kościół św Anny powstały w 1746. Na chwilę zatrzymaliśmy się w restauracji Mc Donalds urządzonej w stylowej sali z kolumnami i ciekawym stropem.
Kolejnym przystankiem w drodze powrotnej były Koszyce, z kolei drugie miasto Słowacji.
Tu zainteresowała nas katedra św Elżbiety (przepiękny gotyk) wraz z Urbanową dzwonnicą, kaplica św Michała, Teatr Państwowy.
W wolny czasie można było coś zjeść. Osobiście polecam restaurację Kleopatra przy Rynku a w niej świetną jagnięcinę.
A potem już bez dłuższych przystanków wróciliśmy do domu.
Czy się nam podobała ta wycieczka ? No, pewnie !

KP


Zimowy spacer do Płok - 7 lutego 2016 r.


Kol. Jan Oczkowski zaproponował pieszą wycieczkę z Młoszowej do Płok i Czyżówki /12 km/, która spotkała się z zainteresowaniem 13 osób. Zbiórka nastąpiła w autobusie, z którego w Młoszowej /pętla/ wysiadło 12 osób. Do grupy dołączył kol. Kazimierz ze swoim rowerem; dogonił nas na szlaku prowadzącym na wzgórze Ostra Góra /438 m.n.p.m., rezerwat leśny, ochrona buka karpackiego/. Na Ostrej Górze odnaleźliśmy ruiny zabudowania gospodarczego, a przede wszystkim część ściany dawnego folwarku - owczarni.
Dalsza trasa do Płok wiodła przeważnie przez las. Drzewa /głównie sosny/ wydzielały aromatyczne wonie, wędrówka była prawdziwą wentylacją płuc - w miłym i wesołym towarzystwie. Zbliżając się do Płok napotkaliśmy miejsce do rozpalenia ogniska i odpoczynku, na co wszyscy czekali, niosąc kiełbaski w plecakach. Przy ognisku zabrzmiało kilka piosenek harcersko- turystycznych a kiełbaski w tym czasie nabierały kolorów i walorów konsumpcyjnych.
Przy leśnej ścieżce, prowadzącej do Płok, natrafiliśmy na krzyż upamiętniający miejsce śmierci księdza Michała Rapacza, zamordowanego 12 maja 1946 r. Za około 1 km dotarliśmy do kościoła Sanktuarium Matki Bożej - Patronki Polskich Rodzin Robotniczych w Płokach. Mieliśmy możliwość wejścia do środka.
Parafię w Płokach erygowano w XIV w. Obecny kościół wybudowano w latach 1949 - 1951. Brama prowadząca do Sanktuarium pochodzi z XIX w. Obecne mury otaczające kościół zawierają fragmenty dawnych murów z XVI - XIX w. Najcenniejszym zabytkiem jest obraz Matki Bożej z XV w., namalowany - w oparciu o bizantyjski typ ikonograficzny - na desce pokrytej płótnem przez nieznanego autora, słynący kultem od wieków. Naprzeciwko kościoła przy ul. Dworskiej znajduje się zaniedbany, dawny pałac Potockich, wybudowany w połowie XIX w., który później kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Jeden z nich, Grabowski wydał swoją córkę Zofię za Bruno Loewenfelda z Chrzanowa. Od 1945 r. pałac pełnił różne funkcje i niszczał. Teraz jest znów własnością osoby fizycznej.
Końcowy etap spaceru z Płok do Czyżówki - to tylko 3 km. Z trasy widać kominy i chłodnie Elektrowni "Siersza". Wędrówkę zakończyliśmy w parku w Czyżówce, oczekując na autobus do Chrzanowa. Kolega Kazio pożegnał nas wcześniej, w Płokach i odjechał na rowerze "siną dal", ale odnalazł się na drugi dzień w siedzibie PTTK.
A pogodę mieliśmy wiosenną - słońce, ciepło, lekki podmuch halnego. Dziwna ta zima!
Wycieczka była udana. Sądzę, że każdy z jej uczestników okrył coś nowego i ciekawego na przebytym szlaku oraz zdrowo i przyjemnie spędził czas.

KW.


Płoki 07.02.2016


Choć do domu stąd niedaleko, przewędrujemy kawał świata.
Tak dawno śpiewaliśmy przy ognisku i to bardzo dobrze pasuje do cyklu wycieczek - spacerów organizowanych przez Komisję Turystyki Pieszej.
Tym razem początek trasy pieszej był w Młoszowej. Większość spacerowiczów dotarła tam autobusem, ale można też było dojechać na rowerze.
Z Młoszowej trasa spaceru wiodła na Ostrą Górę, gdzie można zobaczyć ruiny dawnych dworskich zabudowań gospodarczych. Dalej, przez Psary i las kierowaliśmy się w stronę Płok. Ale zanim tam dotarliśmy, zatrzymaliśmy się na śródleśnej polanie w pobliżu ujęcia wody, gdzie jest miejsce przygotowane na rekreację przy ognisku. I tego właśnie było nam trzeba: chwili odpoczynku przy ognisku. Dość szybko zapłonął ogień, znalazły się dzidki i można już było upiec kiełbaski. Były nawet okolicznościowe śpiewy (Płonie ognisko w lesie itp). Sama radość.
W dalszym ciągu spaceru przeszliśmy do miejsca śmierci księdza Michała Rapacza (zabitego przez "nieznanych sprawców" 12. maja 1946 r.).
Potem było już sanktuarium Matki Bożej Patronki Robotniczych Rodzin.
Weszliśmy do wnętrza na chwilę modlitwy, obeszliśmy kościół zatrzymując się przy grobie księdza Michała.
Stąd już rozpoczął się nasz powrót do Chrzanowa.Większość ruszyła na przystanek autobusów miejskich a ja na rowerze przejechałem przez Sierszę, Krystynów, Brzezinkę, wokół osadnika, przez osiedle Północ, Rynek - do domu.
Pogoda była piękna, trasa - całkiem przyjemna, towarzystwo - sympatyczne. To był piękny dzień.

KP


Łamana Skała 31.01.2016


Na Leskowiec chodzimy często, ale na Łamaną Skałę - znacznie rzadziej. Tym razem wybrało się nas tam 15 osób. Pogoda była zimowa, ale dość łagodna: niezbyt wiele śniegu, niewielki mróz, zachmurzenie i zamglenie ograniczało widoczność.
Wycieczkę pieszą zaczęliśmy w Rzykach Jagódkach. Stąd łatwo i bez większego zmęczenia weszliśmy na Groń Jana Pawła II. Po krótkim przystanku na szczycie, gdzie Małgosia opowiedziała nam o kaplicy poświęconej św Janowi Pawłowi II zeszliśmy do schroniska a przed nim obejrzeliśmy odciski "hrabskich butów". W schronisku zatrzymaliśmy się na odpoczynek, zjedliśmy cośkolwiek, wypiliśmy.
Dalej ruszyliśmy na Leskowiec. Niestety, nie dane nam było zachwycać się widokami jakie oferuje ten szczyt w lepszych warunkach, więc bez dłuższej zwłoki szliśmy dalej.
Droga przez zaśnieżony las, bez większych różnic wysokości, była przyjemna. Weszliśmy na szczyt Łamanej Skały (929 m npm), zatrzymaliśmy się na chwilę przy górnym krańcu wyciągu narciarskiego stacji Czarny Groń.
Wkrótce doszliśmy do Potrójnej. Tu część uczestników zboczyła z czerwonego szlaku, by zatrzymać się na krótki oddech w "Hatce na samym szczycie Potrójnej" (pisownia oryginalna z pieczątki pamiątkowej). To niewielkie, bezpretensjonalne, prywatne schronisko oferuje noclegi i skromny poczęstunek.
Po odpoczynku ruszyliśmy za innymi, którzy woleli posiedzieć dłużej w ośrodku "Kocierz". My też tam doszliśmy w samą porę, żeby po zebraniu wszystkich ruszyć w drogę powrotną do Chrzanowa.
To była wycieczka, do której świetnie pasuje określenie "lekka, łatwa i przyjemna".

KP


Przewodnicy PTTK Dzieciom 05.02.2016


Po raz pierwszy członkowie Koła Przewodników Turystycznych i Pilotów Wycieczek przy Oddziale PTTK w Chrzanowie włączyli się do akcji "Przewodnicy PTTK Dzieciom".
Przygotowaliśmy trasę prezentującą najciekawsze miejsca nawiązujące do hasła tegorocznej akcji: "Szlakiem misjonarzy, świętych, zakonów i zabytków chrześcijańskich w Małopolsce".
Zainteresowanie Akcją przerosło nasze oczekiwania: udział wzięły grupy ze Specjalnego Ośrodka Szkolno - Wychowawczego w Chrzanowie (38 młodych ludzi i 4 opiekunów), ze Szkoły Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi nr 1 w Chrzanowie (18 dzieci i 3 opiekunów) i ze Szkoły Podstawowej nr 6 w Chrzanowie (15 osób i 1 opiekunka). Młodych turystów prowadzili nieodpłatnie członkowie Koła: Kazimierz Pudo, Wacław Oczkowski i Henryk Banach.
Grupy dzieci i młodzieży odwiedziły kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej na kolonii Rospontowej, gdzie przy grobie Sługi Bożego ks Michała Potaczały przedstawiona była jego sylwetka i działalność na terenie parafii, tuż obok, przy pomniku (jednym z pierwszych w Polsce) św Maksymiliana Marii Kolbego - historia jego męczeńskiej śmierci w KL Auschwitz.
W Kościelcu, przy kościele św Jana Chrzciciela uczestnicy zostali zapoznani z sylwetką jedynego błogosławionego urodzonego w Chrzanowie (właśnie tu, w Kościelcu) - wyniesionego na ołtarze 13. czerwca 1999 w Warszawie przez Papieża Jana Pawła II w gronie 108 polskich męczenników - Marcina Oprządka, który poniósł męczeńską śmierć podczas II Wojny Światowej (18. maja 1942 r).
Przy Rynku młodzi krajoznawcy mieli okazję poznać historię najstarszej świątyni w Chrzanowie - częściowo gotyckiego kościoła św Mikołaja.
Tuż obok jest ulica Janiny Woynarowskiej - Służebnicy Bożej, która pracując jako pielęgniarka w Chrzanowie znacznie wykraczała poza swoje formalne obowiązki poświęcając swój czas i energię potrzebującymi zarówno opieki medycznej jak i wsparcia duchowego i pomocy w trudach codziennego życia.
Zmieniająca się jak w kalejdoskopie pogoda (pochmurne niebo i opady śniegu na przemian z otwierającym się błękitnym niebem i przeświecającym przez luki w chmurach słońcem) nie stanowiła szczególnie miłej oprawy naszych spacerów, ale po dojściu do celu, posileniu się drożdżówką, soczkiem i herbatą wszyscy odzyskali dobre humory.
Pamiątką udziału w Akcji będą certyfikaty z pieczęcią Oddziału PTTK i podpisem samego prezesa.

KP


Luboń Wielki 25.01.2016


Na kolejną styczniową niedzielę zaplanowaliśmy wycieczkę na Luboń Wielki. 13 amatorów gór wyjechało z rana w stronę Rabki Zarytego.
W planie było wejście na szczyt Percią Borkowskiego, jednak kilkunastocentymetrowa warstwa śniegu leżąca po opadach w ostatnich godzinach i ciągle narastająca stanowiła spore zagrożenie bezpieczeństwa na tej trudnej trasie. Poszliśmy więc bezpiecznym szlakiem oznakowanym kolorem niebieskim.
Niebo było zachmurzone, drobny śnieg padał prawie bez przerwy ale wejście leśną drogą, wspinającą się mniej lub bardziej stromo było przyjemne. Ośnieżone drzewa, krzaki tworzyły wspaniałą scenerię tej wędrówki. Trasa nie zapewnia rozległych widoków, no i dobrze, bo i tak nic byśmy nie zobaczyli przez nisko zalegające chmury. Ale najbliższe otoczenie było zachwycające.
Po dojściu na szczyt Lubonia Wielkiego (1022 m npm) weszliśmy do schroniska. Niewielka sala jadalni na parterze pomieściła akurat całą naszą grupę. Był czas na posilenie się własnymi zapasami albo skorzystanie z oferty kuchni.
Atrakcją sali była piękna kotka. Kiedy do schroniska weszła mała grupka turystów z psem - kotka zjeżyła się na parapecie okna.
Ponieważ przybyli kolejni turyści a my zdążyliśmy już odpocząć i posilić się - zebraliśmy się do wyjścia.
Niestety, ciągle nie było widać nic poza najbliższym otoczeniem.
Nie pozostało nam więc nic innego jak ruszyć w drogę. Skierowaliśmy się w stronę Lubonia Małego. Tym razem schodziliśmy prawie cały czas i to przeważnie dość łagodnie.
Gdy doszliśmy do parkingu pod Luboniem Małym odwiedziliśmy tamtejszą restaurację, żeby znów zjeść małe co - nieco.
I wreszcie nadeszła pora na powrót. Jadąc Zakopianką w strone Krakowa widzieliśmy sznur samochodów wiozących kibiców zmierzających do Zakopanego pod skocznę, gdzie nasi skoczkowie mieli wkrótce walczyć w kolejnej edycji Pucharu Świata.
Mimo padającego wciąż śniegu bezpiecznie dojechaliśmy do Chrzanowa, zadowoleni z dnia spędzonego wśród górskiej przyrody.

KP


VI Bal Turystów Chrzanowskich 23.01.2016


To już szósty raz chrzanowscy turyści zebrali się by bawić się w gronie przyjaciół. Wyjątkowo krótki karnawał i, co za tym idzie, duże nagromadzenie imprez rozrywkowych w krótkim czasie sprawiło, że zebrało się nas tylko 35 osób. Ponieważ sala balowa w restauracji Pod Jesionem jest bardzo obszerna, zgodziliśmy się na wspólną zabawę z biegaczami startującymi w cotygodniowych biegach Park Run.
Do tańca świetnie grał DJ Heniek, przygotowany przez załogę restauracji poczęstunek był urozmaicony i bardzo smaczny (trudno mi się było pohamować i spróbowałem prawie wszystkiego, choć rozsądek mówił, że to olbrzymia porcja kalorii), towarzystwo rwało się do tańca, zabawa rozwinęła się więc od razu.
W przerwie odbyło się losowanie tradycyjnego "Pucharu Prezesa" - czyli zaproszenia do bezpłatnego udziału w naszej wycieczce "na krokusy". Tym razem nagroda przypadła w udziale naszym nowym przyjaciołom z Wieliczki (gratulacje).
Udział grupy biegaczy (średnia wieku wyraźnie niższa niż w grupie turystów) wniósł na parkiet sporo młodzieńczego wigoru. Tańce trwały z niezbędnymi na posilenie się i uzupełnienie płynów przerwami do pierwszej po północy a nawet dłużej.
To była wspaniała okazja do zabawy w naszej niełatwej codzienności.

KP


Lipowiec 17.01.2016


Również Komisja Turystyki Pieszej zainaugurowała działania w roku 2016 zapraszając mieszkańców Chrzanowa, i nie tylko, na spacer na Lipowiec.
Mimo mroźnej pogody przed biurem Oddziału PTTK w niedzielę zebrała się spora grupka turystów. Łącznie z kilkoma osobami, które dołączyły po drodze, było nas szesnaścioro.
Przewodnik Janek wiódł nas trasą przez Kościelec (obok parku i śladu po pałacu hr. Starzeńskich, pomnika żołnierzy Armii Czerwonej poległych w walkach o Chrzanów, kościoła św Jana Chrzciciela), polami i lasem na Źrebce, znów lasem do dawnego kamieniołomu na przedpolach Pogorzyc. Tu zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek.
Dwaj zapaleńcy próbowali rozpalić ognisko, ale zmrożone gałązki nie zamierzały się zająć ogniem, mimo spalenia całego numeru "Do Rzeczy" i podlania płynem łatwopalnym.
Dalej poszliśmy do Pogorzyc, obok odrestaurowanego dworu i przy kapliczce skręciliśmy w ulicę Grodzisko, która prowadzi do wzgórza o tej nazwie.
Ale jeszcze po drodze przystanęliśmy obok odejścia ulicy Stawowej, żeby zachęcić tych, którzy jeszcze tego miejsca nie znają, do odwiedzenia niewielkiego, ale sympatycznego ośrodka rekreacyjnego urządzonego nad stawami przez pogorzyckich wędkarzy.
Dalej przez las, Grodzisko, doszliśmy do Płazy Dolnej. Stąd trzeba już było piąć się w górę przez buczynę objętą tu ochroną rezerwatową na szczyt wzgórza Lipowiec. I wreszcie osiągnęliśmy dzisiejszy cel - ruiny zamku Lipowiec, od dawien dawna należącego do biskupów krakowskich, obecnie zarządzanego wspólnie z Nadwiślańskim Parkiem Etnograficznym w Wygiełzowie.
Tu, na ławach na dziedzińcu był czas na odpoczynek, posilenie się kanapkami z plecaka, uzupełnienie płynów. Zasadnicza część grupy wróciła autobusem miejskim do Chrzanowa (niektórzy po odwiedzeniu karczmy w Wygiełzowie) a piszący te słowa wsiadł na rower (który wcześniej prowadził, idąc solidarnie z piechurami) i przez Płaską Górę, Płazę Górną, Pogorzyce, Stellę wrócił do domu.
Było mroźnie, ale atmosfera ciepła, trasa wycieczki - bardzo przyjemna, myślę więc, że większość z obecnych chętnie skorzysta z zaproszenia Janka na następny spacer za dwa tygodnie.

KP


Morskie Oko 10.01.2016


Kolejne rozpoczęcie roku - tym razem koła PTTK Fablok. Nad Morskie Oko turyści wybierają się zawsze chętnie. Także i na tę wycieczkę wybrało sią nas pod wodzą Jurka G. sporo: 47 osób.
Niestety, pogoda od rana była niepiękna: chmury, opad śniegu, horyzont zasnuty mgłami.
Po dojechaniu na parking na polanie Palenicy Białczańskiej ruszyliśmy drogą do Morskiego Oka. Ktoś (nie napiszę, kto, bo to było wykroczenie przeciw przepisom TPNu), dla uatrakcyjnienia poszedł drogą dojazdową do schroniska w Roztoce, inni, po bożemu - asfaltem.
Droga była zaśnieżona, ale niezbyt grubą warstwą, tak, że szło się dość wygodnie i bezpiecznie.
Podczas przejścia nie mogliśmy podziwiać otoczenia Doliny Białki i Rybiego Potoku, bo góry spowite były chmurami.
Jeszcze w drodze spotkały nas wolontariuszki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z puszkmi. Oczywiście każdy coś tam wrzucił, żeby wesprzeć tę wspaniałą akcję.
Po dojściu do Morskiego Oka stwierdziliśmy, że niestety, również tu widoczność jest marna.
Pozostało więc tylko wejście do schroniska na chwilę odpoczynku, większy lub mniejszy posiłek.
A po posileniu się ruszyłem z Jurkiem J. w kierunku Czarnego Stawu (inni członkowie naszej grupy ograniczyli się do spaceru po tafli Morskiego Oka). Przez zamarznięte Morskie Oko doszliśmy do ścieżki prowadzącej nad Staw. Podejście, zrazu łagodne, później coraz bardziej strome, było także coraz bardziej śliskie. Miałem raczki, podchodziłem więc pewnie, Jurkowi, wspomagającemu się tylko kijkami, szło się gorzej. Doszliśmy jednak na próg Czarnego Stawu bez problemu.
Już podczas podejścia podziwialiśmy otwierające się w lukach między chmurami widoki na Mnicha i Mięguszowieckie. Również nad Stawem pokazały nam się kolejne fragmenty otoczenia.
Zejście - szczególnie dla Jurka jeszcze trudniejsze - również pokonaliśmy bezpiecznie.
Wejście nad Czarny Staw zajęło nam tyle czasu, że po zejściu musieliśmy już wracać dość szybko.
A szkoda, bo właśnie teraz widoki były najlepsze - dało się podziwiać prawie całe otoczenia Morskiego Oka. Ale wracamy.
Jeszcze tylko krótki przystanek przy barze na polanie Włosienica (szybkie posilenie się) i znów schodzimy. Także tu, podczas schodzenia po udeptanym śniegu, z raczkami pod butami miałem przewagę nad Jurkiem. O tej porze chmury rozstępowały się na dłuższą lub krótszą chwilę, tak, że udało nam się widzieć nawet Gierlach.
Kiedy wszyscy znaleźli się w autokarze wyjechaliśmy w drogę do Chrzanowa.
Podróż trwała dłużej niż zwykle ze względu na zwykłe przy dużym ruchu spowolnienie na "zakopiance" i gęstą (miejscami nawet bardzo) mgłę ale i tak cieszyliśmy się, że wróciliśmy do domu szczęśliwie, bo podczas jazdy usłyszeliśmy przez radio informację o busie, który w okolicy Łysej Polany zsunął się w dół skarpy z drogi, którą niedawno przejechaliśmy (kilkunastu rannych).
Może nie zobaczyliśmy zbyt wielu gór, może nie mieliśmy wielu okazji zachwycić się widokami ale i tak warto było się wybrać na tę wycieczkę - dla zaczerpnięcia górskiego powietrza, dla zbliżenia się do magii gór.

KP


Hala Krupowa 03.01.2016


Tym razem powitanie Nowego Roku w górach zaplanowaliśmy na 3. stycznia na Hali Krupowej.
Może to i lepiej, że nieco później, dzięki temu zebrało się nas więcej - 35 osób.
Pojechaliśmy do Sidziny (Wielkiej Polany) i ruszyliśmy czarnym szlakiem do góry.
Pogoda była piękna - słoneczna, niezbyt mroźna - szło się nam świetnie, choć droga cały czas pięła się w górę. Podchodząc coraz wyżej widzieliśmy coraz lepiej rozciągającą się poniżej Psią Dolinę i rosnący za nią masyw Czyrńca (1318). Wkrótce doszliśmy do Kucałowej Przełęczy skąd widzieliśmy już "na wyciągnięcie ręki" schronisko. Ale postanowiliśmy jeszcze wcześniej wejść na Okrąglicę (1239). Dość szybko dotarliśmy do szczytu, gdzie wspomnieliśmy ludzi gór upamiętnionych tablicami na ścianach kaplicy.
Potem, na słonecznej polanie szczytowej polał się szampan (lub raczej wina musujące), były życzenia noworoczne, uściski, ciasteczka. Było sympatyczne zbratanie turystów niezależnie od legitymacji noszonej w kieszeni (w wycieczce uczestniczyła grupa członków PTT).
I już nadeszła pora na wizytę w schronisku PTTK na Hali Krupowej. Był czas na kanapkę, herbatkę, nawet na jakieś danie z bufetu. Ponieważ otrzymaliśmy od Oddziału PTTK w Chrzanowie książeczki GOT - trzeba było wbić pieczątkę schroniska.
Po przerwie ruszyliśmy w drogę powrotną - zielonym szlakiem do Sidziny.
Zejście było spokojne, nietrudne i po niezbyt długim czasie byliśmy u celu - przed skansenem w Sidzinie, gdzie czekał na nas nasz autokar.
Jeszcze tylko przejazd powrotny i wróciliśmy do Chrzanowa.
Wycieczka była bardzo przyjemna, przy pięknej pogodzie, doskonałych warunkach (żadnych opadów, żadnego oblodzenia), w świetnej atmosferze - doskonałe rozpoczęcie akcji chrzanowskiego Oddziału PTTK "W góry, w góry ...".

KP


V Rajd Noworoczny 01.01.2016


Komisja Turystyki Kolarskiej już po raz piąty zorganizowała powitanie Nowego Roku na rowerach.
Zebraliśmy się na Placu Tysiąclecia (13 osób) i kręcąc pedałami ruszyliśmy za Jurkiem ulicami Kusocinskiego, Zieloną, Sikorskiego, Europejską, (i dalej już w Trzebini) Puszkina, Waryńskiego, Głowackiego, Dąbrowskiego, Kruczkowskiego, 1 Maja, Św Stanisława nad Balaton. Tam, co roku 1. stycznia, spotykają się "morsy", by kąpielą w lodowatej wodzie powitać Nowy Rok. Od kilku lat grupa naszych kolarzy kibicuje im.
Było mroźno (około -5 C), lecz promienie słoneczne rozgrzewały nas. Zbiornik wodny pokryty był cienką warstwą lodu.
Zanim pojawiła sie grupa "morsów" spróbowałem, co też oni czują, wchodząc do lodowatej wody.
Zdjąłem buty i skarpetki, podwinąłem nogawki, rozkruszyłem nieco lodu i wszedłem po kostki do wody. Stałem tam chwilę (może z minutę) i wyszedłem. Woda - zimna, ale cieplejsza niż powietrze nad nią - nie ścięła mnie z nóg. Dopiero po wyjściu, kiedy wycierałem nogi, było zimno. Ale dało się wytrzymać.
Wkrótce zebrało się kilkunastu amatorów zimnej kąpieli. Przybywający rozbierali się, rozgrzewali (trucht, różne ćwiczenia) i wchodzili do wody. Pierwsi musieli rozbić lód i usunąć krę. W grupie mężczyzn były także dwie kobiety, w tym mama z kilkuletnim synkiem. Ci wyszli z wody dość szybko, ale inni stali w niej po kilkanaście minut. Brrr ... Po wyjściu znów truchtali po brzegu.
A my wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy do domu. Większość wracała najkrótszą trasą ale ja pojechałem przez Trzebionkę, obok dawnych Zakładów Górniczych, wokół stawu osadowego, przez osiedle Północ - do domu.
Nie jest to może tak rozkoszne jak wycieczki rowerowe w piękną, wiosenną porę, ale i zimą warto wsiąść na rower.

KP


Czarnogóra, Albania 11-21.09.2015


Kontynuując penetrowanie otoczenia Adriatyku wybraliśmy się końcem tego lata do Czarnogóry i Albanii.
W piątek wieczorem wyjechaliśmy z Chrzanowa i korzystając na większości trasy z wygodnych autostrad, przez Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację, Bośnię i Hercegowinę i znów Chorwację dotarliśmy do Czarnogóry. Po drodze zatrzymywaliśmy się, oczywiście, przy toaletach, w miejscach widokowych (m.in. nad Dubrownikiem) i na granicach (poza strefą Schengen jednak trzeba się poddawać kontroli). Niedaleko przed celem czekał nas jeszcze rejs promem przez cieśninę oddzielającą zalew Tivatski od Risanskiego. Po 22 godzinach podróży dotarliśmy wreszcie do Budvy.
Kompleks hotelowy Slovenska Plaża, w którym zakwaterowaliśmy się dość sprawnie prezentuje się od pierwszego spojrzenia bardzo dobrze: zespół niewysokich budynków rozłożonych w rozległym, starannie urządzonym i utrzymanym parku, uzupełniony o baseny z wodą morską, restaurację, liczne punkty usługowe obiecuje spokojny i wygodny wypoczynek.
Po odświeżeniu się poszliśmy na pierwszy posiłek do restauracji. I tu potwierdziły się nasze oczekiwania: posiłki serwowane w formie bufetu umożliwiały komponowanie własnych zestawów z dwóch rodzajów zup, kilku rodzajów mięs, ryb, warzyw gotowanych, surówek, makaronów, ryżu, ziemniaków w różnej postaci, owoców, ciasteczek. Codziennie w zestawie dań pojawiały się nowości, tak, że nie można było narzekać na monotonię. Również oferta na śniadania była bogata i różnorodna. Każdego dnia na nowo zachwycaliśmy się posiłkami, więc dalej już nie będę się na ten tamat rozpisywał.
Po kolacji indywidualnie lub w podgrupach zapoznawaliśmy się z bliższą lub nieco dalszą okolicą hotelu. Najważniejsze, że morze mieliśmy tuż "za płotem". A i do starej Budvy było niezbyt daleko.
W niedzielę po śniadaniu część uczestników szybko udała się do katedry św Jana na mszę a pozostali nieco później wyszli grupą zwiedzać starówkę.
Stara Budva to liczące 2500 lat, otoczone średniowiecznymi murami miasteczko o wąskich uliczkach z tradycyjnymi domami, twierdzą, katedrą św Jana Chrzciciela (niezbyt okazałą ale o dawnej historii), cerkwią św Trójcy (pięknie malowaną wewnątrz i z ładnym ikonostasem), kościołami Santa Maria in Punta i św Sawy (obecnie nieużywanymi jako świątynie). Niewielką starówkę można przejść w pół godziny, ale warto na niej spędzić znacznie więcej czasu.
Po wspólnym spacerze po starówce był czas na pierwszą kąpiel w Adriatyku. Niektórzy skorzystali z wolnego popołudnia i wybrali się na krótki rejs wokół wyspy św Stefana i na wyspę św Mikołaja - tu można było zrobić sobie przerwę na kapiel.
Oficjalny program tego dnia był niezbyt obfity, żeby umożliwić odpoczynek po długiej podróży.
W poniedziałek po śniadaniu wyjechaliśmy zwiedzać atrakcje Czarnogóry: monastyr Ostrog i stolicę - Podgoricę.
Już sam przejazd w kierunku Podgoricy wywiera wielkie wrażenie. Pierwszy fragment trasy, w kierunku Cetyni, prowadzi przez góry. Ciasne serpentyny wspinające się coraz wyżej po zboczach gór są utrapieniem dla kierowców ale pasażerom zapewniają wspaniałe i zapierające dech w piersiach widoki. A dalej jest jeszcze lepiej - droga do Ostrogu jest jeszcze węższa, wysokość do pokonania jeszcze większa. Aż wreszcie docieramy do parkingu poniżej monastyru. Ostatnie 3 km prowadzące do bramy monastyru to dobra droga pokryta asfaltem, ale tak wąska, że przejazd autokarem nie jest możliwy. Pozostaje podejście piesze lub minibusy, które licznie czekają na pielgrzymów i turystów i chętnie podwożą ich za jedyne 1 EUR od głowy.
Ale warto pokonać wszystkie trudy i niedogodności, żeby dotrzeć do monastyru. Budynki cerkwi "przyklejone" do skalnej ściany są już dużą atrakcją a jest jeszcze wnętrze zawierające, między innymi, kaplicę ze szczątkami św Wasilija Ostrogskiego (1610-1671) - cel pielgrzymów prawosławnych z całej Czarnogóry i nie tylko. Św Wasilij jest czczony nie tylko przez prawosławnych, ale także katolików. Jego relikwie nadają temu miejscu zupełnie wyjątkowe znaczenie w duchowości Czarnogóry.
Po zejściu z monastyru ruszyliśmy autokarem do stolicy Czarnogóry - Podgoricy.
To niezbyt wielkie miasto (136 tys mieszkańców) jest stolicą niewielkiego państwa (672 tys obywateli) a jeszcze niedawno (w latach 1946 - 1992) nazywało się Titograd (Tito żył do 1980 !).
Odwiedziliśmy tam cerkiew św Jerzego z XI w, park na stoku Goricy, obejrzeliśmy stadion miejski, przeszliśmy deptak - ulicę Hercegovacką, weszliśmy na kładkę nad kanionem płynącej przez miasto Moraczy.
W sumie - niewiele jest tam do podziwiania ale być w Czarnogórze i nie odwiedzić stolicy państwa, tym bardziej, że jest niedaleko - to nie byłoby właściwe.
Wróciliśmy do Budvy akurat na kolację. A potem to już co komu pasowało: spacer po deptaku lub na starówkę, spotkania w mniejszym lub większym gronie czy słodkie lenistwo.
We wtorek mieliśmy zamówiony rejs po Zatoce Kotorskiej. Po śniadaniu przed recepcję hotelu podjechał autokar miejscowej firmy wraz z naszą przewodniczką na ten dzień - Jeleną.
Przejechaliśmy autokarem do Tivatu, gdzie w porcie zaokrętowaliśmy się na statek wycieczkowy.
Zatoka Kotorska, czasem porównywana do norweskich fiordów, to najciekawszy fragment wybrzeża czarnogórskiego: wcina się głęboko w ląd, otoczona górami (o wysokości przekraczającej 1000 m, a więc biorąc pod uwagę, że pływamy na poziomie morza, to względna różnica wysokości jest spora), podzielona wąskimi przesmykami na 4 mniejsze zalewy, z ciekawymi miasteczkami na brzegu i na wysepkach.
Rejs to, oczywiście, okazja do podziwiania wspaniałych widoków łączących morze z górami, zapoznania się z bogatą, burzliwą historią okolicy (Jelena mówiła do nas po niemiecku, trochę się napracowałem przy tłumaczeniu, na statku byli też przewodnicy mówiący po angielsku i po rosyjsku - dla innych grup korzystających z tego rejsu). W przerwach korzystaliśmy z kąpieli (skoki z pokładu są wspaniałe). W programie był też obiad na pokładzie: na wstępie dwie porcje ryżu z sosami z owoców morza, potem grillowana ryba, na koniec ciasteczko, do tego wino. Kolejną atrakcją był przystanek na usypanej przez miejscowych rybaków wyspie z kościółkiem Matki Boskiej Skalnej (z cudownym obrazem, podobno znalezionym na skale, wokół której usypano wyspę). Piękna, słoneczna pogoda sprawiła, że całość złożyła się we wspaniałe przeżycie.
Po zacumowaniu w porcie w Kotorze wsiedliśmy na oczekujący na nas autokar i wróciliśmy do Budvy.
Na środę zaplanowaliśmy wyjazd do Albanii. Zmobilizowaliśmy się i zjedliśmy śniadanie najwcześniej, jak było można i już przed 8,00 ruszyliśmy w drogę. Pośpiech był konieczny, bo czekała nas długa podróż (sporo kilometrów po nienajlepszych drogach) i odprawa na granicy czarnogórsko - albańskiej no i, rzecz jasna, chcieliśmy mieć czas na obejrzenie Tirany oraz Dureszu.
Po górskich drogach wzdłuż wybrzeża czarnogórskiego nie da się autokarem jechać szybko, na granicy też chwilę postaliśmy aby się poddać kontroli dokumentów (znów przekonaliśmy się, że Unia Europejska a szczególnie strefa Schengen to wspaniały pomysł) i wreszcie wjechaliśmy do Albanii. Tuż z agranicą przystanęliśmy na parkingu obok hotelu z toaletą i sklepikiem z artykułami pierwszej potrzeby. Od lat hitem eksportowym Albanii jest miejscowy koniak Skanderbeg (upamiętniający walczącego z Turkami w XV w. bohatera narodowego). Tutaj również można go było nabyć i to za EUR, bez konieczności szukania kantoru wymiany walut. Tuż przy parkingu zauważylliśmy pierwszy bunkier - w słusznie minionym okresie albańczycy budowali ich wielkie mnóstwo, uważając się za okrążonych przez samych wrogów.
Dalsza droga wiodła już terenem równinnym, ale i tak jazda nie była szybka, ze względu na nienajlepszy stan drogi. Dzięki temu mogliśmy poznawać spokojnie krajobraz kraju, który do niedawna był prawie niedostępny dla obcokrajowców. W pewnej odległości nad doliną wyrastają góry i potem ciągną się już daleko. Na dnie doliny, którą jechaliśmy mijaliśmy miasteczka potwierdzające posiadaną przez nas wiedzę o niskim stanie gospodarki i poziomie życia, ale także liczne przykłady szybkiego rozwoju.
Wzdłuż dróg najczęściej spotykanymi przedsiębiorstwami są firmy handlujące używanymi samochodami, najczęściej wyglądające jak złomowiska. Trzeba zrozumieć, że możliwość zakupu prywatnego samochodu pojawiła się w Albanii dopiero po zmianie systemu i głód aut jest ogromny a zasoby na ich zakup - ograniczone. Wiąże się z tym także słabo jeszcze ugruntowane poszanowanie dla przepisów ruchu drogowego - po prostu jeździ się tu znacznie swobodniej, niż na przykład u nas.
Przed Tiraną i na jej przedmieściach zauważyliśmy kolejny przejaw pędu do odnowy życia materialnego: ogromną liczbę sklepów meblowych.
Również w centrum Tirany widoczny jest gwałtowny rozwój: budowane przez zagranicznyh inwestorów (tradycyjnie najwięcej włoskich) nowoczesne budynki stanowiące siedziby światowyh firm.
Kiedy dotarliśmy do centrum, naszą uwagę zwróciła olbrzymia liczba policjantów - okazało się, że mieli oni zjazd w Hali Kongresowej.
My, podczas niezbyt długiego, z konieczności, spaceru obejrzeliśmy w stolicy budynek Muzeum Archeologicznego, współczesny kościół św Pawła (Albania miała być pierwszym państwem bez religii - jak twierdził Enwer Hodża, zburzono więc prawie wszystkie świątynie, teraz buduje się nowe), budynek Parlamentu, grobowiec Paszy Kaplana, meczet Hadżi Beja (przetrwał czasy komunizmu), Pałac Kultury, Muzeum Historyczne, Piramidę (miała być mauzoleum Enwera Hodży), budynek Urzędu Rady Ministrów i siedzibę Prezydenta Albanii.
Nie zatrzymaliśmy się w Tiranie zbyt długo, żeby zdążyć jeszcze zobaczyć drugie pod względem wielkości miasto, główny port - Duresz.
Po godzince jazdy zatrzymaliśmy się w pobliżu centrum. Przeszliśmy reprezentacyjnym Bulevard Dyrrah do głównego placu Liria z ratuszem, teatrem, współczesnym meczetem Faiht. Po drodze obejrzeliśmy pozostałości rzymskich budowli: term i forum a potem dawne mury miejskie.
Na skwerku przy porcie sfotografowaliśmy się z figurami sław światowego rocka: Johna Lennona, Tiny Turner, Micka Jaggera, Boba Dylana.
No i, niestety, trzeba było zbierać się do powrotu. Znów czekała nas długa podróż urozmaicona kontrolą graniczną. Na szczęście na drogach nie było szczególnych utrudnień, na granicy kontrola poszła dość sprawnie, więc na kolację zdążyliśmy bez problemu.
Podsumowując trzeba stwierdzić, że w Albanii nie ma tak bogatych zabytków jak we Włoszech czy w Krakowie lub Pradze, ale warto tam pojechać, żeby zobaczyć, jak Albańczycy radzą sobie z pozostałościami dawnego systemu i walczą o lepsze jutro - ich determinację w tej walce widać na każdym kroku. My spędziliśmy tam kilka godzin, ale kiedyś trzeba będzie się tam wybrać na nieco dłużej. No i są tam jeszcze góry - wciąż dzikie i nie zadeptane.
Czwartek był dniem bez wyjazdu. Zaplanowaliśmy na ten dzień spacer wzdłuż wybrzeża morskiego do Św Stefana. To był punkt programu dla zainteresowanych i nikt nie miał pretensji do tych, którzy preferowali w tym dniu wyłącznie plażowanie ale i tak wybrało się na ten spacer 14 osób.
W większości promenadą nadmorską, z dwoma tunelami umożliwiającymi przejście pod wychodzącymi w morze grzbiecikami zakończonymi skalistym klifem szliśmy przez kolejne bliskie miejscowości: Bećici, Rafailovici, Prżno do lasu Milocer, gdzie można podziwiać dawną letnią rezydencję królewskiej rodziny Karadziordzewiczów a nawet skorzystać tam z plaży (obowiązkowy serwis plażowy kosztuje 75 EUR).
Nieco dalej jest już Święty Stefan. Jest to niewielka wyspa połączona groblą z lądem, w całości zamieniona na luksusowy hotel - nie weszliśmy tam. (Jelena proponowała mi organizację zwiedzania wyspy za ok 20 EUR od osoby). Na stałym lądzie wszystko jest już w guście hotelu 5*****: wygodne, szerokie alejki pod palmami, ładna fontanna, na parkingu boye hotelowi czekają gotowi na przyjęcie gości i zajęcie się ich bagażami. Tu także jest plaża hotelowa, ale dostępna dla wszystkich, których stać na wynajęcie leżaka z parasolem za 75 EUR. Na szczęście nieco dalej można skorzystać z plaży zupełnie za darmo (oczywiście z własnym serwisem, czyli ręcznikiem do leżenia na piasku).
Może niebogato, ale i tak wygodnie poleżeliśmy na plaży, popływaliśmy w morzu, złapaliśmy trochę opalenizny.
Po południu spokojnie, bez pośpiechu wróciliśmy tą samą drogą do Budvy. Przeszliśmy w ten sposób łącznie około 17 km. Po obfitym, jak zwykle, śniadaniu taki sposób spędzenia tego dnia był na pewno lepszy niż leżenie przez cały dzień na najbliższej plaży.
A wieczorem spotkaliśmy się na uboczu na terenie kompleksu hotelowego aby wznieść toast za miłe spotkanie, porozmawiać o oczekiwaniach na przyszły rok, zaśpiewać coś wspólnie, opowiedzieć kilka starych ale jarych dowcipów.
Piątek - ostatni dzień przeznaczony na krajoznawstwo. Po śniadaniu pojechaliśmy wijącą się serpentynami na górski grzbiet drogą do Cetyni. Miejscowość ta przez kilkaset lat (od XV w.) pełniła funkcję centrum zarówno życia świeckiego jak i religijnego a od odzyskania niepodległości przez Czarnogórę w 1878 do 1918 r. - oficjalnej stolicy państwa.
Zwiedziliśmy tu cerkiew na Cipuru, Monaster Cetyński, przeszliśmy uliczkami starego centrum miasteczka. Cetynia - dawna stolica Czarnogóry - wygląda ciekawiej niż obecna - Podgorica, choć jest znacznie mniejsza, po prostu - malutka.
Z Cetyni skierowaliśmy się do Parku Narodowego Lovcen. Wąska, kręta, stromo wspinająca się na wysokość prawie 1600 m droga jest dużym wyzwaniem dla kierowcy tak dużego autokaru, jak nasz, ale pasażerom daje wiele emocji.
Wyjechaliśmy w pobliże Jezerskiego Wierchu, drugiego pod względem wysokości w paśmie Lovcen (najwyższy Stirownik 1749 m npm jest zamknięty przed turystami przez wojsko). Stąd krótko drogą i dłużej po schodach (462 stopnie) doszliśmy na sam szczyt, gdzie w latach 1951-1974 zbudowano mauzoleum Piotra II Petrovicza Niegosza - XIX-wiecznego poety i władcy Czarnogóry. Jest on uważany za najważniejszego w historii kraju władcę. Jest tu obszerna sala z jego figurą a w podziemiu sarkofag z jego szczątkami. Po przejściu przez mauzoleum dochodzi się do tarasu widokowego, skąd rozciąga się szeroka, zachwycająca panorama obejmująca Adriatyk, Zatokę Kotorską, Jezioro Szkoderskie i liczne pasma górskie.
Zejście i zjazd do Cetyni a potem przejazd do Kotoru są znów okazją do podziwiania wciąż nowych widoków. Szczególnie przed Kotorem warto zatrzymać się na którymś z zakrętów, by spokojnie spojrzeć na to piękne miasteczko.
Wreszcie dojechaliśmy do Kotoru. Spacer po otoczonym murami obronnymi starym mieście daje możliwość poznania katedry św Tripuna, kościoła Maryi z Rzeki, cerkwi św Łukasza, pałaców bogatych rodów kotorskich a także chwili wytchnienia w jednej z licznych restauracji zlokalizowanych w którejś z wąskich uliczek miasta.
Potem pozostał już tylko powrót do Budvy, w sam czas na kolację.
W sobotę rano skończył się nasz pobyt w kompleksie hotelowym Slovenska Plaża, ale nie - nasza wycieczka. Po wykwaterowaniu mieliśmy jeszcze cały dzień na pożegnanie się z plażą, starą Budvą, zakupy przed podróżą. A wieczorem już ostatecznie pożegnaliśmy gościnną Budvę i ruszyliśmy w stronę Serbii.
Nocny przejazd umożliwił w miarę wygodne dotarcie do Belgradu, lecz, niestety, nie mogliśmy w ciemności podziwiać atrakcji trasy, szczególnie kanionu rzeki Tary - ale nie można mieć wszystkiego na raz.
Niedzielny poranek powitaliśmy wjeżdżając do stolicy Serbii - Belgradu. Docierające do nas informacje o napływie tłumów uciekinierów między innymi do Serbii potwierdziły się tylko częściowo: na skwerku w okolicy dworca głównego widać było kilkunastu koczujących imigrantów.
Zastanowiła nas coraz większa liczba solidnie uzbrojonych grup sił porządkowych, strzegących, między innymi, placówek dyplomatycznych. Początkowo wiązaliśmy to z możliwym zagrożeniem ze strony imigrantów, ale wkrótce dowiedzieliśmy się, że miasto jest w stanie oblężenia ze względu na zaplanowaną manifestację środwisk LGBT - Pride Beograd i zapowiedzianymi protestami oburzonych "normalnych" obywateli.
Zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od twierdzy Kalemegdan. Obronna osada istniała na tym terenie już w czasach Celtów, potem pozostawili tu swoje ślady Rzymianie, Turcy, Austriacy.
Na alejkach poniżej twierdzy napotkaliśmy biegaczy zmierzających do zakończenia biegu dobowego (wystartowali w sobotnie południe, skończyć mieli w południe niedzielne - zwycięzcą został ten, kto dobiegł najdalej). Większość z nich miała już w nogach dobrze ponad 100 km ale wyglądali jeszcze na żywych. Ominęliśmy ich i wspięliśmy się po schodach na zbudowane głównie w XVII wieku mury obronne osłaniające zespół budynków zajętych między innymi przez Muzeum Wojska. Kilkanaście pojazdów i innych dużych obiektów (armaty, haubice ...) można było obejrzeć i sfotografować bez wchodzenia do Muzeum, na co nie mieliśmy, niestety, czasu. Mieliśmy za to czas na podziwianie z tarasu widokowego szeroko rozlanego u podnóża wzgórza Dunaju wraz z wyspami oraz wpadającej do niego w tym miejscu Sawy.
Znajdują się tam również antyczne wykopaliska i katakumby rzymskie, cerkwie, bramy historyczne, grobowce tureckie oraz na stoku wzgórza ogród zoologiczny. Warto na terenie twierdzy spędzić cały dzień, my jednak tyle nie mogliśmy poświęcić.
Po zejściu z wzgórza podeszliśmy do cerkwi katedralnej św Michała Archanioła (I połowa XIX w). Niestety, ze względu na trwające nabożeństwo nie mogliśmy wejść do wnętrza.
Skierowaliśmy się do centrum miasta. I tu właśnie napotkaliśmy poważną przeszkodę: barierki i zwarte szeregi solidnie uzbrojonych i wyekwipowanych mundurowych (rozpoznaliśmy różne służby, między innymi policję, żandarmerię wojskową, oddziały antyterrorystyczne - pełna mobilizacja). Wszyscy mieli tarcze, hełmy, ochraniacze wszędzie, gdzie to możliwe, pałki, broń krótką i długą a w kilku miejscach zauważyliśmy wozy bojowe, między innymi z armatkami wodnymi. Ścisłe centrum miasta, z najważniejszymi budynkami państwowymi było odcięte dokładnie.
Znacznie to zakłóciło zaplanowaną trasę zwiedzania, nie do wszystkich obiektów udało się nam dotrzeć, byliśmy zmuszeni nadłożyć kilka kilometrów, żeby w ogóle coś zobczyć jednak mimo to zobaczyliśmy sporo.
Na Placu Republiki, centralnym placu Starego Miasta, zatrzymaliśmy się pod pomnikiem konnym księcia Michailo, podziwialiśmy budynki Teatru Narodowego i Muzeum Narodowego.
Przeszliśmy przez Skadarliję - najpopularniejszy deptak miasta z licznymi knajpkami, o bogatej tradycji artystycznej.
Zatrzymaliśmy się przy cerkwi św Marka i nawet zajrzeliśmy do wnętrza, niestety ze względu na remont znacznie ograniczonego (główna część wraz z ikonostasem jest zasłonięta przez prowizoryczną ścianę). W parku obok cerkwi usiedliśmy na krótki odpoczynek.
Tu był odpowiedni czas, żeby skontaktować się telefonicznie z polskim konsulatem i zasięgnąć języka na temat aktualnych możliwości powrotu do kraju. Od kilku dni niepokoiły nas wiadomości o zamknięciu wszystkich przejść granicznych między Serbią a Węgrami. Na szczęście pracownik konsulatu uspokoił nas, że autostradą w kierunku Budapesztu przejedziemy bez problemów.
Nieopodal cerkwi napotkaliśmy niezbyt liczną (kilku duchownych i zakonnic prawosławnych oraz garstka osób świeckich) ale głośną (dzięki wsparciu elektroniką) manifestację protestującą przeciw "zboczeńcom". Przez chwilę z daleka widzieliśmy a bardziej słyszeliśmy kolumnę Pride - manifestację gejów, lesbijek, biseksualistów, transwestytów.
Idąc dalej z pewnej odległości zobaczyliśmy cerkiew św Sawy - jedną z najwiekszych cerkwi na świecie. Niestety również ona była poza zasiegiem naszych możliwości czasowych, szczególnie biorąc pod uwagę konieczność obchodzenia strefy zamkniętej.
Posuwając się wzdłuż granicy tej strefy podeszliśmy w pobliże polskiej ambasady - też silnie chronionej.
Dalej, obok głównego dworca kolejowego, przez most na Sawie i nabrzeżem dotarliśmy do przystani, gdzie byliśmy umówieni na rejs po Dunaju i Sawie. Skutkiem zamknięcia centrum miasta była konieczność wydłużenia naszego spaceru o ponad 3 km, tak więc na pokładzie statku z największą przyjemnością skorzystaliśmy z toalety, wygodnych miejsc siedzących i oferty baru. Tak rozluźnieni mogliśmy podziwiać widoki na otaczające nurty rzek okolice.
Po rejsie był jeszcze czas na posiłek w jednej z nabrzeżnych restauracji i wkrótce wsiadaliśmy do naszego autokaru, żeby już nieodwołalnie skierować się w stronę domu.
Nocny przejazd minął bez większych przygód. Tylko na granicy serbsko - węgierskiej zostaliśmy poproszeni przez Węgrów o przejście z dokumentami tożsamości przez salę odpraw, co przyjęliśmy ze zrozumieniem. W słoneczny, choć chłodny poniedziałkowy poranek wróciliśmy do Chrzanowa.
To była piękna i bardzo ciekawa wyprawa, którą będziemy wspominać z przyjemnością.

KP


Beskid Mały i Jezioro Żywieckie 16.08.2015


Dnia 16 sierpnia odbyla sie wycieczka Koła Grodzkiego, w ktorej wzięlo udział 31 członków i sympatyków lubiących spacery w górach.
Wyjątkowe upały, które w tym roku nas nawiedziły nie sprzyjały zbytnio chodzeniu po górach. Na szczęście zaplanowana wycieczka nie była męcząca.
Po wyjechaniu na Przełęcz Kocierską, w Zajeździe mieliśmy krótki odpoczynek przed czekającą nas drogą, ale i tak bylismy już na 750 m wysokości, niebo nieco zachmurzone więc upały nam nie groziły. Trasa prowadziła właściwie po równym terenie, chociaż jedno niewielkie podejście dało nam się mocno we znaki. Widoki ciekawe, po drodze spotkaliśmy rodzinkę dzików- spokojnie czekaliśmy aż przejdą. Na Cisowych Grapach zaczął padać deszcz. Niestety tzw. przetrzymanie nic nie dało więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Zejście z Kościelca okazało się dość trudne; strome i śliskie. Po dojściu do zajazdu "Na Zaporze", małe co nieco dla ciała. Już nie pada i temperatura się podniosła.
Po południu wypływamy w rejs statkiem "Ziemia Żywiecka" po jeziorze. Pełen luz i mimo braku słońca i dużego zachmurzenie, wypoczywamy. Tak miło wspominamy niedzielny "wypad za miasto." A w naszym miescie tego dnia byl potop.

M.O.


Alpy - masyw Dachsteinu 22-26.07.2015


Z kilku propozycji wycieczek wysokogórskich przedstawionych przez Grzegorza wybraliśmy masyw Dachsteinu w Alpach. Program był typowo wysokogórski, więc zapisało się niezbyt wiele osób - jednak wolimy wycieczki lekkie, łatwe i przyjemne. Ale i tak 24 uczestników wyjechało w środowy wieczór w szeroki świat.
Jechaliśmy nieco zaniepokojeni prognozami pogody - zapowiadane były mniejsze lub większe opady i nawet burze. Na pogodę jednak wpływu nie mamy i trzeba było wierzyć, że meteorologom też czasem nie sprawdzają się prognozy.
Po dotarciu do Ramsau pod Dachsteinem zakwaterowaliśmy się w kilku apartamentach, odświeżyliśmy się po nocy w autokarze , zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w góry.
Ponieważ pogoda była niezła a nie było pewności, co będzie następnego dnia, Grzegorz zaproponował przestawienie punktów programu i wyjazd w rejon lodowca na Dachsteinie.
To fizycznie najłatwiejszy dzień, jednak bardzo atrakcyjny. Trzeba podjechać wygodną, choć krętą drogą na obszerny parking przed dolną stacją kolejki gondolowej (1680 m npm), wsiąść do wagonika lub zająć miejsce na jego dachu (jest i taka możliwość) i po kilku minutach jazdy z widokami na pionowe ściany skalne wysiada się na wysokości prawie 2700 m npm. Spory budynek na górze oprócz stacji kolejki zawiera restaurację, bufety, sklepiki z pamiątkami. Wokół budynku jest taras widokowy i to by już było dość atrakcyjne, ale jest tam jeszcze znacznie więcej.
Po wyjściu z budynku można odbyć spacer po lodowcu. Brzmi groźnie, ale jest zupełnie bezpieczne. Trasa dla spacerowiczów jest bardzo starannie przygotowana (wyrównywana ratrakiem) i poza możliwością zamoczenia obuwia (lodowiec w lecie jednak się topi i spływa po nim woda) nie grozi wiele więcej. Wśród licznych spacerujących tam turystów udało mi się dostrzec rodziny z malutkimi dziećmi a także dwie babcie przemierzające trasę w klapkach.
Ale sam lodowiec to nie koniec. Niedaleko od stacji kolejki można wejść na "most do nikąd" - wąską kładkę przerzuconą nad ogromną przepaścią (z wysokimi barierami, oczywiście) oraz do "Lodowego Pałacu" wydrążonego we wnętrzu lodowca z galerią rzeźb lodowych. Można też wybrać się nieco dalej i odwiedzić schronisko Seethaler Hutte (wspaniałe widoki i możliwość posilenia się). Kto ma chęć i nie lęka się ekspozycji (znalazło się w naszej grupie dwóch takich) może wejść na nieodległy wierzchołek Kl. Gjaidstein (2735 m npm). Możliwości turystycznych jest tam jeszcze kilka a nie wspomniałem jeszcze o wielu atrakcjach dla wspinających się. Tomek przetestował trasę zwaną Sky Walk (niedługą, ale emocjonującą).
Ponieważ nad nami a także wokół nas i pod nami przepływały chmury, widoki były różne. Kto trafił na odpowiedni moment, mógł podziwiać z tarasu widokowego lub z innego miejsca potężne ściany Dachsteinu, kto miał mniej szczęścia - widział mgłę. Ale nawet kiedy poniżej nas była warstwa chmur, bywało, że nad nami niebo rozjaśniało się i świeciło słońce.
W sumie można w rejonie lodowca ciekawie spędzić kilka godzin.
Kiedy nadeszła nasza pora (na wjazd i zjazd trzeba mieć załatwioną wcześniej rezerwację z konkretną godziną - Ordnung muss sein) zebraliśmy się i zjechaliśmy na dół. Z parkingu część grupy zeszła do doliny a pozostali zjechali miejskim autobusem.
Po dotarciu do apartamentów i zjedzeniu kolacji nadszedł czas na zajęcia w podgrupach - chyba niezbyt długie ze względu na poprzednią noc spędzoną w autokarze.
Piątkowy poranek powitał nas gęstymi chmurami. Jednak nie padał z nich deszcz, więc wódz zadecydował, że realizujemy ambitny program.
Podjechaliśmy na parking przy Feistererhoff (ok 1200 m npm) i ruszyliśmy w kierunku schroniska Guttenberghaus. Droga nie jest trudna technicznie ale wymagająca wysiłku. Trzeba po prostu cierpliwie piąć się w górę, z początku drogą leśną, potem ścieżką wśród kosodrzewiny a wreszcie zakosami wśród skał.
Na szczęście wraz z upływem czasu chmury, które dość szybko znalazły się poniżej nas zaczęły zanikać, tak więc im wyżej wychodziliśmy, tym piękniejsze mieliśmy widoki.
Wkrótce szliśmy już w pełnym słońcu, zachwycając się wapiennymi ścianami ponad nami i różnobarwnymi kwiatami wokół nas. Kiedy byliśmy już dość wysoko zauważyliśmy kozicę pasącą się nieopodal. Amatorzy fotografowania zapełniali karty pamięci swoich aparatów.
Wreszcie nasz wysiłek został uwieńczony sukcesem - dotarliśmy do schroniska Guttenberghaus (2147 m npm). Tutaj znów młodzi wyczynowcy pognali na pobliskie szczyciki a pozostali odpoczywali na tarasie podziwiając widoki.
Po dłuższym odpoczynku zebraliśmy się, żeby wejść jeszcze nieco wyżej. Ciekawą ścieżką skalną podeszliśmy na przełęcz Feisterer Scharte (2198 m npm).
Stąd można podziwiać zaiste księżycowy krajobraz rozległego, nieznacznie pofałdowanego plateau z bogatą kolekcją form krasowych utworzonych w wapieniach głównie przez wodę. Są tam polja, lejki, żłobki, ponory, zapadliska i wiele jeszcze form powierzchniowych a we wnętrzu masywu oczywiście także jaskinie.
I tu znów grupa podzieliła się. Większość zeszła tą samą drogą do autokaru a kilka osób wybrało się na dłuższą trasę.
Wiodła ona właśnie przez te urzeźbione przez wodę wapienne skały, zrazu bez większych różnic wysokości, potem skrajem gębokiej doliny z jeziorem o wdzięcznej nazwie Seetalsee (po naszemu to będzie Jezioro w Dolinie Jeziora) i wreszcie w dół do kotła polodowcowego Silberkar.
Podczas tego zejścia byliśmy trochę straszeni przez padające pojedyncze krople deszczu i odzywające się w oddali grzmoty. Ale na szczęście na tym się skończyło.
Na dnie tego kotła znajduje się schronisko, gdzie odpoczęliśmy przez chwilę.
Największą atrakcją tego rejonu jest wąski kanion Silberkarklamm, którym wychodzi się z gór.
Z praktycznie bezwodnej kotliny (latem nie płyną tu żadne strumyki) wchodzi się nagle do kanionu, do którego ze ścian skalnych spadają obfite wodospady szybko zapełniając jego dno. Dalsza droga w dół prowadzi kładkami ponad burzliwie płynącym potokiem z licznymi, zapierającymi dech w piersiach wodospadami. Coś pięknego.
A potem pozostało nam już tylko wrócić na kwaterę, gdzie inni dotarli już wcześniej, nawet po wizycie w markecie. Tym razem zajęcia w podgrupach trwały chyba nieco dłużej.
W sobotę znów ruszyliśmy w góry. Po wyjeździe na parking przed dolną stacją kolejki na Dachstein ruszyliśmy szlakiem wzdłuż południowej ściany Dachsteinu. Pierwszy przystanek był przy schronisku o takiej właśnie nazwie Dachstein-Sudwandhutte. Dalej szliśmy bez większych zmian wysokości (około 1800 m npm) ścieżką prowadzącą między głazami, mając po prawej stronie potężną ścianę skalną. Po pewnym czasie zaczęliśmy się wspinać na przełęcz Tor (2033 m npm). Tam zatrzymaliśmy się, żeby odpocząć i podziwiać wspaniałe widoki.
Z przełęczy zeszliśmy do cyrku polodowcowego Windlegerkar zasłanego piargiem. Tu rozdzieliliśmy się - grupa szturmowa skierowała się w górę, pozostali schodzili w stronę parkingu.
Droga w górę była trudna i uciążliwa: zrazu po stromym zboczu zasłanym piargiem, potem kilka odcinków skalnych, zabezpieczonych linami i sztucznymi stopniami. W połowie podejścia zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek i zauważyliśmy, że niedaleko (dzieliło nas nie więcej niż 20 metrów) pod ścianą skalną również odpoczywają trzy kozice. Przyglądaliśmy się im a one nam.
Jeszcze trochę wysiłku i wreszcie wyszliśmy na przełęcz Windleger Scharte (2396 m npm). I znów porcja oszałamiających widoków i znów trójka niewyżytych weszła na najbliższy wierzchołek. Chwila na odpoczynek, kanapkę, kilka łyków wody, sporo zdjęć i trzeba schodzić. A zejście po takim terenie wcale nie jest łatwiejsze.
Jednak wszystko poszło (zeszło) dobrze, bezpiecznie dotarliśmy na dno doliny a potem doszliśmy do parkingu. Najwyższy czas, bo niebo zasnuwało się coraz gęstszymi chmurami i widać było, że deszcz wisi na włosku. Ledwo zdążyliśmy dojechać i dobiec do kwater kiedy rozpoczęła się gwałtowna ulewa.
Ale nam to już nie przeszkadzało, siedzieliśmy wygodnie i bezpiecznie pod dachem. Tym razem wieczorem zajrzał do naszego apartamentu gospodarz - Andy - Anglik, któremu tak spodobało się w Austrii, że osiadł tu, prowadzi pensjonat i wspina się. Sympatyczny.
W niedzielny poranek znów powitało nas pochmurne niebo. Nie było pewności, jak rozwinie się sytuacja, jednak zapadła decyzja o realizacji założonego wcześniej planu. Spora część grupy odłączyła się jednak, by realizować własne, lżejsze plany.
Tak więc przez Filzmoos podjechaliśmy na parking obok schroniska Oberhofalm i stąd ruszyliśmy w góry. Już tu widać było, że pogoda poprawia się i znów będziemy mieli piękny dzień.
Po niezbyt długim podejściu dotaliśmy do następnego schroniska - Kralehenhutte. Tu atrakcją są - oprócz kotów - kucyki pasące się tuż za płotem, w tym najmniejszy z małych źrebak.
Nie było jeszcze po czym odpoczywać, więc po sfotografowaniu wszystkiego ruszyliśmy dalej. Jeszcze trochę wysiłku i dotarliśmy do przełęczy Sulzenhals (1827 m npm).
I tu nastąpiła zmiana pierwotnego planu. Po trzech dniach chodzenia nie czuliśmy zbytniego parcia na wysokość i spoglądając na strome, dość długie i niełatwe podejście na Rotelstein zgodziliśmy się bez dyskusji na propozycję Grzegorza, żeby wybrać wersję łatwiejszą i lżejszą a nie mniej ciekawą.
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w przeciwnym kierunku i weszliśmy na Sulzenschneid (1827 m npm) zwieńczony krzyżem.
Widoki z tego szczytu są znakomite. Zobaczyliśmy między innymi najciekawszy fragment naszej wczorajszej trasy łącznie z przełęczami, które pokonaliśmy. Strome ściany wapienne, ogromne piargi, poniżej zielone doliny, nieskończone pasma gór ciągnące się w każdą stronę aż po horyzont - to niezapomniane widoki. Zachwycaliśmy się nimi dość długo, ale wreszcie trzeba było ruszyć dalej.
Kiedy się weszło na górę - trzeba z niej zejść. Nas to również nie ominęło. Dość stromym stokiem, zakosami zeszliśmy do podnóża ściany skalnej. Dalsza droga, już niżej, ale wciąż w otoczeniu potężnych gór była nadal bardzo atrakcyjna. Dodatkową ciekawostką było spore stado koni, pasących się swobodnie na śródgórskiej hali i pozujących chętnie do zdjęć (gratis).
Jeszcze dość długie zejścia wśród bogato ukwieconych hal alpejskich a potem lasem i dotarliśmy do jeziorka Almsee. Ze względu na niewielką odległość od dwóch schronisk, do których można dojechać samochodami, jeziorko jest bardzo popularnym miejscem spacerów dla miłośników zdobywania gór bez zbytniego zmęczenia. Za chwilę przekonaliśmy się, że ten rejon jest rzeczywiście licznie odwiedzany. W obu schroniskach ruch był duży. Jednak sprawna obsługa umożliwiała posilenie się i uzupełnienie płynów w rozsądnym czasie i dość rozsądnych cenach.
Na pierwszej stronie karty dań schroniska Unterhofalm można przeczytać informację, że należy ono do sieci certyfikowanych lokali promujących tradycyjną lokalną kuchnię oraz dane dotyczące dostawców produktów spożywczych - wszystkich z niedalekiej okolicy. Tak się dba o interes miejscowych rolników. Zresztą dbałość o wysoką jakość produktów spożywczych widać tu na każdym kroku, poczynając od spotykanych we wszystkich dolinach pasących się swobodnie krów.
W czasie, który nam pozostał do odjazdu (bo ta chwila zbliżała się nieubłaganie) zdążyliśmy jeszcze spłukać z siebie z grubsza w pobliskim potoku zmęczenie (mówiąc wprost - pot) z całego dnia.
Kiedy nadeszła pora zajęliśmy miejsca w autokarze i spoglądając po raz ostatni na otoczenie doliny rozpoczęliśmy powrót do domu. Jeszcze w Ramsau zebraliśmy tych, którzy tego dnia realizowali własne pomysły i już nie pozostało nic innego, jak tylko usiąść wygodnie w fotelu autokaru i dać się wieźć naszej maszynie. Przez jakiś czas jeszcze podziwialiśmy widoki na coraz nowe masywy alejskie, ale wkrótce zapadł zmierzch i nawet to się skończyło.
Z kilkoma przystankami, koniecznymi z powodów fizjologicznych i dla bezpieczeństwa (obowiązkowe przerwy na odpoczynek kierowcy) sprawnie i nadspodziewanie szybko dojechaliśmy do Chrzanowa.
I to był koniec wyprawy. Koniec w czasie rzeczywistym. Jednak w naszej pamięci, w pamięci aparatów fotograficznych pozostanie ona na długo, bo była piękna. Te cztery dni, wykorzystane maksymalnie, dzięki sprzyjajacej pogodzie (choć prognozy nie były zachęcające) dały nam mnóstwo wrażeń i przyjemności.

KP


Bieszczady 4-7.06.2015


W dniu 4 czerwca 2015 wyruszyliśmy na wędrówkę po wciąż tajemniczych Bieszczadach. Grupa nasza tym razem była dość liczna, bo ponad 40 osób, ale to tylko świadczyło o ciągle rosnącym zainteresowaniu tymi terenami.
Naszą przygodę z nimi rozpoczęliśmy od zwiedzania Baligrodu a m.in. remontowanej pięknej cerkwi grekokatolickiej i oczywiście symbolu Baligrodu - Czołgu T 34, który stoi na środku rynku. Przy pomniku ofiar mieszkańców Baligrodu zamordowanych przez UPA w 1944 roku, przypomnieliśmy sobie tragizm tamtych okrutnych, mrocznych czasów. Następnym punktem naszej wyprawy było przejście po wymarłych wioskach zamieszkiwanych przez wieki przez ludność grekokatolicką: Żernicy Wyżnej i Żernicy Niżnej. Obie te wioski przestały istnieć po powojennych wysiedleniach. Zostały tylko ślady po minionych czasach: zdziczałe sady i krzyże na cerkwiskach. Na szczęście wsie te wykupił prywatny inwestor, który zadbał o odbudowę cerkwi w Żernicy Wyżnej i kapliczki w Żernicy Wyżnej i nie zniszczył krajobrazu betonowymi budowlami Dziś podziwiać możemy jeszcze jeden kawałek dzikich Bieszczadów. Później przemaszerowaliśmy już trochę przemęczeni przez jedną z ciekawszych bieszczadzkich wsi Bereżnicę Wyżną, gdzie obejrzeliśmy drewnianą cerkiew i przycerkiewny cmentarz. W miejscu naszego noclegu w Górzance braliśmy udział w mszy, która odbyła się w przepięknej dawnej cerkwi (obecnie kościół katolicki). Msze tą odprawił specjalnie dla nas po południu w Boże Ciało wspaniały duszpasterz i przewodnik bieszczadzki ksiądz Bartnik. To dzięki niemu uratowany został unikatowy ikonostas i wyremontowano cerkiew. Po mszy bardzo ciekawie opowiedział nam historię tego miejsca.
Drugi dzień pobytu przywitał nas piękną pogodą. W tym dniu mieliśmy zdobyć Tarnicę. Trasę rozpoczęliśmy w Widełkach i niebieskim szlakiem przeszliśmy pasmem Bukowego Berda na najwyższy szczyt Bieszczad. Z Tarnicy roztaczał się widok na całe Bieszczady dostrzegliśmy nawet sylwetkę Pikuja, szczytu położonego na terenie Ukrainy (najwyższy punkt całych wschodnich i zachodnich Bieszczad). Gdy schodziliśmy z Tarnicy do Wołosatego, po drodze mijaliśmy robotników, którzy montowali drewniane schody na szlaku. Muszę przyznać ze kierowały nami mieszane uczucia co do owych budowli i ich wpływu na krajobraz.
Nutka humorystyczna związana z pobytem w Górzance dotyczyła bułek. Ponieważ miejscowy sklep nie był przygotowany na najazd tylu turystów, rozpoczęliśmy starania o dostawę pieczywa na następny dzień. Na skutek nieporozumienia zamówiliśmy bułki w dwóch miejscach. Efektem tego był to, że w jednym dniu ich brakowało a natomiast w drugim mieliśmy ich mnóstwo. Na szczęście wszyscy uczestnicy wycieczki posiadali poczucie humoru i szybko załapali bieszczadzkie klimaty. Nie narzekali na skromne noclegi w schronisku młodzieżowym, zaopatrzenie i inne niedogodności. I wszystko skończyło się na śmiechu.
W trzecim dniu naszej przygody z Bieszczadami za cel obraliśmy sobie przejście jednego z dzikszych zakątków Bieszczadów Otrytu. Wcześniej oglądnęliśmy drewnianą cerkiew bojkowską w Smolniku. Pierwszy odpoczynek w czasie naszego marszu po Otrycie odbył się w kultowym schronisku Chatka Socjologa. Budynek ten kilkanaście lat temu spłonął. Dzięki uporowi garstki zapaleńców ze środowisk studenckich, którzy własnymi rękami go odbudowali, obiekt ten na nowo odżył i dziś podziwiać możemy wspaniały klimat tego magicznego miejsca. Mieszkańcy tego schroniska pracują teraz na rzecz wybudowania w tym miejscu obserwatorium astronomicznego - nigdzie nie ma tak czystego i gwiaździstego nieba w Polsce jak właśnie w Bieszczadach. Przejście Otrytu zajęło nam kilka godzin. Niebieski szlak prowadził nas przez w bukowy las z zachowanym starodrzewiem. Zeszliśmy do wsi Polana. Po drodze mijaliśmy wypał, gdzie uwijali się czarni od sadzy smolarze wypalający węgiel drzewny. Wieczór zakończyliśmy przy ognisku. Piekliśmy kiełbaski, śpiewaliśmy biesiadne piosenki. Furorę wywołał mieszkaniec Górzanki pan Zenek, który przyłączył się do zabawy i znakomicie rozbawiał towarzystwo. Zabawa przeciągnęła się do nocy, teraz wreszcie mogliśmy podziwiać rozgwieżdżone niebo bieszczadzkie. Nie dziwiliśmy się już, że na Otrycie powstaje obserwatorium.
Czwartego dnia pobytu rano żegnaliśmy się już z gościnną Górzanką. Odwiedziliśmy jeszcze po drodze Solinę. Wielu uczestników wycieczki była tu po raz pierwszy i trudno byłoby przegapić spacer po tamie i kupienie pamiątek na deptaku przy zaporze. Następnym punktem był spacer do cudownego źródełka w Zwierzyniu. Jest to miejsce, gdzie odbywają się pielgrzymki wiernych i czczone jest przez katolików jak i wyznawców kościoła wschodniego. Do kapliczki Krzyża Świętego przy źródełku prowadzi droga krzyżowa położona wzdłuż wijącego się tu Sanu. Wg podania w miejscu tym odnalazł się krzyż, który tak naprawdę pochodził z Francji, liczył wiele wieków i nikt nie umiał powiedzieć, skąd znalazł się w tym miejscu. Nasza przygodę z Bieszczadami zakończyliśmy w miejscowości Zagórz. Przepływa tutaj rzeka Osława, która jest granicą zachodnią Bieszczad. Zwiedziliśmy ruiny klasztoru Karmelitów, gdzie leczyli swoje rany kiedyś weterani wojen. Po pożarze i zniszczeniu klasztoru, w latach powojennych próbowano odbudować jego mury, prace jednak przerwano i dopiero w ostatnich latach rozpoczęto remontowanie pozostałych murów. Piękną okolicę, przełom Osławy i park wokół klasztoru podziwialiśmy z wieży widokowej na terenie ruin. Do parkingu prowadziła piękna droga krzyżowa wykonana przez lokalną społeczność.
Zakończyliśmy wspaniałą przygodę z Bieszczadami. Ci którzy zarazili się tym miejscem, pokochali te klimaty i ludzi, którzy tu mieszkają, już wiedzą - muszą TU WRÓCIĆ ZNÓW.

Waldek Piekarczyk


Jesioniki 25-26.04.2015


W dniach 25-26.04 2015 odbyła się wycieczka Koła Grodzkiego, której celem były Jesioniki, góry w Czechach. Wzięło w niej udział 18 uczestników.
Celem 1 dnia było zdobycie najwyższego szczytu Jesioników , Pradziada -1491mnpm.Po przyjeździe do Karlowych Studzienek okazało się że właśnie trafiliśmy na autobus do Owczar, skąd rozpoczęliśmy zdobywanie szczytu. Pogoda była piękna, ale zbocza góry przykrywał mokry śnieg ,który utrudniał nieco marsz. Szczyt góry przywitał nas wspaniałymi widokami. Skorzystaliśmy z odpoczynku w budynku wieży ,która mieści hotel ,bufet i restaurację oraz platformę widokową. Wieża ma wysokość 145m .Widok wieży będzie nam towarzyszył jeszcze długo w tym dniu. Dalej wyruszyliśmy w stronę Czerwonogórskiej Przełęczy. Następny odpoczynek odbył się w uroczym schronisku Szwajcaria .Nazwa ta wywodzi się od narodowości pierwszego prowadzącego to schronisko .Tereny te jak i sam budynek schroniska należał do roku 1945 do rodu Liechtensteinów . Dalsza trasa wiodła przez gąszcze kosodrzewiny aż do samej przełęczy ,gdzie czekał na nas Bus. Po drodze do miejsca noclegu zwiedzaliśmy bardzo ciekawą restaurację w miejscowości Rejviz. Najstarsza cześć tej restauracji powstała w 18 w .Na początku wieku właściciele przyozdobili oparcia krzeseł wizerunkami twarzy klientów. Obecni właściciele dalej kontynuują tą oryginalną tradycję. Wieczorem dotarliśmy do Pokrzywnej ,gdzie czekał na nas obiad i wygodny nocleg w hotelu Chrobry. Budynek, który pamiętał czasy Funduszu Wczasów Pracowniczych -był jednak i bardzo czysty i przyjemny.
Następnego dnia wyruszyliśmy z pod budynku czerwonym szlakiem na Biskupią Kopę .To najwyższy szczyt Gór Opawskich ,które należą do pasma Jesioników i w większości położone są po polskiej stronie. Pogoda dopisywała i dopiero przy końcu trasy złapał nas lekki deszcz. Na szczycie znajduje się wieża wybudowana w 50 rocznice panowania Cesarza Franciszka Józefa w 1898 roku. Wieża posiada platformę widokową, skąd rozpościera się piękna panorama Jesioników , Zbiornika Nyskiego, Gór Złotych i Gór Sowich. Całość psuje trochę widok rozkopanego terenu budowy schroniska. Prace trwają już wiele lat i ciągle nie widać końca.
Po zejściu do Przełęczy Petrove Boudy podjechaliśmy do Złotych Hor aby zrobić ostatnie zakupy po czeskiej stronie. Uderzyła nas, że miasteczko wyglądało na całkowicie wyludnione ,tylko kilka osób spacerowało po ulicach. Doszliśmy do wniosku ze Czesi jednak wolą spędzać czas w zaciszu domowym lub w pobliskich kawiarniach. Teraz skok na naszą stronę i zwiedzamy Głogówek. Miastecko to zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie-zadbane, czyste i posiadające przepiękne zabytki. Zwiedziliśmy XIII wieczny kościół św. Bartłomieja Apostoła z kaplicą Oppersdorfów - właścicieli i dobroczyńców Głogówka., Zobaczyliśmy kościół Franciszkanów-gdzie hrabia Jerzy Oppersdorf wybudował replikę Domku Loretańskiego na wzór Świętego Domu Matki Bożej w Loreto. Na końcu zwiedziliśmy ruiny zamku Oppersdorfów , dawną siedzibę Piastów Śląskich, gdzie przewodnikiem był miejscowy opiekun ruin- postać ,która od razu zyskała sympatię wśród zwiedzających. Nasz informator ,który tego popołudnia był już prawdopodobnie po kilku głogowskich piwkach- bardzo sumiennie wywiązał się ze swojej roli. Doskonale przekazał nam ciekawostki z tego zamku. Tutaj znalazł schronienie przed Szwedami dwór króla Jana Kazimierza. Tutaj tez powstała IV Symfonia Ludwiga Van Beethovena ,którą napisał mistrz dla Franciszka Oppersdorfa z wdzięczności za udzieloną pomoc .Przykro było patrzeć na niszczejące ruiny zamku, którego ślady wspaniałości mogliśmy oglądać. Z wiarą ze kiedyś ktoś odbuduje miejsce tak bardzo związane z naszą historią, żegnaliśmy naszego przewodnika ,który strzegąc tego miejsca przed złomiarzami i wandalami -został w naszej pamięci jako "Pan na Zamku. ". Dzięki bardzo sympatycznemu panu kierowcy za kilka godzin dotarliśmy bezpiecznie i spokojnie do domu, obiecując sobie ze kiedyś tu znowu wrócimy.

WP


Feeria barw i form, czyli .. Amsterdam 30.03 - 1.04.2015


Nie wyobrażam sobie innego tytułu relacji z tej wycieczki. Oczywiście o wszystkim będzie trochę w chronologicznym porządku, ale impresja z ogrodów Keukenhof musi być na początku.
Koło PTTK przy UTW w Chrzanowie proponując temat wycieczki nie spodziewało się takiego nią zainteresowania zewnętrznego, raczej liczyliśmy "na swoich". Stało się inaczej, a zainteresowanie przerosło wszelkie oczekiwania, łącznie z jedną z najdłuższych listą rezerwową! Mało tego, nie było osób niezadowolonych, same tylko "ACHY", chociaż przytrafił się raczej smutny przypadek, ale o nim sza!, a przestroga pozostaje - kieszonkowcy są wszędzie, szczególnie w pobliżu szlifierni diamentów.
Ale ad rem! Chrzanów żegnał nas nadejściem "pory deszczów, wiatru i podobno potężnej burzy". Ale i tak od wiatrów nie uciekliśmy, od deszczów na głowę padających raczej tak, burzy nie było, ale sztorm, deszcz i . przeciekający w hotelu dach spowodował wczesnoporanną pobudkę w jednym z pokojów na 3-cim piętrze. Ponoć był mały prysznic o 4 rano! Ale to już wszystkie ciemne strony, bo można aurę uznać za w miarę sprzyjającą, a spacer w słońcu, przy bezchmurnym niebie, po cudnych ogrodach Keukenhof pozostawił ślady na każdej twarzy. I nie były to tylko wypieki emocjonalne!
Wycieczka jak zwykle rozpoczęła się od spraw porządkowo-organizacyjnych, po czym zostaliśmy uraczeni dużą porcją wiedzy o historii nadmorskiego i mocno depresyjnego państwa - przewodniczka, pani Joanna Macuda, po raz kolejny okazała się świetnie przygotowaną przewodniczką. Film o królowych holenderskich Wilhelminie, Julianie i Beatrix oraz o obecnym królu Wilhelmie-Aleksandrze (pierwszy król po 123 latach panowania królowych) przybliżył nam dynastię Oranje-Nassau. Szczególną postacią wśród tych królowych była Wilhelmina, o której "Churchill mawiał, że jest to jedyny prawdziwy mężczyzna wśród przedstawicieli rządów na wychodźstwie w Londynie" (w czasie II WŚ). Warto sięgnąć choćby do Wikipedii i poczytać o nich.
Początek wycieczki to - jakżeby inaczej - farma serów i . sabotów, z dowcipnym frezerem (tokarzem?) w drewnie. Opowieść o produkcji słynnych holenderskich serów i sabotów, możliwość zakupu tychże oraz towarzyszący fermie krów "aromat" dokumentowało fakt, że Holendrzy, jak sami o sobie też mówią, to "wieśniacy". Proste jadło, prości ludzie, proste . wszechobecne rowery.
I takim właśnie "rowerowym corso" przywitał nas Amsterdam, oprócz wiatru, ale bez deszczu. Podobno w Amsterdamie jest 800 tys. mieszkańców i 600 tys. rowerów. Jeśli zajrzycie na zdjęcia do "Galerii" - zobaczycie - one są wszędzie, i wszędzie mają pierwszeństwo.
Co jest najsłynniejsze w Amsterdamie? Oczywiście szlifiernie diamentów! I od tego zaczęliśmy. Podejrzewam, że wszyscy byli w lekkim szoku, kiedy pani (Polka) z asystentką i ochroniarką przed rozpoczęciem prezentacji w specjalnym pokoju poinformowała nas, że znajdujemy się pod zamknięciem, obserwowani przez kilka kamer, i jeśli ktoś ma zamiar . wyjść . to przed rozpoczęciem prezentacji. A potem kilka "świecidełek", przy których niektórym Paniom oczy też się zaświeciły, w cenach od kilkuset do kilkuset tysięcy EUR.
Po wyjściu (wypuszczono nas bez rewizji!) spotkanie z panią Moniką Doroszkiewicz, miejscowym przewodnikiem (wydala się za .. Holendra, czasem kojarzy jej się ze Szkotem) i zwiedzanie muzeum. Przy Placu Muzealnym znajduje się kilka muzeum. Zwiedziliśmy najsłynniejsze z nich - Rijksmuseum (Muzeum Królewskie lub Narodowe) z dziełami takich mistrzów holenderskich jak Rembrandt van Rijn, Jan Vermeer, Jan Steen, Marten van Heemskerck, Lucas van Leyden, Hendrick Avercamp, Frans Hals, a także innych mistrzów holenderskich i europejskich. Potem dla chętnych przejście do muzeum Vincenta van Gogha, gdzie na trzech piętrach ekspozycji można było obcować z tym niesamowitym impresjonistą.
Innych nieco emocji i wrażeń dostarczyła przejażdżka łodzią wycieczkową po kanałach amsterdamskich, skąd można było obserwować różnorodność architektury zarówno "lądowej" jak i "nakanałowej". Wiele jest tam barek lub pływających platform zamienionych na mieszkania, niektóre nawet w wysokim standardzie.
Potem spacer po mieście w celu lepszego "zaciągnięcia się" (niekiedy dosłownie) jego klimatem, szczególnie już przy zapadającym powoli zmroku. No, powiem Wam, ciekawie było! Oj ciekawie!
A potem Hotel Campanila, standard znany nam z Wilna. Naprawdę fajny, ze smacznym i obfitym śniadaniem. Niestety też ze wspomnianą nocną przygodą spowodowaną niesamowitym wiatrem i silnym deszczem. Ale nikt nie utonął.
Wyspani, pojedzeni, raczej zadowoleni wyruszamy do Keukenhof, ogrodu unikalnego i nieprawdopodobnego. Tylko parę danych - najpiękniejszy wiosenny ogród świata, 32 hektary, 15 km ścieżek pieszych, 7 mln wysadzonych cebulek, 50 mln zwiedzających corocznie, pawilony tematyczne - cudowne orchidee, storczyki w Beatrix, tulipany, hiacynty, lilie i amarylisy u Wilhelma Aleksandra, niesamowite frezje z Vincentem w Oranje-Nassau, tulipanomania u Juliany. To było tak piękne, że słów mi brak. Znam ich zbyt mało. Opisać się nie da! To trzeba zobaczyć, przeżyć. Żadne słowo nie jest w stanie oddać tej feerii kształtów, barw, zapachów, aranżacji! Zobaczcie te parę zdjęć w galerii, zobaczcie w swoich aparatach (na ekranie kompa jeszcze fajniejsze), popatrzcie na stronie internetowej www.keukenhof.nl i . jedźcie!!! I niech Wam dopisze słońce tak jak dopisało nam! A jeżeli poziom wody będzie niższy, to i łódką warto opłynąć ogrody. I kupicie cebulki. Ręczę! Optymalny termin - może tydzień lub dwa później.
Na zakończenie podziękowania - przewodniczkom - pani Monice ale przede wszystkim pani Joasi oraz kierowcom - panom Wiesiowi i Jurkowi. Dziękujemy za świetną jazdę w tych trudnych wietrznych warunkach.

A.K.


Włochy na rowerach - Prima Aprilis 29.03.2015


Od wielu lat wybieramy się pierwszego kwietnia lub w pobliżu tej daty na wycieczkę w niby dalekie kraje. Tym razem zaplanowaliśmy wycieczkę do Włoch. Ładne hasło a znaleźliśmy Włochy pod Pińczowem, więc można tam pojechać na jeden dzień i niezbyt drogo. A dodatkowo zaplanowaliśmy trasę rowerową, żeby także kolarze mogli zobaczyć kawałek świata.
Prognozy pogody na kilka dni przed wycieczką były nienajlepsze a nawet całkiem złe (deszcze i zimno), więc kolarzy zebrało się tylko czworo, ale krajoznawców chętnych na wycieczkę autokarową było blisko 30, więc pojechaliśmy razem (z rowerami w bagażniku autokaru).
Obie grupy zaczęły wycieczkę w Wiślicy - miejscowości, obecnie niepozornej, jednak o niezwykle bogatej historii, z zachowanymi zabytkami z okresu prawdopodobnie sprzed oficjalnego chrztu Polski, z XIV-wieczną kolegiatą Narodzenia Najświętszej Marii Panny i Domem Długosza z 1460.
Po obejrzeniu kolegiaty (także wewnątrz) pożegnaliśmy autokarową część grupy i ruszyliśmy na rowerach w stronę Buska Zdroju i dalej - Włoch i Pińczowa. W planie był przejazd bocznymi drogami i ścieżkami oznakowanymi niebieskim szlakiem pieszym (z niewielkimi odchyleniami do szlaku).
Tuż za Wiślicą podjechaliśmy pod kościół św Wawrzyńca (I poł XVI w) w Gorysławicach. Niestety, kościółek był zamknięty i mogliśmy go zobaczyć tylko z zewnątrz. Następnym punktem na naszej trasie był Chotel Czerwony (tak właśnie pisany, przez "ch"). Na gispowym wzgórzu stoi tam gotycki kościół św Stefana Króla i św Bartłomieja z XV w. Samo wzgórze jest też niezwykle ciekawe: na zboczach odsłonięte są warstwy gispu z pięknie ukształtowanymi kryształami.
Dalej szlak prowadził nas przez Brzezie, gdzie po starym młynie pozostały, niestety, tylko ruiny. Za to atrakcją jest tam kładka nad potokiem Maskalisa - dla piechurów zupełnie wystarczająca, ale dla kolarzy stanowiąca małą przeszkodę. Trzeba napiętej uwagi, żeby przeprowadzić rower po dwóch belkach leżących nad potokiem. Ale udało się i pojechaliśmy dalej.
A po 5 km dojechaliśmy do Skorocic. Tam właśnie jest jeden z najciekawszych rezerwatów na Ponidziu. Woda wyżłobiła tu w gipise wąwozy, groty i inne formy krasowe. Weszliśmy do wyżłobionej przez potok Skorocicki jaskini. Bez solidnej latarki i specjalistycznej odzieży (chroniącej przed wodą i błotem) można spenetrować tylko jej niewielką część, ale i to jest niezwykle ciekawe.
Dalej jechaliśmy na północ, w stronę Buska Zdroju. Przebieg szlaku został tu jakiś czas temu zmieniony w stosunku do zaznaczonego na mapie. Wydawało mi się, że mam mapę dość nową (wydanie z 2005 r) a ona jest po prostu nieużywana. W terenie przybyło także sporo szlaków rowerowych, których na mapie nie mam. Ale jakoś trzeba sobie radzić, teren nie jest trudny orientacyjnie. Trafiliśmy wszędzie, gdzie chcieliśmy, tyle tylko, że jazda na rowerze szlakami pieszymi nie zawsze jest wygodna - są one prowadzone często drogami leśnymi, błotnistymi, rozjeżdżonymi, czasem kamienistymi. Trafiliśmy także na odcinek poprowadzony torem kolejowym (nieczynnym, oczywiście). Dla piechura to żaden problem, ale przejechać tam na rowerze to spory wyczyn.
Jeszcze przed Buskiem zatrzymaliśmy się w Chotelku Zielonym, przy kościele św Stanisława z 1527 r. Kościółek jest unikatem na tym terenie - został zbudowany z drewna. W wyposażeniu jest kilka ciekawych elementów, między innymi późnogotycji tryptyk, gotycki krucyfiks, renesansowy ołtarz.
I już wkrótce dojechaliśmy do Buska Zdroju. Odwiedziliśmy tu kościół św Brata Alberta, Park Zdrojowy z sanatorium Marconi, kaplicę św Anny, kościół Bożego Ciała, Rynek, kościół Niepokalanego Poczęcia NMP, drewnianą kaplicę cmantarną św Leonarda. Odpoczęliśmy chwilę w Parku Zdrojowym wystawiając twarze do słońca.
Z Buska Zdroju skierowaliśmy się na zachód - w stronę Pińczowa.
Po drodze, po pokonaniu dwukilometrowego odcinka toru kolejowego zatrzymaliśmy się na chwilę w Grochowiskach, przy pomniku upamiętniającym bitwę stoczoną przez powstańców styczniowych pod dowództwem Mariana Langiewicza 18.03.1863 r.
Jeszcze 10 km przejechanych lasami i już dojechaliśmy do Włoch. Właściwie oprócz tablic z nazwą miejscowości nie ma tu nic z tych Włoch, o których najczęściej myślimy słysząc to słowo, ale po to tu przyjechaliśmy, żeby się sfotografować przed tablicą z nazwą.
I pozostało nam tylko kilka ruchów pedałami, żeby znaleźć się w Pińczowie. Tu mieliśmy chwilę na wejście do kościoła św św Janów Apostoła i Ewangielisty, do Muzeum i do Tawerny.
Potem, po załadowaniu rowerów do bagażnika autokaru, już wspólnie z krajoznawcami autokarowymi wróciliśmy do Chrzanowa.
Pogoda dopisała wyjątkowo - było ciepło, słonecznie, trasa była ciekawa, bogata w atrakcje krajoznawcze, dość łatwa i nie za długa (niecałe 50 km) - wróciliśmy z niej bardzo zadowoleni.

KP


Pieniny Spiskie 21.03.2015


Końcem zimy postanowiliśmy odwiedzić Polski Spisz, gdzie bywa się rzadko, a szkoda. Szczególnie przejście grzbietem Pienin Spiskich jest atrakcyjne a mało popularne.
Wycieczkę zaczęliśmy od zwiedzenia zbudowanego w 1567 r kościoła św Elżbiety w Trybszu. Ten niepozorny kościółek jest unikalny przynajmniej z dwóch powodów: jest budowlą drewnianą, co na Spiszu jest wielką rzadkością a ponadto jego wnętrze ozdobione jest bogato polichromiami z 1647 wymalowanymi z inicjatywy proboszcza ks Jana Ratułowskiego. Liczne sceny biblijne miały przybliżać prostemu ludowi prawdy wiary. Tłem Wniebowzięcia Maryi jest krajobraz pieniński z zamkami w Czorsztynie i Niedzicy oraz widok na północną stronę Tatr Bielskich. Jest to pierwsza panorama Tatr Bielskich od strony północnej i najstarsza z zachowanych panoram tatrzańskich. Inne sceny to Sąd Ostateczny, z postaciami Chrystusa, Matki Boskiej, św. Jana Chrzciciela i innych świętych - zbawionych aniołowie prowadzą do raju, a potępionych porywają diabły. Tam też na horyzoncie zaznaczone są tatrzańskie szczyty.
Po zwiedzeniu kościółka przejechaliśmy do Łapsz Wyżnich i ruszyliśmy na trasę. Po niedługim podejściu osiągnęliśmy jedną z kulminacji Grandeusa (795 m npm). Widoczność była dobra, mogliśmy więc podziwiać rozległą panoramę: na południu Magury Spiskiej z Kuraszowskim i Pawlikowskim Wierchem, dalej Tatr Bialskich i Wysokich, na wschodzie Pienin z Trzema Koronami, na północy Gorców. To było pierwsze w tym dniu miejsce z tak piękną panoramą, ale nie ostatnie.
Dalej, omijając Dursztyn, przeszliśmy przez Czarną Górę (tu znów zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę dla odpoczynku i pięknych widoków) na najwyższy szczyt Pienin Spiskich - Żar (879 m npm). Po drodze było trochę błota, trochę mokrego śniegu, ale dało się przejść. Zresztą dalej było pod tym względem podobnie.
Z Żaru kierowaliśmy się tak, jak wiódł czerwony szlak, w stronę Niedzicy. Jeszcze raz, poniżej Cisówki zatrzymaliśmy się na polanie, aby nasycić oczy widokami gór.
I już wkrótce doszliśmy do Niedzicy. Tu w planie było tylko odwiedzenie jednej z restauracji dla wzmocnienia się i uzupełnienia płynów. Zamek, zaporę zwiedzaliśmy już wielokrotnie, pływaliśmy także po zalewie, więc te atrakcje pominęliśmy.
Po zakończeniu konsumpcji zebraliśmy się na parkingu i ruszyliśmmy w drogę do Chrzanowa.
Oczywiście, na to, że będziemy mile wspominać tę wycieczkę miała ogromny wpływ pogoda: słoneczne niebo, niezła przejrzystość powietrza, przyjemna temperatura. Ale i wybór trasy - niezbyt wyczerpującej a oferującej wiele miejsc widokowych - był doskonały.

KP


X Spotkanie Przy Miedzy Przewodników PTTK 14.03.2015




Kraków 10.03.2015


Koło PTTK przy chrzanowskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku co roku organizuje dla swoich członków (i nie tylko) wycieczkę do Krakowa. Tym razem wybraliśmy się zwiedzać dawną stolicę Polski w pierwszej połowie marca. Może da się wymyśleć lepszy termin na wyjazdy turystyczne, ale nie można przecież całej zimy przesiedzieć w domu. A pogoda była niezła, w programie głównie atrakcje pod dachem, więc zebrał się prawie pełen autokar (44 osoby).
Zaczęliśmy od zwiedzenia najstarszego w Polsce (od 1783 r) Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Latem jest tam, oczywiście, znacznie piękniej, kolorowo do kwitnących kwiatów, ale i tak zobaczyliśmy sporo: na klombach pierwsze kwiaty wiosenne, w oranżeriach wielkie bogactwo roślin egzotycznych, łącznie z kwitnącymi a także owocującymi (pomarańcze, cytryny ...). Pracownicy naukowi ogrodu oprowadzili nas, przedstawiając najciekawsze okazy zarówno pod szkłem, jak i na otwartym terenie. Było ciekawie ale na pewno przyjedziemy tu jeszcze latem.
Po spacerze w Ogrodzie Botanicznym przeszliśmy ulicą Kopernika (ulica klinik i kościołów) na Rynek Główny.
Mieliśmy tu zarezerwowane wejście do Podziemi Rynku. Ekspozycja "Śladem europejskiej tożsamości Krakowa - szlak turystyczny po podziemiach Rynku Głównego" oparta na pracach przeprowadzonych w tym miejscu w latach 2005 - 2010 w niezwykle atrakcyjnej formie prezentuje niektóre z ważnych aspektów historii Krakowa ze szczególnym uwzględnieniem roli Rynku.
Możliwość bliskiego kontaktu z materialnymi świadkami czasów sprzed wieluset lat, rzucającymi niejednokrotnie zupełnie nowe światło na dotychczasowe opinie naukowe na temat historii Krakowa, przemyślana koncepcja ekspozycji, zastosowanie współczesnych środków technicznych uatrakcyjniających odbiór treści - wszystko to sprawia, że wizyta w tym oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa jest ogromną atrakcją.
Po wyjściu na powierzchnię był czas na własne zajęcia na Rynku, albo i nieco dalej. Można było skorzystać z oferty którejś z okolicznych restauracji lub kawiarni, zajrzeć do kościoła Mariackiego lub po prostu posiedzieć na ławeczce na Rynku spokojnie chłonąc atmosferę tego wyjątkowego miejsca.
Ale to jeszcze nie koniec programu wycieczki. Na wieczór zaplanowana była wizyta w Teatrze Bagatela na spektaklu "Wieczór kawalerski". Jest to ciesząca się niesłabnącą od 1994 popularnością komedia uznanego brytyjskiego dramaturga Robina Hawdona, doskonałe połączenie erotyzmu i humoru sytuacyjnego, błyskotliwości i alogiczności, nieoczekiwanych zbiegów okoliczności oraz zawrotnego tempa.
A po spektaklu - no cóż, nadszedł wieczór, zapadł zmrok i trzeba było wracać do domu.
To był ciekawy, urozmaicony dzień.

KP


Babia Góra 08.03.2015


Od kilkunastu już lat jeździmy około 8 marca na Babią Górę - przy okazji Dnia Kobiet.
W tym roku niedziela była akurat 8 marca i pojechaliśmy właśnie w tym dniu. Na początku były życzenia, były słodycze dla Pań a potem była piękna pogoda, wspaniałe warunki - prawda, zimowe, ale doskonałe do wędrówek - i piękna trasa.
Znów podchodziliśmy od Przełęczy Lipnickiej, ale nikt nie narzekał. Idąc tą trasą dość szybko wychodzi się ponad górną granicę lasu i długo idzie się grzbietem - przez Sokolicę, Kępę, Gówniak - podziwiając rozległe widoki.
Już od miejsca przygotowanego na odpoczynek na Sokolicy zachwycaliśmy się wspaniałymi widokami. A im wyżej, tym więcej było widać.
A już na szczycie panorama zapierała dech w piersiach: na południu, oczywiście, za Orawą - Tatry, nieco bardziej na zachód - Góry Choczańskie z Wielkim Choczem, w tle Niskie Tatry, Wielka Fatra, bliżej Magura Orawska. Na zachodzie dominowało Pilsko, a w prawo do niego Romanka, głębiej pasmo Baraniej Góry ze Skrzycznem, jeszcze dalej Magura, Klimczok. Bliżej Kotlina Żywiecka z Zalewem Żywieckim, jeszcze bliżej Pasmo Pewelskie, Pasmo Jałowieckie. Na północy - długi wał Beskidu Małego, u podnóża Zawoja a dalej w kierunku wschodnim - Pasmo Polic. To tylko dość ogólny opis tego, co dało się widzieć z wieloma szczegółami.
Korzystając z pięknej pogody zatrzymaliśmy się na szczycie nieco dłużej. Znów były życzenia dla kobiet - także od pttkowców z Anrychowa (spotykamy się z nimi na Babiej już od wielu lat) i z Krosna (przyjechali tu w tym terminie po raz pierwszy, ale chyba będziemy sie spotykać częściej, bo mają ciekawe propozycje), był spacer po śniegu boso. Podziwialiśmy krośnieńskie turystki, które na szczycie zaprezentowały pokaz mody sprzed stu lat. Było pięknie, radośnie i dość tłumnie (ale bez przesady).
Ale nawet najpiękniejsze chwile kiedyś się kończą - trzeba było zejść ze szczytu. Niektórzy z uczestników zeszli nieco wcześniej na Bronę, by wejść dodatkowo na Małą Babią. Pozostali spokojnie zeszli na przełęcz i dalej do schroniska na Markowych Szczawinach.
A tu mieliśmy czas na oddech, posiłek, uzupełnienie płynów w organizmie i nawet na wystawienie twarzy do Słońca - to już przed schroniskiem.
Kiedy nadszedł czas ruszylliśmy czarnym szlakiem w dół - do Zawoi. Przez las babiogórski doszliśmy do drogi, gdzie na parkingu czekał juz na nas Wiesiek w swoim autokarze. Jeszcze ostatnie spojrzenie w tył - na potężny masym Babiej, gdzie byliśmy tak niedawno i ruszamy do Chrzanowa.
Wycieczka była piękna. Babia Góra zawsze jest atrakcyjna, ale przy idealnej pogodzie, jaką mieliśmy - to prostu cud.

KP


Szyndzielnia (1028 m npm), Klimczok (1117 m npm) 01.03.2015


Na Szyndzielnię i Klimczok mamy blisko, więc odwiedzamy je dość często. Ale zawsze warto tam pójść, dla spaceru po górach, dla widoków.
W pierwszą marcową niedzielę 2015 roku wybraliśmy się właśnie w ten fragment Beskidu Śląskiego. Pojechało nas 27 osób.
Na parkingu w pobliżu dolnej stacji kolejki gondolowej na Szyndzielnię odbyła się skromna część oficjalna imprezy. Prezes zarządu koła Grodzkiego wręczył nagrody dla dwóch spośród najwierniejszych uczestniczek wycieczek tego koła w 2014 roku - Małgorzaty Cyganik i Teresy Kulińskiej a prezes zarządu Oddziału wręczył legitymacje nowym członkiniom PTTK. Witamy wśród turystów chrzanowskich Agnieszkę, Halinę i Elżbietę.
Potem nastąpił podział grupy: pięć osób, które chciały poruszać się trochę więcej, ruszyło szlakiem na szczyt, pozostali uczestnicy skierowali się do dolnej stacji kolejki.
Piechurzy przeszli przez Dębowiec, gdzie zatrzymali się na chwilę, by spojrzeć na rozciągające się w dole Bielsko - Białą i dalej czerwonym szlakiem do góry.
Szliśmy dość szybko, żeby korzystający z kolejki towarzysze podróży nie musieli na nas zbyt długo czekać, jednak zawsze znalazła się chwila na złapanie oddechu, spojrzenie wokół, podziwianie zaśnieżonego lasu.
Po dojściu do schroniska PTTK na Szyndzielni spotkaliśmy się z tymi, którzy dotarli tam korzystając ze wsparcia technicznego. Tu był czas na odpoczynek, kubek herbaty, kanapkę.
W schronisku widzieliśmy przygotowania do nadchodzącego wieczornego finału 17 Bielskiej Zadymki Jazzowej. To tu właśnie koncertem czeskiej grupy Mydy Rabycad miała się kończyć ta, trwająca od tygodnia, impreza.
Kolejnym celem był Klimczok. Nieodległy, łatwo dostępny szeroką drogą umożliwia spojrzenie na położone po przeciwnej stronie doliny Żylicy Skrzyczne, na Kotlinę Żywiecką i spore fragmenty Beskidu Żywieckiego. Niestety zamglenie ograniczało widoczność i nie widzieliśmy Pilska, Babiej Góry ...
Jeszcze krótkie zejście i trafiliśmy do kolejnego schroniska PTTK. Nazywane "Klimczok" w rzeczywistości zlokalizowane jest na stoku Magury. W jego gościnnych progach odetchnęliśmy nieco dłużej, zjedliśmy i wypiliśmy małe co-nieco. Mieliśmy dość czasu na spokojne zrobienie kilku pamiątkowych zdjęć przed schroniskiem.
Podczas zejścia do Szczyrku znów mieliśmy okazję podziwiać wznoszące się naprzeciw Skrzyczne.
Zatrzymaliśmy się w sanktuarium Matki Boskiej Szczyrkowskiej "Na Górce". Weszliśmy do kościoła, zaczerpnęliśmy wody z cudownego źródełka.
W centrum Szczyrku znów zrobiliśmy sobie wolne. Można było ten czas wykorzystać na wizytę w kościele św Jakuba (niestety zamkniętym), spacer pod skocznię wreszcie na wizytę w jednym z licznych lokali gastronomicznych.
W najbliższej Karcmie u Kroćpoka spotkali się uczestnicy naszej wycieczki z grupką turystów z chrzanowskiego oddziału PTT, którzy zeszli z Beskidu Węgierskiego. Nie chcę tu robić reklamy tej czy innej karczmie, ale niektóre dania (same z siebie smaczne) podawane są tam w nadzwyczajnie smacznym chlebku.
Kiedy nadeszła pora, zebraliśmy się na parkingu (akurat odjeżdżał stąd busik z grupką z PTT - pomachaliśmy sobie na pozdrowienie), zajęliśmy miejsca w autokarze i wróciliśmy do Chrzanowa.
To była kolejna udana wycieczka, przy sprzyjającej pogodzie.

KP


Rusinowa Polana 22.02.2015


Na zimę - kiedy rzadziej chodzi się po górach i człowiek niezbyt rozruszany a i warunki mogą być gorsze - wycieczka na Rusinową Polanę w Tatrach jest świetnym pomysłem. Trasa jest łatwa, niezbyt długa i niemęcząca a jest tam po co pójść, bo widoki z tej polany są wspaniałe.
No więc w kolejną lutową niedzielę wybraliśmy się właśnie na Rusinową Polanę.
Spora, jak na zimę, 35-osobowa grupa wyjechała rankiem z Chrzanowa kierując się w stronę Tatr.
Już dojeżdżając do celu podziwialiśmy przybliżające się z każdą minutą góry. Błękitne niebo z niewieloma cirrostratusami zapowiadało ładny dzień.
Dojechaliśmy do przystanku Wierch Poroniec i ruszyliśmy na trasę. Droga wznosi się tu łagodnie, jest licznie uczęszczana przez turystów, więc przedeptana. Te liczne stopy, które przeszły przed nami wyślizgały ubity śnieg, tak, że podchodząc trzeba było bardzo uważać. Wkrótce doszliśmy na Polanę i zachwyceni podziwialiśmy widoki. Widać było dokładnie wszystko od Tatr Bialskich przez Jagnięcy, Lodowy, Gierlach, otoczenie Morskiego Oka po Wołoszyn.
Ale to jeszcze nie koniec naszej drogi. Po kilkunastu minutach odpoczynku ruszyliśmy dalej, w kierunku Gęsiej Szyji. Lepiej wyekwipowani, którzy założyli na polanie raki, szli spokojnie, pozostali znów musieli uważać na poślizgi.
Podejście na Gęsią Szyję, z początku dość strome, potem nieco łagodnieje. W sumie bez pośpiechu wychodzi się tam w czasie poniżej godziny.
A ze szczytu widać jeszcze więcej. Pokazuje się tu duży fragment Tatr Zachodnich z Giewontem i Kasprowym Wierchem a na północnym zachodzie - Babia Góra.
Tu znów posiedzieliśmy chwilę, fotografowie zrobili sporo zdjęć, ktoś tam coś zjadł i już trzeba było wracać.
Spokojnie, bez pośpiechu zeszliśmy na Rusinową Polanę i znów można było usiąść twarzą do słońca i oddać się błogiej bezczynności.
Było pięknie, spokojnie i tylko od czasu do czasu przykrym zgrzytem był warkot silnika krążącego nad okolicą policyjnego śmigłowca. Później dowiedzieliśmy się, że przez cały dzień trwały poszukiwania dwóch turystów, którzy nie dotarli do miejsca noclegu. Jeszcze później okazało się, że ich ciała odnaleziono w pobliżu Wielkiej Siklawy.
Siedząc tam rozmawialiśmy też o śmiertelnej ofierze wczorajszej lawiny. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że była to nasza rodaczka - chrzanowianka Ania Jaśko.
W odpowiednim czasie zebraliśmy się, by zejść na Wiktorówki, gdzie w kościele Matki Boskiej Królowej Tatr o13,00 rozpoczynała się msza.
Po mszy już tylko niezbyt długie zejście (znów trochę niebezpieczne, bo śliskie) i oto jesteśmy na Zazadniej, gdzie wkrótce podjechał nasz autokar.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy karczmie U Chramca w Białce Tatrzańskiej, żeby zjeść coś konkretnego. I tu zaskoczenie - ruch duży, klientów pełno, ale obsługa radzi sobie niezwykle sprawnie. Zjedliśmy smacznie, szybko i niezbyt drogo.
Potem pozostała tylko jazda do Chrzanowa.
To był piękny dzień, wśród wspaniałych gór.

KP


Małopolska Gala Przewodnicka - Bochnia 20.02.2015

W Kopalni Soli w Bochni świętowali w piątek 20 lutego przewodnicy z Małopolski, którzy 21 lutego obchodzą Międzynarodowy Dzień Przewodnika Turystycznego. Z tej okazji, podczas uroczystej gali w podziemiach bocheńskiej kopalni, zostały wręczone Odznaki Honorowe Ministra Sportu i Turystyki "Za Zasługi dla Turystyki", Dyplomy Marszałka Województwa Małopolskiego za "Wkład w Rozwój i Promocję Turystyki w Małopolsce" oraz akty powołania do komisji egzaminacyjnych dla kandydatów na przewodników górskich beskidzkich, a wręczał je Leszek Zegzda z zarządu województwa. Z naszego Oddziału akty powołania odebrało dwóch przewodników: Robert Czak i Kazimierz Pudo.
To już ósme obchody Międzynarodowego Dnia Przewodnika Turystycznego. Święto to służy promocji ruchu przewodnickiego w Małopolsce oraz zwraca uwagę na wyjątkową rolę przewodników turystycznych w kreowaniu wizerunku miasta i województwa.









Beszeniowa 14-15.02.2015


Od lat już wyjeżdżamy na dwa dni w połowie lutego, żeby podsumować miniony rok i zabawić się w wieczór Walentynkowy (no i, oczywiście, zwiedzić coś ciekawego). Tym razem zaplanowaliśmy wyjazd na Słowację, w Góry Choczańskie.
W sobotę rano wyjechaliśmy z Chrzanowa i przez Zator, Wadowice, Jordanów, Chyżne, Zuberec dojechaliśmy do Hut. Tu zaczyna się Dolina Kwaczańska.
Jeszcze 40 lat temu biegła nią droga jezdna (dość trudna, było tu bardzo wiele wypadków, także śmiertelnych) a obecnie można nią przejść, dość wygodnie nawet zimą. Pogoda była wspaniała, świeciło słońce, dwudziestokilkucentymetrowa warstwa śniegu była ubita gąsienicami skutera śnieżnego, który przejechał nieco wcześniej, ośnieżony las był przepiękny.
Szliśmy niespiesznie, stopniowo wznosząc się ponad płynący dnem doliny potok. Po pewnym czasie okazało się, że uprzejmy skuter śnieżny zawrócił i dalej już trzeba było wydeptywać ścieżkę w dziewiczym śniegu, ale nie było go aż tyle, żeby stanowił poważne utrudnienie. Kilku wyrywnych uczestników wyprzedziło prowadzącego i w połowie doliny zeszło na jej dno, gdzie można podziwiać zabytkowe młyny.
Zachwycaliśmy się wspaniałym otoczeniem i widokami, szczególnie z dobrze przygotowanego punktu widokowego. Strome ściany doliny, miejscami pionowe skały, wąziutki pasek potoku na dnie, świeży, biały śnieg otulający wszystko i słońce na czystym niebie - widoki były niezapomniane.
Ale coż, nawet idąc powoli doszliśmy jednak wreszcie do wylotu doliny. Tu musieliśmy poczekać chwilę na tych, którzy przeszli dodatkowy odcinek (do młynów i z powrotem).
Kiedy dotarli do nas, Kamil, na uwagę mamy, że powinien iść za przewodnikiem odpowiedział: Tylu tu gości w czerwonym a każdy idzie w swoją stronę. Rzeczywiście w wycieczce wzięło udział 9 przewodników i 1 pilot ale każdy doskonale wiedział, za kim ma iść.
Z Kwaczan przejechaliśmy do Beszeniowej, zakwaterowaliśmy się w gościnnym pensjonacie Agrothermal i podjechaliśmy na parking obok basenów.
Gino Paradise to zespół basenów termalnych korzystających z wypływającej z głębokości prawie 2000 m wody o temperaturze około 60 C. Kilka besenów w budynku oraz kilka zewnętrznych umożliwiają relaks i wspomagają zdrowie korzystających z kąpieli. Po wysiłku w górach taki wypoczynek był dla nas bardzo wskazany.
Kiedy już wymoczyliśmy się dokładnie, wróciliśmy do pensjonatu, gdzie po obiedzie część uczestników wycieczki spotkała się, by podsumować działanie Oddziału PTTK w roku 2014.
Po zakończeniu formalności rozpoczął się wieczorek walentynkowy. Przy dźwiękach przebojów zabawa trwała do północy - trzeba się wyspać, bo na jutro też zaplanowaliśmy przejście trasy górskiej.
W niedzielę po śniadaniu opuściliśmy pensjonat i podjechaliśmy do niewielkiej miejscowości Kalameny, położonej u podnóża Gór Choczańskich. Tu kilkunastu amatorów gór opuściło autokar by zdobyć Zamek Liptowski a pozostali pojechali do Liptowskiego Mikulasza, do Tatralandii - kolejnego zespołu basenów termalnych.
Z centrum wsi ruszyliśmy drogą w głąb Doliny Kalameńskiej. Wkrótce, przy pełnej młodych ludzi (w zdecydowanej wiekszości Polaków) moczących się i popijających piwo sadzawce z ciepłą wodą żółty szlak rozdziela się. My ruszyliśmy w prawo, żeby zacząć pokonywać wysokość.
Szlak prowadził nas niezbyt stromą, przetartą drogą przez zaśnieżone pola i łąki. W miarę wznoszenia się podziwialiśmy coraz szerszą panoramę. Widzieliśmy coraz większe fragmenty Niskich Tatr, Wielkiej Fatry i Kotliny Liptowskiej. Doskonała, słoneczna pogoda, rozległe widoki sprawiały, że nie spieszyliśmy się podchodząc.
Wreszcie doszliśmy w rejon szczytu Sestrecz (993 m npm). Na jego wierzchołku od ponad 2 000 lat (archeolodzy znaleźli tu ślady grodu z I w pne) ludzie zakładali osady obronne a w XIII w. król Bela IV polecił zbudować zamek. Po nieco ponad 200 latach został on zburzony i do dziś zachowały się tylko niewielkie fragmenty ruin.
Żeby dostać się do nich, trzeba dziś wejść po około trzymetrowej drabinie. Rzeczywiście miejsce znakomicie nadaje się do obrony: z dwóch stron ściany skalne opadają niemal pionowo a z dwóch stron strome podejście bardzo utrudnia dotarcie do zamku.
A dla współczesnych turystów szczyt Sestrecz ma dodatkową zaletę: umożliwia podziwianie widoków niemal we wszystkie strony. Niskie Tatry, Wielka Fatra, Góry Choczańskie, Tatry Zachodnie, Kotlina Liptowska prezentują się z niego doskonale.
Zachwycaliśmy się tymi widokami, posilaliśmy się zapasami przyniesionymi w plecakach aż wreszcie trzeba było pomyśleć o zejściu. W kierunku północnym zejście jest bardzo strome.
Wkrótce doszliśmy do rozległej polany, przez którą nie było przedeptanej ścieżki. Trzeba brnąć przez śnieg. Sorry, taki mamy klimat. Najpierw przez polanę, potem wcinającym się coraz głębiej wąwozem, ciągle po dość głębokim śniegu, doszliśmy wreszcie na dno doliny Kalameńskiej i wkrótce byliśmy znów nad sadzawką z ciepłą wodą.
Mieliśmy jeszcze chwilę na to, żeby zdjąć buty i spodnie i wejść do ciepłej wody, która tuż obok wypływa obficie ze źródła.
Po chwili pozbieraliśmy się i wróciliśmy co centrum Kalamen, gdzie czekali już na nas koledzy, zachwyceni kąpielą w Tatralandii.
Razem pojechaliśmy do Rużembergu. Podczas krótkiego spaceru po centrum miasta zobaczyliśmy ratusz, kościół św Andrzeja, pomnik księdza Andreja Hlinki i jego mauzoleum. Ksiądz Andrej Hlinka, urodzony na przedmieściu Rużemberga, poświęcił swoje życie na walkę o niezależną Słowację. Zmarł w sierpniu 1938 roku i nie doczekał powstania Słowacji, nominalnie niezależnej a praktycznie ściśle powiązanej z nazistowską Rzeszą Niemiecką.
Z Rużembergu kierowaliśmy się już w stronę Polski ale jeszcze po drodze zatrzymaliśmy się w Twardoszynie, gdzie zachwycił nas XV-wieczny drewniany kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
W drodze powrotnej przystanęliśmy jeszcze w Zawoi, by posilić się w ulubionej karczmie a potem już sprawnie dojechaliśmy do Chrzanowa.
Trzeba przyznać, że wycieczka udała się znakomicie. Bogaty, róznorodny program, wspaniała pogoda, liczne atrakcje Słowacji - wszystko to sprawiło, że wróciliśmy bardzo zadowoleni.

KP


Stare Wierchy 8.02.2015


W dniu 8.02.2015 celem naszej wycieczki były Stare Wierchy. Po drodze zatrzymaliśmy się prze kościółkiem pod wezwaniem św Krzyża w Piątkowej.z 1757 roku.Legenda mówi ze kościół ten wybudował kupiec jako wotum dziękczynne za uratowanie życia przed zbójami.W Srodku piękny obraz Chrystusa Ukrzyzowanego,.O tym że jest to miejsce pod opieka Boską,przemawia fakt ,który wydarzył się w 1994 roku .Nieznany sprawca podpalił kościół, który na pewno spłonąłby cały ale akurat droga biegnąca obok powracała drużyna strazacka z ćwiczeń i zdążyła uratować kościół. Gorce jednak przywitały nas zamiecią śnieżną ,która dość szybko zmusiła nas do opuszczenia tego pięknego miejsca.Na szlak wyruszyliśmy z Obidowej.Cały czas towarzyszyła nam śnieżyca, Miejscami nogi zapadły się w śniegu po kolana.Ale w górach każda pora ma swój urok i taka pogoda tez uczy nas pokory jaka trzeba mieć do nich. Jedną z korzyści,jaką stworzyła nam natura był fakt ze już dawno wycieczka nie poruszała się w tak zwartej kolumnie..Oczywiscie bardzo chętnie znaleźlismy schronienie w schronisku -Stare Wierchy-gdzie nabraliśmy sił ,a przede wszystkim nabraliśmy ciepła przed dalsza wedrówką,zwłaszcza ze widok zamieci za szybami nie napawał otuchą..W czasie dalszej wędrówki śnieżyca zaczęła ustępować i nawet miejscami przebijało słońce.Nastepnym miejscem gdzie mogliśmy odpocząć byla przeurocza bacówka na Maciejowej, Bacówka ta jest związana z Panem Edwardem Moskałą -Przewodnikiem i działaczem turystycznym urodzonym w Trzebionce.koło Chrzanowa,który osobiście otwierał to schronisko.Idea budowania całego szeregu małych przytulnych bacówek dla indywidualnych turustów pochodzi właśnie od naszego krajana. Posiłek umilał nam Pan Jurek-wspaniały uroczy ponad 7o letni przewodnik Z Rabki ,który czytał nam poezje opisujące jego miłość do gór. Kilku uczestników wycieczki zakupiło tomiki poezji pana Jurka.Razem z nIm zeszliśmy do Rabki, gdzie pożegnalismy się z naszym nowym znajomym i gdzie czekał na nas Nasz Pan kierowca.

WP


Berlin 7-8.02.2015


Z inicjatywy koła PTTK przy UTW w Chrzanowie zorganizowana została wycieczka do Berlina i Wysp Tropikalnych (Tropical Islands). Niezbyt turystyczna pora roku, niezachęcające prognozy pogody i męczący program (prawie dwie noce w autokarze) sprawiły, że chętni nie tłoczyli się w kolejce do zapisu, ale w sumie 29 uczestników to niezła liczba.
Ruszyliśmy w drogę wczesnym rankiem (a może nawet nocą - o 3,00) w sobotę. Autostradą do Berlina jedzie się wygodnie, więc nawet z niezbędnymi przystankami krótko po 10,00 byliśmy już w centrum miasta.
Zaczęliśmy zwiedzanie Berlina od katedry (Berliner Dom). Ta wspaniała, zbudowana na przełomie XIX i XX wieku budowla (stojąca na miejscu wcześniejszych) swoim ogromem, rozmachem i kunsztem architektonicznym oraz bogactwem dekoracji wnętrz zachwyca wszystkich. Ponadto umożliwia spojrzenie na centrum miasta z galerii u podstawy kopuły oraz obcowanie z historią Niemiec, gdyż w jej nawie a przede wszystkim w podziemiach pochowanych jest ponad 100 przedstawicieli panującej w Prusach a potem zjednoczonych Niemczech dynastii Hohenzollernów. Warto wspomnieć, że jest to katedra protestancka. Oprócz niej jest w tym mieście jeszcze Katedra Francuska (hugenocka), Katedra Niemiecka (obecnie pełniąca funkcje muzealne) i katedra katolicka św Jadwigi.
Z galerii widokowej znakomicie widoczne są między innymi intensywne prace budowlane prowadzone w centrum Berlina. Najbardziej widoczny jest plac budowy zamku cesarskiego. Jest to rekonstrukcja przy użyciu współczesnych środków i najnowocześniejszych technologii dawnej siedziby władców, zburzonej podczas II wojny światowej i rozebranej tuż po niej.
Po wyjściu z katedry przeszliśmy obok fontanny Neptuna (tu, jak każda grupa turystów, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć "do kroniki") i kościoła Mariackiego do Wieży Telewizyjnej. Kasjer, zanim sprzedał nam bilety dwa razy pokazywał na ekranie monitora widok z wieży a właściwie jego brak (z powodu mgły), ale byliśmy zdecydowani na wyjazd na taras widokowy. Z wysokości 200 m nad poziomem placu widoczny jest prawie cały Berlin, jednak tego dnia trzeba było do tego bardzo dużo wyobraźni. Plac Aleksandra za słynnym zegarem, kościół Mariacki, katedra berlińska, plac budowy zamku, niezbyt wyraźne sylwetki wieżowców z w otoczeniu Placu Poczdamskiego, kopuła Reichstagu - to chyba wszystkie ważniejsze obiekty, które dało się zidentyfikować.
No i nadszedł czas na przerwę w zwiedzaniu i posiłek. W okolicach wieży telewizyjnej jest sporo różnych możliwości posilenia się, od ogólnoświatowych propozycji Mc Donaldsa przez dania kuchni azjatyckiej po typowe berlińskie kiełbaski z kuflem piwa. Godzinka wystarczyła na to, żeby każdy znalazł to, co mu najbardziej smakuje.
Wkrótce ruszyliśmy na dalszy podbój Berlina. Aleją Unter den Linden skierowaliśmy się ku zachodowi. Po drodze obejrzeliśmy Arsenał (Zeughaus), Nowy Odwach (Neue Wache) z wiecznym ogniem upamiętniającym ofiary wojny i tyranii, Uniwersytet Humboldtów, Operę Berlińską (niestety, w rusztowaniach), Plac Bebela z niezwykłem pomnikiem upamiętniającym miejsce, gdzie naziści palili książki niemieckich autorów pochodzenia żydowskiego, ambasadę Federacji Rosji, pomnik ofiar Holocaustu. Na koniec doszliśmy pod symbol Berlina - Bramę Brandenburską. Kilka zdjęć w wielojęzycznym tłumie turystów i już, przechodząc obok grupy krzyży upamiętniających niektóre spośród ofiar NRD-owskiej straży granicznej zabitych podczas prób ucieczki na zachód, mogliśmy pójść pod budynek Reichstagu.
Siedziba parlamentu niemieckiego jest udostępniona turystom, aby szeroko propagować idee demokracji i otwartości lecz również pilnie strzeżona, ze względu na zagrożenie terroryzmem. Wejście tam jest bezpłatne, ale wymaga wcześniejszej rezerwacji wraz ze zgłoszeniem listy uczestników grupy a przed bramą poddania się skrupulatnej kontroli: sprawdzanie dokumentów osobistych, prześwietlanie bagażu, przejście przez bramki. Oczywiście, mimo wcześniejszych ostrzeżeń, ktoś zapomniał o nożyku do przygotowania kanapek, ktoś inny o piersiówce w plecaku, podejrzenia wzbudził też termos z herbatą. Nożyk i piersiówka trafiły do depozytu, w termosie nie stwierdzono alkoholu, więc został przepuszczony i już mogliśmy wchodzić do windy, żeby wyjechać na taras budynku.
Budynek Reichstagu, zbudowany w 1894, w obecnym kształcie otwarty w 1998 po odbudowie na podstawie projektu Normana Fostera jest licznie odwiedzany przez turystów ze względu na jego znaczenie w historii Niemiec i Europy, współczesną rolę w systemie politycznym Niemiec ale także dla wspaniałej architektury, świetnie łączącej XIX - wieczny korpus z współczesnym wnętrzem i zupełnie wyjątkową kopułą. Właśnie spacer bieżnią umożliwiającą wejście pod dach kopuły jest największą atrakcją. Widać stąd doskonale dzielnicę rządową, duży zielony teren Tiergarten, nowoczesne centrum biznesu wokół Placu Poczdamskiego, Kolumnę Zwycięstw, Dworzec Główny i sporo innych obiektów z obszaru zachodniej i wschodniej części Berlina.
Niebo było wciąż zachmurzone, mgła ograniczała widoczność, nie zostaliśmy więc pod kopułą zbyt długo.
Po opuszczeniu Reichstagu pozostało nam już tylko wsiąść do autokaru i powoli opuszczać stolicę Niemiec. Powoli, bo wzmożony ruch drogowy o tej porze, zdarzające się tu i ówdzie objazdy spowalniają skutecznie. Wreszcie jednak wyjechaliśmy z Berlina i skierowaliśmy się w stronę Polski.
Ale to nie koniec wycieczki - zaplanowaliśmy jeszcze wizytę w największej w Europie tropikalnej wyspie - Tropical Islands. Urządzona w samonośnej hali o powierzchni 6,6 ha, zbudowanej na potrzeby produkcji sterowców zawiera największy obszar lasu tropikalnego pod dachem, baseny, plaże, liczne bary, restauracje, tereny biwakowe, bungalowy, place zabaw i mnóstwo innych atrakcji dla dzieci i dorosłych.
Jest to znakomite miejsce na rozrywkę, rozgrzanie się, wypoczynek po dniu spędzonym na chłodnych, wilgotnych ulicach Berlina. Tego nam było trzeba. Na plaży nad basenem można było nwet pospać na leżaku.
I znów około 3 nad ranem wsiadaliśmy do autokaru, by wrócić do domu.
Niestety pogoda popsuła się - zaczął sypać gęsty śnieg. Już w Polsce warstwa śniegu na autostradzie i wciąż padające płatki znacznie utrudniały jazdę i spowalniały ruch autokaru.
Trochę później niż planowaliśmy, ale bezpiecznie wróciliśmy do Chrzanowa, gdzie czekały na nas samochody pokryte sporą warstwą śniegu.
Mimo marnej pogody zobaczyliśmy dużo, odpoczęliśmy wśród tropikalnej roślinności.

KP


Wieczornica Koła Grodzkiego 17.01.2015


Choć stary rok 2014 nie odebrał jeszcze pierwszej emerytury, choć nowy rok 2015 nie rozsiadł się dobrze w fotelu , a Trzej Królowie nie zdążyli powrócić do swych włości w sobotę 17 stycznia Roku Pańskiego 2015 Koło Grodzkie przy Oddziale PTTK w Chrzanowie zorganizowało w ramach wyszynku " Pod Jesionem" swoją Wieczornicę.
Na owo spotkanie stawiło się 44 luda płci obojga. Całą gawiedź powitał i życzenia noworoczne wszystkim złożył miłościwie Kołu prezesujący od Banachów Henryk. Wybrańcy z przybyłych a zasłużeni dla Koła otrzymali różne nagrody, zaś przewodnicy prowadzący w minionym roku wycieczki przypomnieli wszystkim "Jak to było".
Aby zebrany lud nie przysnął raczono się po sąsiedzku różnymi płynami, po których wzrastały i gwar i humor. Całe bractwo spoważniało gdy prezes ogłosił konkurs z wiedzy turystycznej, wszyscy expresem pobudzili swe szare komórki a uwolnioną wiedzę przelali w odpowiednie zakreślanie pytań.
Najlepiej to poszło Bernadecie co zostało przez prezesa odpowiednio nagrodzone. Odpowiednich nagród nie brakło również dla tych, którzy najwięcej dni spędzili na wycieczkach Koła.
Nastrój uciechy powrócił gdy obsługa podała gorące jadło, po którym to wepchnięte w organizm kalorie towarzystwo traciło na parkiecie popisując się w wygibasach tanecznych i sprawnościowych. Owe konkursy i wygibasy na parkiecie pozwoliły wybrać królowa i króla balu. Przez najbliższy rok królewskie szaty będą nosić miłościwie nam panujący do najblizszej Wieczornicy Bożena Woska i Włodek Jopek. Zbliżająca się noc zakończyła ton korowód uciech i bractwo o północy rozeszło się do domów czego spisujący tą relację kol Rysiek Łenyk nie sprawdził czy wszyscy do swoich.




Powitanie Nowego Roku - Kudłacze 01.01.2015


Znów 1. stycznia wybraliśmy się w góry, żeby powitać Nowy Rok. Na Placu Tysiąclecia zebrało się 14 amatorów górskiej turystyki noworocznej. Przed wyjazdem spotkaliśmy wybierającą się także w góry grupę członków i sympatyków chrzanowskiego oddziału PTT. Po wzajemnych życzeniach noworocznych ruszyliśmy w drogę.
Pogoda była nienajlepsza dla kierowców: padała drobna mżawka, marznąca na drodze, szczególnie tam, gdzie drogowcy nie posolili jezdni. Na drogach położonych nieco wyżej leżała warstewka śniegu. Dzięki sprawności zasiadającego za kierownicą Henryka dojechaliśmy spokojnie na Przełęcz Jaworzyce (prawie 580 m npm) nad Węglówką.
Stąd ruszyliśmy pieszo, łagodnie wznosząc się wygodną, szeroką drogą, w kierunku Lubomira (904 m npm).
Lekka mgiełka nie przeszkadzała w podziwianiu okrytego zimową szatą lasu, a wręcz dodawała otoczeniu uroku i tajemniczości.
Kierowaliśmy się na szczyt, gdzie od 2007 roku znów działa Obserwatorium Astronomiczne im Tadeusza Banachiewicza (poprzednie, funkcjonujące od 1922 roku zostało spalone podczas II Wojny Światowej). Przy drodze ustawione są tablice informacyjne opisujące historię obserwatorium oraz liczne osiągnięcia pracujących tu przed wojną uczonych.
Niestety w Nowy Rok zwiedzenie obserwatorium nie było możliwe, tak więc po krótkim odpoczynku obok budynku ruszyliśmy dalej.
Po niecałej godzinie osiągnęliśmy schronisko PTTK na Kudłaczach. Przekroczyliśmy jego gościnne progi i odpoczęliśmy nieco dłużej. W miłej atmosferze i ciepełku (po przejściu zimnym lasem bardzo nam się to podobało) zjedliśmy i wypiliśmy cośkolwiek, życzyliśmy sobie wspaniałych wycieczek w rozpoczynającym się 2015 roku, zapaliliśmy sztuczne ognie.
Po wyjściu ze schroniska (bo przecież nawet najprzyjemniejsze chwile kiedyś mijają) jeszcze tylko sfotografowaliśmy się w towarzystwie rosłego bałwana i już wkrótce wsiadaliśmy do busika, żeby wracać do domu.
To było bardzo przyjemne rozpoczęcie Nowego Roku.

KP


Bal Sylwestrowy 31.12.2014-01.01.2015


Już od lat większa lub mniejsza grupa turystów chrzanowskich zbiera się w sylwestrowy wieczór aby wspólnie powitać Nowy Rok. Tym razem umówiliśmy się w restauracji "Pod Jesionem" w Chrzanowie. Zebrało się nas nieco mniej, ale kierownictwo restauracji zadbało o zapełnienie miejsc, więc mieliśmy sporo towarzystwa. I tak jednak bawiliśmy się głównie we własnym gronie.
A bawiliśmy się w towarzystwie DJ-a, odpoczywaliśmy przy suto zastawionych stołach. Panie w kreacjach, panowie we frakach i smokingach - no, może trochę przesadziłem, ale też eleganccy.
O północy, tradycyjnie strzeliły korki od szampana, były życzenia, uściski, niezły widok na strzelające w okolicy Placu Tysiąclecia fajerwerki. Była zabawa do rana.

KP


Czeski humor w Krakowie 20.12.2014 r.


W sobotni wieczór 20.12.2014 r. uczestniczyliśmy w wyjeździe, zorganizowanym przez Koło Grodzkie, do krakowskiego Teatru Ludowego na spektakl pt.: "Sarenki". Miejscem spektaklu była kameralna scena w dawnej stolarni-zaplecze dla głównego teatru.
Wszyscy zajęli swoje miejsca na widowni i się zaczęło.
Spektakl "Sarenki" to czeska komedia sytuacyjna. Specyficzny humor naszych południowych sąsiadów zawsze wywołuje u nas mimowolną wesołość. Spektakl-wieczór komediowy z aktywnym udziałem widzów; głównie z pierwszych rzędów; w towarzystwie czterech życiowych nieudaczników, z każdą chwilą rozkręcał się coraz bardziej. W niektórych momentach większość oglądających sięgała po chusteczki , aby wytrzeć oczy, gdyż popłakiwali ze śmiechu.
"Czy tytułowe "Sarenki" spełnią nasze życzenia?"; takie pytania zadawaliśmy sobie nawzajem po skończonym spektaklu. Zastanówmy się czy to się będzie nam opłacało; gdyż jak w każdej bajce "Sarenki" mogą spełnić jedno i to pierwsze wypowiedziane, czasami, przypadkowe życzenie. Tak uduchowieni, czeskim humorem, a czasem kontrowersyjnymi scenami, mając na uwadze morał z tej bajki, udaliśmy się w drogę powrotną. Deszczowa aura w Nowej Hucie nie pozwoliła na nocny spacer po "mieście podstaw socjalizmu".

TS


Kraków 22.11.2014


Do Krakowa warto pojechać, choćby 77 raz - zawsze jest tam co zobaczyć. A szczególnie warto pojechać w listopadzie, kiedy są darmowe wejścia do ekspozycji wawelskich (już od trzech lat).
No więc pojechaliśmy - dość licznie (40 osób), mimo nienajlepszej listopadowej pogody.
Ponieważ głównym punktem programu miały być komnaty królewskie, zaczęliśmy od parkingu pod Wawelem. Spacer wzdłuż Bulwaru Czerwieńskiego doprowadził nas pod Smoka Wawelskiego potem pod pomnik psa Dżoka - symbol psiej wierności. Potem - krótko ulicą Bernardyńską i pod górkę - na zamek.
Na wgórzu wewelskim zaczęliśmy od krótkiej przerwy - trzeba było odwiedzić kasę (by odebrać zamówione bezpłatne wejściówki) i toaletę (wiadomo, po co).
Po tym oddechu weszliśmy do katedry św św Stanisława Biskupa i Męczennika i Wacława. Najważniejszy kościół królestwa, katedra koronacyjna, miejsce triumfów po zwycięskich bitwach, miejsce pochówków królewskich, wspaniały zabytek architektury i sztuki polskiej od wieków zachwyca odwiedzających i budzi patriotyczne uczucia. Zatrzymaliśmy się przy sarkofagach królów Władysława Jagiełły, Władysława Warneńczyka (symbolicznym - zwłoki króla pozostały prawdopodobnie pod Warną), przy konfesji św Stanisława BM, sarkofagu Władysława Łokietka (pierwszego, który koronował się na Wawelu), krzyżu św Jadwigi (pod nim się modliła i pod nim spoczywają jej doczesne szczątki), grobowcach królów Jana III Sobieskiego i Michała Korybuta Wiśniowieckiego wraz z żonami, Kazimierza Wielkiego, królowej św Jadwigi (obecnie pustym - jak wspomniałem jej relikwie spoczywają pod krucyfiksem), zajrzeliśmy do kaplicy Zygmuntowskiej.
Po wyjściu z katedry wraz z przewodniczkami muzealnymi przeszliśmy na dziedziniec zamkowy a wkrótce potem do komnat królewskich. Reprezentacyjne sale i komnaty, odnowione na początku XX w po odzyskaniu z rąk Austriaków i potem po II Wojnie Światowej, wyposażone między innymi we wspaniałe arrasy z kolekcji króla Zygmunta Augusta przypomniały nam najlepsze czasy Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Na zakończenie przeszliśmy jeszcze przez ekspozycję czasową poświęconą legionistom Piłsudskiego (w związku ze stuleciem wybuchu I Wojny Światowej) a zupełnie na koniec weszliśmy do sali, gdzie prezentowana jest słynna "Dama z gronostajem" Leonarda da Vinci.
Przed opuszczeniem wzgórza wawelskiego weszliśmy jeszcze do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów, miejsca ostatniego spoczynku marszałka Józefa Piłsudskiego oraz prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Marii Kaczynskiej.
Dalsza trasa naszej wycieczki ulicą Kanoniczą, przez plac Marii Magdaleny, ulicą Grodzką doprowadziła nas do Rynku Głównego.
A tu wreszcie mogliśmy chwilę odpocząć przy kawie z ciasteczkiem, czy przy czym tam kto chciał, w każdym razie ogłoszony został czas wolny.
A później pozostało już niewiele czasu przed zmrokiem. Zajrzeliśmy do kościoła franciszkanów (w krużgankach można tam podziwiać między innymi wspaniałą szopkę krakowską a w kościele najlepsze chyba z witraży projektowanych przez Stanisława Wyspianskiego), na dziedziniec Collegium Maius (najdawniejsza zachowana siedziba Uniwersytetu Jagiellońskiego) i powoli skierowaliśmy się na Plac Jana Matejki.
W wąskich uliczkach Starego Miasta zapadał zmrok kiedy dochodziliśmy do parkingu, gdzie wkrótce podjechał po nas Jurek K swoim autokarem.
Wycieczka udała się pięknie - mimo listopada pogoda nie przeszkodziła w realizacji programu a był on bogaty i ciekawy. Wielu uczestników chwaliło nasz niedawny nabytek - zestaw nadawczo - odbiorczy radykalnie ułatwiający komunikację przewodnika z uczestnikami.

KP


Wiedeń, Bratysława 24-26.10.2014


Z incjatywy koła PTTK przy Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Chrzanowie wybraliśmy się tropami historii monarchii austro - węgierskiej oraz współczesności środkowej Europy - krótko mówiąc do Wiednia i Bratysławy.
W piątek rano 37 osób zajęło miejsca w autokarze firmy Kora prowadzonym przez Wieśka i pilotowanym przez piszącego te słowa i ruszyło na południe. Pogoda była niepewna, prognozy - średnie (możliwe opady, dość chłodno) ale na razie jechaliśmy, więc się tym nie przejmowaliśmy.
Dość płynnie dojechaliśmy do przejścia granicznego w Cieszynie, skąd po krótkiej przerwie jechaliśmy dalej. Na wygodnym parkingu pod wiatrakiem, niedaleko Brna, znów stanęliśmy na chwilę - kierowca musi odpoczywać a i uczestnicy chętnie odwiedzili znajdujące się tam lokale gastronomiczne.
Do Wiednia dojechaliśmy około południa i zaczęliśmy zwiedzanie od zespołu parkowo - pałacowego Belweder. Ten piękny kompleks składający się z mieszkalnego Belwederu dolnego, reprezentacyjnego Belwederu górnego i rozdzielającego je parku został zbudowany dla księcia Eugeniusza Sabaudzkiego w pierwszej ćwierci XVIII wieku a obecnie mieści galerię sztuki.
Następnym punktem programu była letnia rezydencja Habsburgów - Schoenbrunn. Krótki spacer po parku poprzedził zwiedzenie wnętrz pałacowych, gdzie powitała nas historia mieszkańców pałacu: Marii Teresy, Franciszka Józefa, jego żony, pięknej cesarzowej Sisi. Zachwyt nad bogactwem pałacu, jego wyposażenia łączy się tu z refleksją nad niełatwym życiem ludzi na świeczniku (Franciszek Józef i Sisi byli wielokrotnie ciężko doświadczani przez los).
Po zwiedzeniu Schoenbrunnu skierowaliśmy się ku kolejnej atrakcji Wiednia, tym razem bardziej współczesnej: Hundertwasserhaus. Ten blok komunalny zaprojektował najbardziej rozpoznawalny wiedeński malarz i architekt XX wieku Friedensreich Regentag Dunkelbunt Hundertwasser (1928 - 2000). Głęboka niechęć artysty do linii prostej jest tu doskonale widoczna i w połączeniu z charakterystyczną dla niego bogatą kolorystyką i namiętnym nawiązywaniem do przyrody daje dzieło bardzo oryginalne. Nic też dziwnego, że pod zaprojektowanym przez niego bydynkiem wciąż pełno turystów z aparatami fotograficznymi.
No i tyle mieliśy w planie na ten dzień. Pozostało nam jeszcze przejechać do Bratysławy, gdzie w hotelu Turist mieliśmy wieczorny posiłek i nocleg. Kilka osób dysponujących większym zasobem sił przeszło jeszcze po kolacji na bratysławskie stare miasto.
W sobotę po śniadaniu wyjechaliśmy znów do Wiednia. Ten dzień zaczęliśmy od Kahlenbergu.
W kościele św Józefa ks. rektor Roman Krekora CR wspaniale naświetlił nam znaczenie wiedeńskiego zwycięstwa Jana III Sobieskiego dla historii Polski, Europy i całego chrześcijaństwa.
Po chwili modlitwy i skupienia w kościele przeszliśmy na taras widokowy. Niestety mgła zalegająca nad Wiedniem znacznie utrudniła podziwianie panoramy miasta. Niektórzy próbowali wyostrzyć sobie wzrok przy pomocy lampki miejscowego wina ale nie jestem pewien, czy to poskutkowało.
Z Kahlenbergu zjechaliśmy do centrum. Na Placu Marii Teresy wysiedliśmy z autokaru i ruszyliśmy na spacer po najpiękniejszej, najstarszej części miasta.
Ringiem doszliśmy do budynku Parlamentu, potem podziwialiśmy wiedeński Ratusz, Teatr Dworski, Park Ludowy z pomnikiem cesarzowej Elżbiety (Sisi). Na Placu Bohaterów przeszliśmy między stoiskami z kiełbaskami, piwem, pieczonymi kasztanami i stanowiskami armii austriackiej. Wszystko to i jeszcze więcej zostało przygotowane z okazji nadchodzącego święta narodowego Austrii (26 października 1955 roku Rada Narodowa Austrii podpisała układ państwowy dotyczący neutralności i niezależności Austrii) i już weszliśmy na teren Hofburgu.
A tu mieliśmy w planie zwiedzenie skarbca. W kilunastu komnatach są tu prezentowane bogate skarby królewskie, cesarskie (m. in. korony, berła, jabłka, płaszcze koronacyjne), dziedzictwo burgundzkie, skarby sakralne (m in chusta św Weroniki). Przedmioty te zachwycają misterną robotą, bogactwem, przy tym mają kolosalną wartość historyczną.
Po wyjściu ze skarbca przeszliśmy przez dziedziniec Szwajcarski, Plac w Burgu, bramę św Michała na Plac św Michała i dalej ulicą Kohlmarkt (tu na jednej z kamienic tablica upamiętniająca pobyt Fryderyka Chopina) i Graben na Plac św Szczepana (Stephansplatz). No i tu należało nam się trochę oddechu, czyli - czas wolny. Ktoś chciał zjeść koniecznie kawałek tortu Sachera, ktoś inny tradycyjny Wiener Schnitzel, ktoś jeszcze - napić się kawy, ale i tak najpopularniejszy był Mc Donald. Ale warto było również wejść do katedry, bo właśnie rozpoczynała się msza św z piękną oprawą muzyczną (organy, chór, orkiestra).
Po ponownym zebraniu się ruszyliśmy podziwiać kolejne cuda i dziwy Wiednia.
Między innymi zatrzymaliśmy się przed kościołem Kapucynów, obok którego w krypcie spoczywają doczesne szczątki Habsburgów. Nieco dalej podziwialiśmy budynek słynnej Opery Wiedeńskiej.
Jeszcze tylko przejście przez Ogród Dworski (Burggarten), niestety fragmentami w remoncie, więc pomniki Franciszka Józefa i Wolfganga Amadeusza Mozarta obejrzeliśmy z pewnego oddalenia - i już wkrótce jesteśmy znów przed Marią Teresą, gdzie czekał już na nas Wiesiek ze swoją maszyną.
Zrobiła się już pora wyjazdowa, ruszyliśmy więc w kierunku Bratysławy.
Tym razem jednak zboczyliśmy z utartych szlaków, czyli autostrady, żeby zajrzeć w okolice miejscowości Petronell, gdzie są odkopane pozostałości ważnego niegdyś i dużego (mieszkało tu do 50 tys mieszkańców) miasta rzymskiego Carnuntum. Obejrzeliśmy pozostałości amfiteatru i łuku triumfalnego.
I to już był naprawdę ostatni punkt programu krajoznawczego na ten dzień. Pozostało tylko wrócić do Bratysławy (po drodze podziwialiśmy pięknie prezentującą się na wzgórzu, oświetloną sylwetkę zamku bratysławskiego), zjeść kolację i ... wolne.
Niedzielę zaczęliśmy od przejazdu do Devina. Teraz jest to odległe przedmieście Bratysławy, a kiedyś był to ważny punkt obronny u styku Dunaju i Morawy. Najstarsze odkryte tu przez archeologów ślady osadnictwa związane są z młodszą epoką kamienia. Początki współczesnego zamku pochodzą z XIII wieku. Zamek na wyniosłej skale nad dwoma rzekami, należał przez setki lat do kolejnych możnych rodów (najdłużej do Palffych). W 1809 roku wysadzony przez wojska napoleońskie pozostaje w ruinie. Od połowy XIX wieku ruiny były obiektem zainteresowania Słowaków, szukających pamiątek osadnictwa słowiańskiego z okresu przed opanowaniem tych terenów przez Madziarów. Twórca literackiego języka słowackiego Ludovit Stur bywał tu często ze swoimi uczniami, by budzić w nich słowacką świadomość narodową.
W okresie słusznie minionego ustroju ruiny zamku były świadkiem prób ucieczek do lepszego (austriackiego, zachodniego) świata. Pod murami zamku, na brzegu Morawy stoi teraz symboliczny pomnik tych, którzy zginęli podejmując takie próby.
Z Devina przejechaliśmy do centrum Bratysławy a konkretnie - pod bratysławski zamek.
Również to miejsce było zasiedlone i wykorzystywane do obrony od bardzo dawna. Obecny kształt zamku pochodzi głównie z czasów Marii Teresy, kiedy Bratysława (wtedy nosząca nazwę Pressburg) była ważnym miastem monarchii habsburskiej. Tu koronowani byli królowie węgierscy, także Maria Teresa. Obecnie zamek jest siedzibą Muzeum Miasta Bratysławy.
Po wyjściu z zamku bramami Leopolda i Władysławowską zeszliśmy przez podegrodzie na Plac Rybny, gdzie w roku 1967 zburzono synagogę a obecnie znjduje się ściana pamięci i pomnik ofiar Holokaustu.
Kolejnym ważnym obiektem na naszej drodze była katedra św Marciana - przez ponad 300 lat kościół koronacyjny królów Węgier. Ta gotycka budowla zawiera w swoim wnętrzu kilka ciekawych elementów: figurę św Marcina, kaplicę św Jana Jałmużnika, XIX-wieczne witraże, malowany na ścianie wykaz koronowanych w katedrze królów i królowych węgierskich ...
Uliczkami starego miasta, obok gotyckiego kościoła klarysek (z przepiękną wieżą) doszliśmy do Bramy Michała, potem przez Plac Franciszkański (kościół franciszkanów jest najstarszym w Bratysławie) na Rynek (Hlavni Namestie). Tu obejrzeliśmy stary Ratusz (XIII wiek) i po przejściu przez jego dziedziniec wyszliśmy na Plac Prymasowski, gdzie znajdują się dwa okazałe budynki mieszczące obecnie władze miasta. W jednym z nich, dawnym Pałacu Prymasowskim obejrzeliśmy ciekawą Salę Zwierciadlaną i kilka komnat z ekspozycją malarstwa i unikalnych XVII - wiecznych angielskich tapiserii z królewskiej manufaktury w Mortlake.
Dalej nasz spracer wiódł malowniczymi wąskimi uliczkami starówki na Plac Hvezdoslava. Ten długi plac a właściwie szeroka aleja ciągnąca się od Słowackiego Teatru Narodowego do Placu Rybnego (dawniej były tu mury miejskie i fosa) jest najelegantszym deptakiem Bratysławy. To tu mieści się Hotel Carlton, ambasady USA, Niemiec i Republik Czeskiej. Na placu wciąż coś się dzieje: odbywają się festyny, koncerty ludowe i nie tylko, prezentowane są czasowe wystawy plenerowe rzeźby, występują artyści (czasem całkiem dobrzy) grający za kilka groszy dla uciechy publiki. Spacerujący tu liczni turyści mogą dla odpoczynku usiąść w jednym z wielu otwartych tu barów i restauracji.
Te wszystkie atrakcje i przebyta droga (bratysławska starówka nie jest zbyt rozległa, ale jednak kilka kilometrów można po niej przejść) sprawiły, że poczuliśmy nieodpartą potrzebę przerwy w spacerze - na kawę, jakiś miejscowy specjał (na przykład pieczony karczek z knedlikami i kapustą plus piwo - 9,60 EUR) czy choćby bułę z mielonym w Mc Donaldzie.
Po posileniu się było jeszcze trochę czasu na indywidualne penetrowanie uliczek i zaułków Bratysławy.
Mnie skusił Modry Kościółek - zlokalizowany w pewnym oddaleniu od starówki kościół św Elżbiety Węgierskiej z 1913 roku. Niewielki, z dominującą w sylwetce wieżą, pokryty na zewnątrz majoliką i mozaiką w kolorze błękitnym jest najpiękniejszą budowlą secesyjną w mieście. Po prostu perełka.
Potem jeszcze zostało mi dość czasu na dojście do jedynej działającej w Bratysławie synagogi (zbudowana w latach 1923-1926 w stylu kubizmu). Miałem nawet szczęście, bo na dziedzińcu byli dwaj przedstawiciele gminy żydowskiej, którzy umożliwili mi obejrzenie wnętrza i zaprosili z turystami na następne odwiedziny (synagoga i muzeum gminy żydowskiej są udostępnione do zwiedzania od 20 maja do 10 października w piątki 13,00-16,00 i niedziele 10,00 - 13,00, za wyjątkiem świąt żydowskich).
Po zebraniu się na Rynku przeszliśmy na nabrzeże Dunaju, gdzie wkrótce podjechał kierowany przez niezawodnego Wieśka pojazd. Wsiedliśmy na pokład, pożegnaliśmy Bratysławę i ruszyliśmy do domu.
Z niezbędnymi przystankami wynikającymi z przepisów o czasie pracy kierowców oraz pojemności naszych pęcherzy dojechaliśmy do Chrzanowa szybciej niż się spodziewaliśmy (jednak drogi na Słowacji a i w Polsce są coraz lepsze a Wiesiek zna swój fach).
Na koniec trzeba stwierdzić, że pogoda była nienajgorsza: nie padał na nas deszcz, chłód dało się wytrzymać, chwilami było nawet słonecznie. Program był ciekawy i urozmaicony. Wysiadaliśmy w Chrzanowie zadowoleni ze spędzonych intensywnie i bardzo ciekawie trzech dni.

KP


Wiedeń i Bratysława - 24 - 26 października 2014 - inne spojrzenie


Wycieczka zainicjowana przez nasze Koło, gdyż Wiedeń wywołuje u nas uczucia raczej sympatyczne, a historia nieraz wybierała Wiedeń na miejsce swych najważniejszych wydarzeń, również związanych z naszą Ojczyzną - od odsieczy wiedeńskiej - poprzez zabór austriacki - po wydarzenia pokojowe XX wieku. Na pozytywne uczucia wpływa również postać "starego safanduły" Cesarza Franciszka Józefa I i jego żony, słynnej Sisi. Bratysława znalazła się na trasie, a koszt noclegu jest tu niższy. Jednak jest to również stolica państwa.
W wycieczce wzięło udział 37 osób, pogoda nie obiecywała zbyt wiele, ale w sumie było dobrze. Tylko ta mgła w Wiedniu zasłoniła panoramę miasta ze wzgórza Kahlenberg. Ale to potem.
Zwiedzanie Wiednia rozpoczęliśmy od zespołu parkowo - pałacowego Belweder - dziś ten XVIIII-wieczny kompleks mieszkalno-reprezentacyjny mieści galerię sztuki. Spacer po parku i przejście do letniej rezydencji Habsburgów - pałacu Schonbrunn. W pałacu spotkanie z postaciami znanymi z historii, również polskiej, Maria Teresa, Franciszek Józef, jego żona, piękna długowłosa cesarzowa Sisi i oczywiście inni. Z jednej strony bogactwo i blichtr, a z drugiej strony zwykłe ludzkie słabostki i dramaty. Wielkie wrażenie robią ogrody zespołu pałacowego Schonbrunn łącznie ze wspaniałą fontanną i słynną Gloriettą. Ale czasu na jej "zaliczenie" było mało. Niektórzy zdążyli. I dygresja - jak tu musi być pięknie przy pełnej, soczystej, rozkwieconej zieleni lata i w jego słońcu. W trakcie zwiedzania przypominało mi się niekiedy moje dzieciństwo i opowiadania Ojca o Cesarzu (mój ojciec urodził się w 1904 roku i tamte czasy, łącznie z I w.ś. pamiętał z własnych, również wojennych (!) przeżyć, ale to inny temat).
Po zwiedzeniu Schoenbrunnu skierowaliśmy się ku kolejnej atrakcji Wiednia, tym razem bardziej współczesnej: Hundertwasserhaus. Ten blok komunalny zaprojektował najbardziej rozpoznawalny wiedeński malarz i architekt XX wieku Friedensreich Regentag Dunkelbunt Hundertwasser (właściwie Friedrich Stowasser - 1928 - 2000). Niechęć artysty do linii prostej przypomina Antonio Gaudiego z jego katalońskim modernizmem. Podobnie i tu połączenie bogatej kolorystyki i nawiązywanie do przyrody daje bardzo oryginalne efekty i budzi mieszane uczucia. Ale budzi, dlatego wszyscy rzucili się do "wściekłego" fotografowania krzywizn - nierównej, wyboistej ulicy, pokrzywionych "pijanych" budynków z kakofonią kolorów i roślinami w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Ale już zupełnie inaczej jest odbierane takie architektoniczne rozwiązanie w zastosowaniu do elementów potężnej spalarni śmieci blisko centrum Wiednia.
Potem przejazd do Bratysławy, nocleg, a następny dzień rozpoczynamy od wzgórza Kahlenbergu, gdzie mieści się polski kościół p.w. św. Józefa. W tym kościele modlił się przed bitwą król Jan III Sobieski. O historii kościoła, od 1906 roku prowadzonego przez polskich księży zmartwychwstańców, w izbie upamiętniającej polskie zwycięstwo w Odsieczy Wiedeńskiej opowiadał nam ks. rektor Roman Krekor. Na kościele dwie tablice pamiątkowe - jedna poświęcona polskiemu królowi, druga - poświęcona polskiemu papieżowi Janowi Pawłowi II, który w 1983 roku złożył tu wizytę w 300-rocznice słynnego zwycięstwa, które miało bezpośredni wpływ na historię Europy i chrześcijaństwa.
Jak już wspomniałem mgła uniemożliwiła podziwianie panoramy miasta, podobno najpiękniejsza z miejscowego tarasu widokowego. Czyżby trzeba tu jeszcze przyjechać (jeszcze jeden powód do powrotu)?
Powrót do centrum miasta. Spacer po najpiękniejszej, najstarszej części miasta - od Placu Marii Teresy ulicą/prospektem Ring do budynku Parlamentu, obok wiedeńskiego Ratusza [cały we flagach, przygotowanie do święta narodowego - 26 października 1955 roku Rada Narodowa Austrii podpisała układ państwowy dotyczący neutralności i niezależności Austrii], Teatru Dworskiego do Parku Ludowego ze skromnym pomnikiem cesarzowej Elżbiety (Sisi). Przejście pomiędzy wszelkiego rodzaju straganami (święto!) i kierujemy się do Hofburgu.
Zwiedzanie skarbca cesarsko-królewskiego (ach!, te westchnienia kobiet) z koronami, berłami, jabłkami, płaszczami etc. etc. oraz skarbami sakralnymi (m in chusta św. Weroniki). Misterna robota, bogactwo, kolosalna wartość artystyczna, historyczna i materialna. I jeszcze Muzeum Cesarzowej Sisi - przekazujące złożony obraz cesarzowej Elżbiety z licznymi, po części bardzo osobistymi eksponatami, ciekawszymi od informacji na oficjalnych i prywatnych obrazach tej wyjątkowej kobiety. Tu legenda Sisi staje się namacalna, a pomysłowo zaprojektowany wyświetlacz rzuca światło na tajemnicę otaczającą osobowość tej fascynującej kobiety.
Po wyjściu ze skarbca przeszliśmy na Plac Św. Szczepana do katedry wiedeńskiej (przy ulicy Kohlmarkt na jednej z kamienic tablica upamiętniająca pobyt Fryderyka Chopina). Zwiedzanie katedry było utrudnione z uwagi na wydzielenie miejsca pod mający się akurat rozpocząć koncert organowy za wstępami lub zaproszeniami.
Po przerwie idziemy dalej podziwiać Wiedeń - kościół Kapucynów, obok którego w krypcie spoczywają doczesne szczątki Habsburgów, budynek słynnej z koncertów Opery Wiedeńskiej, przejście przez Ogród Dworski (Burggarten), niestety fragmentami w remoncie, więc pomniki Franciszka Józefa i Wolfganga Amadeusza Mozarta obejrzeliśmy z pewnego oddalenia - i powrót na Plac Marii Teresy.
Pora już późna, a więc czas na pożegnanie się z Wiedniem - a raczej do zobaczenia o innej porze roku!
W drodze do Bratysławy zboczyliśmy z utartych szlaków (były problemy), żeby zajrzeć w okolice miejscowości Petronell, gdzie odkopano pozostałości ważnego niegdyś i dużego miasta rzymskiego Carnuntum (ponoć liczyło ok. 50 tys. mieszkańców). Był to główny punkt naddunajskich umocnień rzymskich od Wiednia (Vindobony) w kierunku Budapesztu, a nawet stolicą Górnej Panonii. Nawet Marek Aureliusz mieszkał tu w latach 172 - 175. Zniszczone w IV wieku zostało później rozgrabione i służyło jako źródło materiałów budowlanych. Toteż zawołanie jednego z uczestników o 20 wiekach spoglądających na nas było bardzo bliskie prawdy. Obejrzeliśmy pozostałości amfiteatru i łuku triumfalnego, a współczesny wiatr (wcale nie historii) dowiał nam solidnie.
Późnowieczorny powrót do Bratysławy pozwolił na ponadprogramowe podziwianie rozświetlonej sylwetki bratysławskiego zamku.
Niedzielny program rozpoczęło zwiedzanie Devina. Chyba niewielu zetknęło się z tą nazwą, a miejscem to już w ogóle. A niedługo po nas prezydent Komorowski składał kwiaty pod znajdującym się tam, na brzegu Morawy pod murami zamku, pomnikiem ofiar prób ucieczek "na zachód", do Austrii, do lepszego zachodniego świata. Pod murami zamku, na brzegu Morawy stoi teraz symboliczny pomnik tych, którzy zginęli podejmując takie próby.
Teraz jest to odległe przedmieście Bratysławy, a kiedyś był to ważny punkt obronny u styku Dunaju i Morawy. Zamek Devin znajduje się na wyniosłej skale nad dwoma rzekami, przez setki lat należał do kolejnych możnych rodów (najdłużej do Palffych) i nigdy nie został zdobyty. Wśród właścicieli wymienia się również Stefana Batorego, który miał otrzymać zamek od króla Węgier jako darowiznę. Zniszczony w 1809 roku przez wycofujące się wojska napoleońskie. W XIX wieku ruiny stały się obiektem zainteresowania Słowaków, a twórca literackiego języka słowackiego Ludovit Stur bywał tu często ze swoimi uczniami, by budzić w nich słowacką świadomość narodową.
Przejazd do centrum Bratysławy pod bratysławski zamek. Obecny kształt zamku pochodzi z czasów Marii Teresy, kiedy Bratysława (wtedy Pressburg) była ważnym miastem monarchii habsburskiej. Tu koronowani byli królowie węgierscy, także Maria Teresa. Obecnie zamek jest siedzibą Muzeum Miasta Bratysławy. Na zamku nie ma co specjalnie zwiedzać, znacznie ciekawszy jest jego exterior niż interior.
Ruszyliśmy zatem na miasto - Plac Rybny, gotycka katedra św. Marcina - przez ponad 300 lat kościół koronacyjny królów Węgier (z koroną na czubku wieży), gotycki kościół klarysek (z przepiękną wieżą), Brama Michalska, przez Plac Franciszkański (kościół franciszkanów jest najstarszym w Bratysławie) na Rynek (Hlavni Namestie). Atrakcją turystyczną jest tu Stary Ratusz (XIII wiek) z barokowa wieżą i renesansowym krużgankiem oraz Plac Prymasowski z klasycystycznym pałacem prymasowskim (XVIII w.), gdzie znalazły swoją siedzibę obecne władze miasta. Z wieży Ratusza czasami słychać dźwięki różnych melodii, a po zmroku tańce laserów. W dawnym Pałacu Prymasowskim obejrzeliśmy Salę Lustrzaną, gdzie w 1805 roku podpisano pokój preszburski między cesarzem Francuzów i królem Włoch Napoleonem a cesarzem Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, a także kilka komnat z ekspozycją malarstwa i unikalnymi XVII - wiecznymi angielskimi tapiseriami.
Dalej wąskimi uliczkami starówki na Plac Hvezdoslava. Ten długi plac, a właściwie szeroka aleja ciągnąca się od Słowackiego Teatru Narodowego do Placu Rybnego (dawniej były tu mury miejskie i fosa) jest głównym deptakiem Bratysławy - tu mieści się Hotel Carlton, ambasady USA, Niemiec i Republik Czeskiej. Plac wciąż tętni życiem - festyny, koncerty ludowe i nie tylko, prezentowane są wystawy czasowe, plenerowe rzeźby, występują artyści (czasem całkiem dobrzy) grający za kilka groszy dla uciechy publiki. Otwarte bary i restauracje zapraszają chętnych.
Jak zwykle najlepszym punktem na zbiórki jest rynek, ale w Bratysławie jest to rynek z renesansowym ratuszem i XVI-wieczną fontanną Rolanda pośrodku (przedstawia cesarza Maksymiliana II). Zawsze jest tu tłoczno i gwarno.
A więc czas wolny, głównie dla wzmocnienia nadwątlonych już sił i zaspokojenia potrzeb witalnych jakimś konkretnym miejscowym rarytasem - może karczek z knedlikami, kapustą i piwem?. Komu co, a z miejscami nie było problemu, restauracyjni "naganiacze" byli wszechobecni.
Po posiłku dalej czas wolny na indywidualne spacery i zakupy w pobliskich uliczkach i zaułkach. Zbiórka, przejście do autobusu i odjazd do domu. A dom chociaż jeszcze daleko, ale już ciągnie. Zadowolone zmęczenie to ciekawy stan ducha. Dziękujemy przewodnikowi (Kazimierz Pudo) i kierowcy (pan Wiesiek) i do zobaczenia na następnej wycieczce!

A.K.


Ziemia chrzanowska i okolice - 13 października 2014


W zasadzie wycieczka pomyślana była jako wewnętrzna dla członków Koła PTTK przy UTW na zakończenie sezonu turystycznego, ale chętni do udziału spoza słuchaczy UTW byli mile widziani. Trasa wycieczki obejmowała zwiedzanie zabytkowego kościoła w Mętkowie, związanego historycznie z papieżem Św. Janem Pawłem II, klasztoru Bernardynów i Muzeum Pożarnictwa w Alwerni oraz zaliczenie Skałek Gaudynowskich w Porębie Żegotach, z zakończeniem przy ognisku, pieczonych ziemniakach i śpiewami u gościnnego Edzia Góreckiego w Porębie Żegotach. Brakło czasu na Skałki, przekładamy je na następny rok, z podobnym zakończeniem.
Była to kolejna wycieczka po naszej "małej ojczyźnie", którą warto bliżej poznać. To była naprawdę ciekawa wycieczka, a interesującymi przewodnikami byli prości ludzie - kościelny w Mętkowskim kościele, jeden z zakonników w klasztorze oraz strażak w prywatnym (miejscowa OSP) muzeum pożarnictwa.
W Mętkowie znajduje się modrzewiowy kościółek parafialny z XVIII wieku przeniesiony w roku 1973 z Niegowici, gdzie późniejszy kardynał Karol Wojtyła pełnił funkcję wikariusza. Po przeniesieniu kościółka ks. kardynał Karol Wojtyła dokonał poświęcenia kościoła w Mętkowie na chwilę przed wybraniem go na papieża. Wewnątrz kościoła znajdują się trzy barokowe ołtarze. Ołtarz główny poświęcony Matce Boskiej Częstochowskiej, boczny prawy - Sercu Jezusowemu, boczny lewy - św. Annie Samotrzeć. Obok kościoła została dobudowana dzwonnica.
Klasztor w Alwerni powstał w 1616 r. z inicjatywy Krzysztofa Korycińskiego, właściciela pobliskich dóbr. Pierwowzorem klasztoru jest góra La Verna,w Toskanii, na której św. Franciszek często się modlił i pościł, i gdzie w 1224 roku. otrzymał stygmaty. Być może Alwernia zawdzięcza tej górze swą nazwę?
 Alwernia jest miejscem kultu obrazu Pana Jezusa "Ecce Homo", czczonego tu jako ikona Miłosierdzia Bożego. Obraz podarował klasztorowi ks. Jan Franciszek Michlajski, proboszcz z pobliskich Babic. [Obraz ten był niegdyś w skarbcu w Konstantynopolu, skąd dostał się na dwór cesarza niemieckiego Ferdynanda II (1619-1637), który się często przed tym obrazem modlił. W jednej z ciężkich przepraw wojennych zanosił pobożny monarcha gorące modły o zwycięstwo, a gdy wstał od modlitwy, usłyszał słowa: . Po śmierci Ferdynanda obraz ten przeszedł w posiadanie kapelana nadwornego, który darował go radcy węgierskiemu Holló, a ten ofiarował go swojemu przyjacielowi księdzu Michlajskiemu z Lubowli na Spiszu. Ks. Michlajski, poczuwając się do wdzięczności oo. bernardynom w Alwerni, którzy jego ojca w chorobie pielęgnowali, a nawet w grobach swoich pochowali, darował ten obraz klasztorowi, dokąd go w dniu 2 sierpnia 1686 w uroczystej procesyi wprowadzono.] Początkowo był umieszczony w głównym ołtarzu, potem został przeniesiony do nowo wzniesionej kaplicy i ołtarza w 1709 roku. Przybywają tu liczne pielgrzymki z okolicy, zwłaszcza z Górnego ŚląskaOgromną popularnością cieszą się organizowane przy klasztorze od kilkunastu lat misteria bożonarodzeniowe i wielkotygodniowe, oraz pikniki parafialne (tzw. "majówki u bernardynów").
Małopolskie Muzeum Pożarnictwa w Alwerni powstało 4 maja 1953 roku w dniu świętego Floriana, patrona strażaków, z inicjatywy kpt. Zbigniewa Konrada Gęsikowskiego. Jest to najstarsze, dostępne do zwiedzania, muzeum pożarnictwa w Polsce. W uczestnikach wycieczki ilość, różnorodność, zakres terytorialny i tematyczny oraz oryginalność zgromadzonych eksponatów budziła wręcz zdumienie (pozytywne), a brak wsparcia władz dla zorganizowania lepszego ich eksponowania też zdumienie (negatywne). Znajduje się tu kilkaset eksponatów technicznych, plakaty, afisze i kalendarze. Wyjątkowe są konne wozy strażackie z początku XX wieku, samochody pożarnicze z okresu międzywojennego, sikawki ręczne, motopompy, toporki, hełmy i sztandary. Większość tych cennych eksponatów zostało zebranych jako dary od jednostek strażackich z całej Małopolski, a nierzadko z całego kraju i zagranicy. Ważne miejsce na czele muzeum zajmują kolekcje medali, odznaczeń, plakietek oraz fotografie. W muzealnych gablotach można zobaczyć również zbiory filumenistyczne i filatelistyczne.
Wycieczka zakończyła się "prażonymi po cabańsku" w gościnnych progach Edwarda Góreckiego, w którego pracowni artystycznej można było zobaczyć (i kupić) malarskie i rzeźbiarskie wytwory, jego i jego rodziny . To był naprawdę bardzo mile spędzony dzień. Wielu z nas pierwszy raz zetknęło się z ciekawymi miejscami i wydarzeniami, które miały miejsce, mają lub będą mieć miejsce w najbliższej przyszłości blisko naszego miejsca zamieszkania.

A.K.


Jesienny rajd z Kołem Grodzkim 11.10.2014


Zgodnie z "wieloletnią" tradycją Koła Grodzkiego kilka osób spotkało się na włościach Marysi, by przygotować i zapełnić garnki do pieczonych dla wszystkich uczestników Jesiennego Rajdu. Ponieważ frekwencja dopisała to i przygotowania trzeba było rozpocząć odpowiednio wcześniej. Krojenie i doprawianie do smaku szybko poszło i gotowe kociołki oraz wszelkie przekąski zostały przewiezione na działkę naszych przyjaciół - Marysi i Zdzisława Hudzików. Tam mieliśmy się spotkać, tam miał zakończyć się ten rajd.
Szlak naszej wędrówki zaczął się na przystanku przy ulicy Zielonej, Dołączyliśmy do całej grupy "rajdowców", by jak najszybciej dotrzeć do tych pyszności.
Autobusem musieliśmy dojechać do Płazy Dolnej. Reszta trasy miała być łatwa i przyjemna - więc została pokonana na piechotę. Najpierw wzdłuż Płazianki, podnóżem Grodziska, podziwiając jesienne krajobrazy Babic i Doliny Wisły. Pogoda dopisała, była idealna na taką wędrówkę. Dlatego też widoki mieliśmy piękne. Pokonaliśmy pewien odcinek drogi do Zagórza, potem przeszliśmy Rezerwat Bukowica, krajobrazowy i leśny rezerwat przyrody na triasowym wzniesieniu zachodniej części Garbu Tenczyńskiego. Atrakcją rezerwatu jest kilkusetmetrowej długości trasowa ściana skalna sięgająca 10 metrów wysokości. Znajdują się w niej liczne otwory niewielkich jaskiń. Wspaniała buczyna i piękne runo leśne, spokój, cisza , słoneczna pogoda oraz bliskość natury - to gwarancja udanego rajdu.
Oczywiście lekkie zmęczenie dało się nam we znaki, dlatego zdecydowaliśmy się odpocząć przy źródełku. Posililiśmy się, uzupełniliśmy poziom płynów w organizmie i ruszyliśmy dalej, ciesząc oczy jesiennymi barwami lasu. Została już niewielka część zaplanowanej trasy do pokonania, przyspieszyliśmy - cały czas myśląc o czekających na nas pieczonych ziemniakach.
I faktycznie, na miejscu już paliło się ognisko, stoły i ławy ustawione czekały na nas. Niestety, na pyszności trzeba było sobie zasłużyć.
Gry, zabawy, konkursy - jak zwykle mnóstwo atrakcji czekało na chętnych. Oczywiście nagrody też były.
A po pysznym poczęstunku tańce przy super muzyce.
Świetna zabawa w gronie członków i sympatyków Koła Grodzkiego, wspaniały poczęstunek, gry i konkursy oraz wszechobecny dobry humor - tak zapamiętamy ten Jesienny Rajd , będący zakończeniem sezonu Koła Grodzkiego.

E.K.


Jałowiec (1111 m npm) 05.10.2014


W góry, w góry, miły bracie ...
Tym razem wybraliśmy się pod przewodnictwem Sylwka Biela w Pasmo Jałowieckie, dość rzadko odwiedzane a ciekawe.
Zaczęliśmy w Stryszawie Górnej (przysiółek Matusy), by wkrótce wspiąć się do przysiółka Wsiórz (czyż to nie urocza nazwa ?). Dalej stokami Solniska, Opuśnioka i Kobylej Głowy doszliśmy do Przełęczy Cichej. Tu krótko odpoczęliśmy i ruszyliśmy w kierunku Jałowca. Po osiągnięciu szczytu zatrzymaliśmy się, żeby odetchnąć, wzmocnić się kanapkami, herbatą z termosu i czym tam kto miał i podziwiać panoramę. Niestety, z teoretycznie rozległych widoków tego dnia pokazało się nam niewiele: niedaleki Lachów Groń, grzbiet Babiej Góry z Diablakiem schowanym w chmurach, Mędralowa i kilka bliskich, niewysokich szczytów w tym obrębie. Reszta ginęła w chmurach. Na szczęście nad nami chmury rozeszły się i pokazało się słoneczne niebo, tak więc z przyjemnością posiedzieliśmy tam dłuższą chwilę.
Kolejny etap przejścia doprowadził nas do prywatnego schroniska pod Przełęczą Opaczne. Obiekt jest rozbudowywany i wkrótce będzie mógł przyjąć większą rzeszę gości. Ale i obecnie grupa turystów może tam zjeść, wypić a także przenocować. No więc skorzystaliśmy z oferty kuchni. Z polany obok schroniska rozciąga się niezły widok na wschód, obejmujący obszar pasma Babiogórskiego, Pasma Polic a w oddali Luboń Wielki w Beskidzie Wyspowym. W lepszych warunkach nad przełęczą Lipnicką (Krowiarki) można podziwiać fragment Tatr, ale nam nie dane było, bo chmury zalegały nad znaczną częścią Beskidów. Nad nami jednak niebo było czyste, świeciło Słońce, tak więc odpoczynek w tym miejscu był bardzo przyjemny.
Kiedy nadszedł czas, ruszyliśmy dalej. Doszliśmy do Przełęczy Kolędówki i z niej rozpoczęliśmy zejście z grzbietu w dolinę Stryszawki. Po drodze Staszek zebrał kilka ładnych kani. Gdyby wejść głębiej w las, na pewno można by tego dnia znaleźć sporo grzybów. Ale my nie mieliśmy zbyt wiele czasu, więc zostawiliśmy grzyby w spokoju.
Już blisko dna doliny zatrzymaliśmy się obok Pomnika Wdzięczności dla Prymasa Wyszyńskiego i Jana Pawła II. Nieco niżej jest klasztor ss Zmartwychwstanek, gdzie w latach 1960-67 lipcowe wakacje spędzał kardynał Stefan Wyszyński i często odwiedzał go tu biskup Karol Wojtyła.
No i już za chwilę byliśmy przy busie, który wkrótce zabrał nas w drogę powrotną do Chrzanowa.
Wycieczka była bardzo przyjemna. Pogoda dopisała, choć chmury ograniczały podziwianie rozległych widoków. Trasa niezbyt męcząca i tylko, po niedawnych deszczach, dość błotnista.
W sumie wróciliśmy do domów bardzo zadowoleni z przyjemnie spędzonego dnia.

KP


Podsumowanie sezonu Koła Fablok Ponikiew - "Ptysiowo" 04.10.2014


Tradycyjna impreza podsumowująca sezon turystyczny Koła PTTK Fablok odbyła się ponownie w Beskidzie Małym.
Ekipa organizatorów już od wielu dni pracowała nad przygotowaniem imprezy a w sobotę rano udała się do Ponikwi, gdzie Ptyś od kilku lat zaprasza nas na swoje włościa.
Zasadnicza grupa uczestników imprezy autokarem dojechała do Gorzenia Górnego, skąd rozpoczynała się piesza część wycieczki.
Jednak przed wyjściem na trasę czekał nas jeszcze bardzo ciekawy punkt programu - zwiedzanie muzeum Emila Zegadłowicza. W dworku, będącym od XIX w własnością rodziny, staraniem żony i córek artysty urządzono po wojnie zrazu skromne, teraz znacznie powiększone muzeum prezentujące pamiątki po jednym z najwybitniejszych pisarzy polskich okresu międzywojennego a także zachowaną po zawierusze wojennej część jego wspaniałej kolekcji dzieł współczesnej mu sztuki polskiej. Emil Zegadłowicz, znany przede wszystkim jako pisarz, był także wykształconym i zaangażowanym znawcą i kolekcjonerem sztuki promującym wielu młodych polskich twórców oraz odkrywcą wybitnego samorodnego talentu rzeźbiarza ludowego - Jędrzeja Wowry.
Po zwiedzeniu muzeum ruszyliśmy na trasę. Przez Iłowiec i Łysą Górę przeszliśmy do Ponikwi. Niestety, dość nisko zalegające chmury ograniczały w znacznym stopniu widoczność, tak, że nawet z nielicznych na trasie polan nie dało się podziwiać rozległych panoram. Ale nie padał deszcz, jesiennie przebarwione liście drzew stanowiły piękną oprawę leśnych duktów, podejścia nie były zanadto męczące, więc przejście trasy stanowiło sporą przyjemność. A po przejściu trasy czekały na nas atrakcje przygotowane przez zarząd koła.
Zaczęło się od posilenia się bigosem przygotowanym przez samego gospodarza. Widać było, że Ptyś zna się nie tylko na cukiernictwie, bo i bigos w jego wykonaniu był znakomity.
Kiedy już trochę się wzocniliśmy i odpoczęliśmy po przejściu prezeska Irenka oficjalnie powitała przybyłych i podsumowała osiągnięcia Koła (kto ciekaw niech zajrzy do prowadzonej na bieżąco kroniki).
No i już nadszedł czas na gry i zabawy. Były konkursy: rzuty lotkami do tarczy, rzuty kółkami na kołeczki, rzut patelnią na odległość, przechodzenie pod nisko zawieszoną poprzeczką, jedzenie zawieszonej na sznurku kiełbasy (bez pomocy rąk), tańce z balonami, konkurs krajoznawczy, bieg z jajkiem. Śmiechu było co nie miara. W międzyczasie można było jeszcze upiec kiełbaskę na ognisku, popróbować wspaniałych wyrobów cukierniczych firmy "Ptyś", zjeść pajdę ze smalcem (moze dwie, góra cy), wypić kawę, herbatę no i jeszcze coś, ale o tym sza, jedną małą rzecz, tra la la la la. Świetna zabawa w doborowym towarzystwie, liczne smakołyki i napoje sprawiły, że humory dopisywały. Niestety wszystko ma swój koniec i my również musieliśmy zakończyć imprezę.
Wróciliśmy do domów przekonani, że mimo upadku Fabloku (fabryki) koło PTTK Fablok ma się dobrze i nadal potrafi organizować znakomite imprezy turystyczne, integrować ludzi, stworzyć atmosferę zachęcającą do wspólnego działania.

KP


Tatry - Przełęcz Bobrowiecka (1663 m npm) 28.09.2014


Wiemy o tym, że warto odwiedzać Tatry we wrześniu i październiku. Są one atrakcyjne zawsze, ale w tym okresie - znacznie mniej zatłoczone niż latem, pogoda zwykle pewniejsza, nadchodzące tchnienie jesieni dodaje uroku.
Tak więc w ostatnią niedzielę września wybraliśmy się w Tatry Zachodnie.
Janusz zaproponował ciekawą trasę, prognozy pogody były niezłe - z ochotą wsiedliśmy rano do busa, który powiózł nas na Siwą Polanę.
Tam, po dopełnieniu obowiązku opłaty za wstęp większość grupy poczekała na kolejkę, jedna osoba pożyczyła rower a dwóch spragnionych chodzenia ruszyło doliną pieszo. Tak, czy inaczej pokonując dolinę podziwialiśmy ukazujące się coraz nowe szczyty, w wyższych partiach okryte warstewką świeżego śniegu.
Wszyscy dość szybko i sprawnie dotarli do schroniska na Polanie Chochołowskiej, gdzie wypadało chwilę odpocząć. Był czas na drugie (dla niektórych pierwsze) śniadanie, kawę, herbatę, czy na co tam kto miał ochotę i co niósł w plecaku.
Po dopoczynku ruszyliśmy wreszcie konkretnie w góry szlakiem w kierunku Grzesia, potem niedawno wyznakowanym łącznikiem do Przełęczy Bobrowieckiej. Tam dość niezauważenie przekroczyliśmy granicę państwa (po co ktoś wymyślił granice, bez nich jest tak wygodnie !) i schodziliśmy na Słowację.
Jeden nieuważny turysta skręcił z wyznaczonego szlaku w prawo i nie zauważając tablic z zakazami i szlabanów poszedł na Bobrowiec, ścieżką do niedawna oficjalnie oznakowaną a dziś wykorzystywaną tylko przez takich niesfornych. Podchodząc na szczyt Bobrowca (skąd widoki są przednie) spotkał kilkoro Słowaków podążających w przeciwnym kierunku a potem towarzyszyło mu już tylko Słońce, wiatr i tatrzańska przyroda.
Grupa zeszła przez Umarłą Przełęcz do Doliny Juraniowej. Ścieżka wiedzie tu przez Cieśniawy - wspaniały kanion wyżłobiony przez potok, gdzie podziwiać można ślady istniejącej sto kilkadziesiąt lat temu drogi służącej do wywozu rudy żelaza wydobywanej w sercu gór.
Potem jeszcze kilometr, moze dwa, góra cy i już doszliśmy do Orawic. A tam, jak wiadomo, jest kolejna atrakcja - baseny termalne. Za jedyne 5 EUR można tam (na teren starych basenów) wejść i moczyć się do woli w ciepłej wodzie mineralnej. Po kilku godzinach chodzenia po górach tego nam było trzeba. Dwie godziny w wodzie (z przerwami, oczywiście) przywróciły nam siły.
No i już trzeba było wracać do domu.
Dzień minął szybko, może zbyt szybko ale pozostawił po sobie bardzo miłe wspomnienia - pięknych, majestatycznych gór, łagodnie przygrzewającego jesiennego Słońca, rozkosznych wód w basenie. Czyż nie lepiej tak spędzić niedzielę niż wycierać fotel przed telewizorem ?

KP


Chorwacja 5-14.09.2014


Kolejną wycieczkę krajoznawczo - wypoczynkową zorganizowaliśmy w północne rejony Chorwacji. Znów zapisał się komplet uczestników - w piątkowy wieczór wyjechało nas 51 osób, w tym pilot Kazimierz i dwóch kierowców: Jurek i Włodek.
Po nocnej podróży w sobotę dojechaliśmy do miejscowośc Postojna w Słowenii. Jest tam najbardziej chyba znana i popularna atrakcja tego niewielkiego (20 tys km2, 2 mln mieszkańców) państwa: Jaskinia Postojna. Zwiedziliśmy ją i zachwyciliśmy się. Spośród wielu pięknych jaskiń krasowych, które można zwiedzić w różnych krajach wyróżnia się Postojna rozmiarem. Udostępniono tu do zwiedzania około 5 km korytarzy, sal, galerii, przy czym połowę tej trasy pokonuje się jedyną w swoim rodzaju kolejką. W części jaskini pokonywanej pieszo można podziwiać wspaniałą szatę naciekową o bogatych kształtach i różnorodnym zabarwieniu. Specjalną atrakcją jaskini jest żyjący tylko w niej odmieniec jaskiniowy zwany wśród miejscowej ludności "ludzką rybką" - można go oglądać w akwarium ustawionym w jednej z komór. Podziwianie tego wszystkiego kosztuje, co prawda, niemało (20 EUR + 2 za audioguida), ale warto, tym bardziej, że zwiedzanie jest dobrze zorganizowane i przygotowane (m.in. audioguide z tekstami po polsku).
W pobliżu jaskini jest jeszcze Predjamski Hrad - zamek zbudowany częściowo w wielkiej grocie. Tam też warto podjechać, żeby go zobaczyć. Mieliśmy zbyt mało czasu, więc obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz.
No i pozostało nam jeszcze około 100 km do naszej bazy w Njivicach, na wyspie Krk. Dojechaliśmy tam, zakwaterowaliśmy się w hotelu Adria należącym do dużego zespołu hotelowo - wypoczynkowego i mieliśmy trochę czasu na pierwszy kontakt z Adriatykiem.
Plaże w Njivicach, jak prawie wszędzie w Chorwacji są kamieniste, skaliste lub betonowe, czyli dla Polaków, przyzwyczajonych do nadbałtyckich piasków - niezbyt atrakcyjne, ale za to Adriatyk jest znacznie cieplejszy. Tak więc trzeba było wejść do wody i popływać.
A potem nadszedł czas na kolację. I tu spotkało nas oszołomienie. Kolacje, podobnie zresztą jak śniadania serwowane są w hotelu Biały Kamyk w postaci bufetu z niesamowicie bogatym i różnorodnym menu: począwszy od dwóch zup do wyboru poprzez różne mięsa, ryby, ciekawe potrawy wegetariańskie, bogatą gamę dodatków, warzyw i surówek aż po desery: kompot, kilka rodzajów ciastek, owoce, dwa rodzaje lodów. I każdego dnia menu było nieco inne. Po prostu orgia smaków. Trzeba było wielkiej siły woli, żeby nie przesadzić i nie popaść w obżarstwo.
Po tak obfitym posiłku trzeba było wybrać się na spacer. Jak w każdej nadmorskiej miejscowości również w Njivicach można spacerować wzdłuż wybrzeża morskiego podziwiając położoną za wodą Istrię, światła Rijeki i wyspę Cres. Oczywiście są tu również liczne bary i restauracje, kuszące smakołykami, ale na nas to nie działało. Właściwie tylko napoje mogły liczyć na nasze zainteresowanie a i to w ograniczonym zakresie, bo po długiej podróży i ostatniej nocy spędzonej w autokarze chyba wszystkim zależało głównie na odpoczynku.
W niedzielę mieliśmy dzień do własnej dyspozycji. Korzystając z pięknej, słonecznej pogody uczestnicy wycieczki kąpali się w morzu, wystawiali ciała do słońca, spacerowali po Njivicach.
Ja z Grażyną i Jurkiem wybraliśmy się zaraz po śniadaniu na spacer - wycieczkę pieszą po okolicy. Zamierzaliśmy obejść położone nieopodal jezioro. Niestety, okazało się, że zaznaczony na mapie szlak kolarski nie istnieje w terenie, nie ma nawet ścieżki wokół jeziora a mokradła i gęste krzaki uniemożliwiają przejście "na azymut". No więc poszliśmy drogami, które są (z kolei nie zaznaczonymi na mapie). Spacer był dość przyjemny. Po przejściu około 10 km doszliśmy do stanowiska archeologicznego w pobliżu miejscowośco Omisalj. Można tam podziwiać odkryte przez archeologów pozostałości forum rzymskiego miasta Fulfinum a obok ruiny wczesnochrześcijańskiej bazyliki Mirine.
Ponieważ było ciepło a zwiedzane zabytki leżały tuż nad zatoką, skorzystałem z możliwości kąpieli.
Potem skierowaliśmy się już w stronę Njivic. Żeby jednak nie iść wzdłuż ruchliwej drogi, skręciliśmy w stronę morza. Po pewnym czasie osiągnęliśmy brzeg i ścieżką na klifie szliśmy w kierunku domu. Jeszcze jeden przystanek z kąpielą w cichej, odludnej zatoczce, jeszcze kilka kilometrów przez las wzdłuż morza, jeszcze przejście przez rejon opanowany przez naturystów (nie ograniczających się do wylegiwania na plaży, ale także spacerujących po lesie) i już jesteśmy w Njivicach. Pogratulowaliśmy sobie pięknego przejścia (szczególnie Grażynie, która nie przyzwyczajona do tak długich tras pieszych - około 25 km - trochę pod koniec narzekała) i zasiedliśmy w barze nad morzem. I znów była okazja do kąpieli a także uzupełnienia płynów.
A wieczorem - obiad, spacer, zajęcia w podgrupach.
Na poniedziałek mieliśmy zaplanowany rejs po Adriatyku - tak zwany fish picnic.
Po śniadaniu przeszliśmy do przystani, gdzie czekał na nas statek Aquarius. Weszliśmy na jego pokład i wkrótce odbiliśmy od brzegu. Kapitan wraz z załogą powitali nas kubkiem ze wzmocnioną colą i skierowali statek w stronę miasteczka Bieli na wyspie Cres. Słońce świeciło, więc można było wystawić blade członki na jego działanie. Atrakcją naszego stateczku były okna zlokalizowane poniżej poziomu wody, umożliwiające podziwianie bogatego życie wodnego.
Po około 1,5 godz dopłynęliśmy do przystani i zeszliśmy na brzeg. Miasteczko Bieli znajduje się na wzgórzu, można do niego podejść w kilkanaście minut lub podjechać turystyczną kolejką. Byli chętni na obie wersje. Na górze znaleźliśmy niewielkie, założone przez Rzymian miasteczko z wąskimi uliczkami, uroczym kościółkiem i ładnymi widokami na Zatokę Kvarner, wyspę Krk i okoliczne góry. Po zrobieniu zdjęć i uzupełnieniu płynów zeszliśmy na plażę, żeby skorzystać z rozkoszy kąpieli w Adriatyku i plażowania. W umówionym czasie wróciliśmy na pokład, gdzie czekał na nas poczęstunek: rybki z surówkami i, oczywiście, lampką wina. A potem - dalszy ciąg plażowania.
Wreszcie nadszedł czas na powrót - znów około 1,5 godz rejs, tym razem w przeciwnym kierunku.
Pogoda dopisała, morze było spokojne, widoki wspaniałe, kąpiel bardzo przyjemna - krótko mówiąc: bardzo udany dzień.
We wtorek po śniadaniu wybraliśmy się do Włoch. Przez Słowenię przejechaliśmy do Triestu, gdzie rozpoczęliśmy od zwiedzenia zamku Miramare. Ta, położona na przedmieściu Triestu rezydencja, zbudowana w II połowie XIX w dla Maksymiliana Habsburga (późniejszego cesarza Meksyku, rozstrzelanego przez rewolucjonistów) obecnie mieści muzeum poświęcone byłym właścicielom, to znaczy Habsburgom i księciu Aosty, późniejszemu wicekrólowi Abisynii.
Pałac, zlokalizowany na wysokim klifie nad morzem, otoczony jest pięknym, rozległym parkiem, na którego zwiedzenie, niestety, nie mieliśmy dość czasu. Musieliśmy się spieszyć, bo w programie mieliśmy kolejną słynną w świecie jaskinię: Grotę Gigante. Dojechaliśmy do niej i wkrótce zeszliśmy w głąb Ziemi. Jaskinia ta słynie z największej komnaty wśród udostępnionych do zwiedzania - wpisanej do księgi rekordów Guinessa. Zwiedzając tę ogromną komnatę o głębokości ponad 100 m trzeba pokonać 500 stopni w dół a potem 500 stopni w górę. W materiałach informacyjnych podano, że wewnątrz komnaty można by zmieścić całą rzymską bazylikę św Piotra. Wspaniałe przygotowanie, oświetlenie sprawia, że jaskinia rzeczywiście robi wrażenie swoim ogromem.
I na koniec programu krajoznawczego tego dnia pozostał nam jeszcze Triest. Niegdyś chluba monarchii Austro-Węgierskiej, 4 w kolejości miasto tego imperium (po Wiedniu, Budapeszcie i Pradze), zachował wiele wspomnień po okresie wpływów Habsburgów. Architektura centrum miasta nawiązuje do wzorów wiedeńskich. Centralny plac miasta otoczony jest wspaniałymi budynkami, służącymi niegdyś urzędom cesarskim a obecnie lokalnej i regionalnej władzy samorządowej. W pewnym oddaleniu od ścisłego centrum można tam zobaczyć pozostałości amfiteatru rzymskiego a wspiąwszy się na wzgórze dochodzi się do zamku i katedry św Giusto. Ale tam doszedłem dość spiesznie sam, bo pozostali uczestnicy wycieczki spędzili czas podziwiając spokojnie uliczki, zaułki i kawiarnie (Triest bywa nazywany włoską stolicą kawy) otaczające plac centralny.
No i już trzeba było wsiadać do autokaru i wracać do Njivic. Kolację zjedliśmy tego dnia nieco później, niż zwykle, ale smakowała, jak zwykle, wspaniale. Ponieważ prognozy na następne dni były niezbyt sprzyjające plażowaniu, z tendencją do pogarszania się pogody, postanowiłem że w środę będziemy mieli kolejny dzień bez zwiedzania - na odpoczynek. Niestety okazało się, że od rana pogoda już była nieciekawa. Ale nie na tyle, żeby nie można się wybrać na spacer. Tak więc mniejsze i większe grupki, zaopatrzone w parasole, peleryny, ale także stroje kąpielowe wybrały się w tym dniu do najbliższej miejscowości położonej na południe - Malinskiej.
Były okresy dość intensywnych opadów ale były także chwile całkiem przyjemne. Tak czy inaczej kąpałem się w tym dniu dwukrotnie: raz w Njivicach przy padającym dość gęsto deszczu (ale deszcz przecież nie przeszkadza, kiedy się jest w wodzie), drugi raz w Malinskiej w znacznie lepszych warunkach, do tego w towarzystwie sporej grupy letników a głównie letniczek z Kaliningradu, zachwyconych, że tu morze tak ciepłe (no pewnie, w porównaniu z Bałtykiem). Malinska jest dość typową miescowością nadmorską z deptakiem wzdłuż wybrzeża, sklepikami, barami, restauracjami. W sumie bez rewelacji, ale dobry cel na dłuższy spacer. Spacer jest dłuższy, bo trzeba jeszcze wrócić. Wracaliśmy inną drogą - nie wygodną leśną, którą doszliśmy do celu a trochę trudniejszą - wzdłuż brzegu, więc chwilami po skałach i korzeniach.
W sumie dzień, choć przy nienajlepszej pogodzie, spędziliśmy dość przyjemnie, w ruchu. I o to chodzi, szczególnie wziąwszy pod uwagę szaleństwo kulinarne, o którym wspominałem a dalej nie piszę o nim, żeby się nie powtarzać.
Na czwartek wypadło nam zwiedzanie Rijeki. Pojechaliśmy tam rano. Niebo było zachmurzone, ale deszcz nie padał. Wysiedliśmy w pobliżu centrum miasta i skierowaliśmy się na wzgórze Trsat z zamkiem i sanktuarium Maryjnym. Po ponad 600 schodach wspięliśmy się do góry. Najpierw obeszliśmy teren sanktuarium, weszliśmy do kościoła a potem poszliśmy na zamek. Warto zadać sobie trud podejścia, bo zamek (budowle obronne stawiano tu jeszcze przed opanowaniem terenu przez Rzymian, początki obecnego są z XIII w, później rozbudowywany) jest ciekawy a widoki z jego murów i wieży są piękne. Niestety, kiedy zeszliśmy, żeby pospacerować po starym centrum, rozpadało się. Urocze Korzo, ciekawe budynki bazaru, piękny budynek Chorwackiego Teatru Narodowego - wszystko to podziwialiśmy spod parasoli, ja osobiście dość pospiesznie, bo przemokłem i wolałem schronić się w autokarze.
Wróciliśmy do Njivic dość wcześnie, na chwilę przestał padać deszcz, więc pojechaliśmy jeszcze (po wysadzeniu przed hotelem tych, którzy mieli już dość zwiedzania pod parasolem) do miasteczka Krk. To najciekawsze miasteczko na wyspie, z pozostałościami murów obronnych (początki z czasów rzymskich), bazyliką o bardzo dawnej historii (obecna z XII w, na pozostałościach VI - wiecznej), wąskimi, pełnymi wdzięku uliczkami. Niestety, kiedy chodziliśmy po tych uliczkach przemieniły się one w rwące potoki - spadł ulewny deszcz. Metoda na to była prosta - zdjąć buty i skarpety i brodzić boso po wodzie.
Po powrocie do Njivic z przyjemnością zjedliśmy ciepły obiad.
Nadszedł piątek a na ten dzień zaplanowaliśmy wycieczkę górską. Naszym celem był Park Narodowy Północnego Velebitu.
Żeby tam dotrzeć, trzeba przejechać blisko 100 km wzdłuż wybrzeża a potem wyjechać na wysokość ponad 1200 m nad poziom morza. Już ten wyjazd jest atrakcją dla turystów z Polski. Autokar wspina się mozolnie wąską drogą pokonując kolejne serpentyny. Raz z lewej, za chwilę z prawej widać stromo opadające zbocze i coraz niżej pozostający Adriatyk. Ktoś o słabych nerwach może tu mieć trudności. Od przełęczy Oltare droga prowadzi już tylko do Parku Narodowego i po niedawnej przebudowie jest całkiem wygodna. Po kilkunastu kilometrach dojechaliśmy do wejścia do Parku, gdzie zlokalizowany jest parking, toaleta i punkt informacyjno - kasowy. Stąd można jechać jeszcze dalej, ale już leśną drogą z nawierzchni z uwalcowanych kamieni. My jednak przybyliśmy tu po to, żeby pochodzić po górach, zostawiliśmy więc autokar i ruszyliśmy pieszo, częściowo oznakowaną ścieżką.
Niestety pogoda znów się popsuła: chmury obniżyły się, albo my wyszliśmy wyżej i ogarnęła nas mgła, która zmieniła się w mżawkę a potem regularny deszcz. W pelerynach, pod parasolami doszliśmy do schroniska Zaviżan. Można tam usiąść pod dachem, wypić herbatę, skorzystać z toalety, czyli zaspokoić podstawowe potrzeby turysty w górach. Jednak do naszych współczesnych schronisk, jak choćby na Markowych Szczawinach, na Hali Miziowej czy większości tatrzańskich jest mu bardzo daleko, choć, jak wspomniałem, można do niego dojechać nawet autokarem.
Po krótkim odpoczynku wyszliśmy na zawnątrz, żeby zdobyć widoczny z okien szczyt Velika Kosa - z poziomu schroniska można go raczej nazwać pagórkiem. Na chwilę przestał padać deszcz, mogliśmy podziwiać okoliczne szczyty i nawet widzieliśmy daleko w dole Adriatyk. Jeszcze kilka zdjęc i trzeba schodzić. Półtorej godziny marszu i wsiadamy do autokaru. Jeszcze raz przeżywamy atrakcje związane z podróżą ciasnymi serpentynami wytyczonymi na zboczach masywu Velebit. Potem już zupełnie spokojnie wracamy do Njivic.
Na wycieczkę tę wybrało się 30 osób. Pozostali uczestnicy spędzili ten dzień na miejscu a kilka osób pojechało do Krku, gdzie miały zdecydowanie lepszą pogodę niż my wczoraj.
W sumie wszyscy byli zadowoleni z tego dnia.
Wieczorem spora grupka zebrała się w hallu naszego hotelu, żeby wspólnie spędzić ostatni wieczór w Njivicach.
W sobotę nadszedł czas odjazdu. Kierownictwo hotelu umożliwiło nam pobyt w pokojach do popołudnia (normalnie regulamin nakazuje opuszczenie pokoju do 10,00) mogliśmy więc spokojnie pożegnać Njivice, skorzystać jeszcze raz z kąpieli (pogoda była piękna), plażowania, odwiedzić ostatni raz ulubiony bar pod trzcinowymi parasolami.
Po południu spakowaliśmy się, pożegnaliśmy z hotelem i ruszyliśmy w drogę.
Chcieliśmy jeszcze wieczorem zatrzymać się w stolicy Słowenii - Ljubljanie. Dojechaliśmy tam już po ciemku i mieliśmy trochę kłopotów ze znalezieniem miejsca na parking autokaru. Wysiedliśmy więc na przystanku autobusowym tuż przy starym mieście a nasz autokar odjechał.
Było trochę chłodno, ale bez deszczu. Wąskie uliczki starego miasta były ładnie oświetlone, sporo ludzi spacerowało, korzystało z oferty licznych lokali, na jednym z placów ekipa kręciła film. Obejrzeliśmy ratusz, katedrę św Mikołaja, Trójmoście (trzy mosty nad rzeką Ljubljanicą obok siebie), mieliśmy czas na kawę i indywidualny spacer po niewielkim starym centrum (prawie wszystkie ciekawe obiekty są tam w odległości 10 min marszu od Trójmościa). Wieczorna Ljubljana sprawia przyjemne wrażenie.
Po umówionym czasie wróciliśmy na przystanek autobusowy, ale kierowca Jurek zadzwonił, że coś się dzieje w mieście, ulice są pozamykane i nie mogą do nas dojechać. Wyjaśnił mi, gdzie stoją i musieliśmy tam dojść. Okazało się, że na naszej drodze urządzono duży koncert plenerowy i stąd utrudnienia w ruchu. Po dojściu do autokaru mogliśmy już ruszać w stronę domu.
A po nocnej podróży, w niedzielę mieliśmy jeszcze w planie zwiedzanie Morawskiego Krasu.
Na Morawach przywitała nas nienajlepsza pogoda: było wilgotno i pochmurno, można się było spodziewać lada chwila deszczu. Ale szkoda było opuścić czekające nas atrakcje.
Zaczęliśmy od przepaści Macocha (nazwa związana z legendą o złej macosze, która na dnie skończyła życie) spoglądając w głąb najpierw z tarasu widokowego na jej krawędzi a potem z drugiego, położonego niżej. Potem zeszliśmy na dno Pustego Żlebu i doszliśmy do Jaskini Punkiewnej. Jest to część ogromnego systemu jaskiń wyżłobionych przez rzekę Punkvę. Niestety ze względu na kilkudniowe opady i bardzo wysoki poziom płynacej przez jaskinię rzeki nie było możliwe przepłynięcie jej fragmentu, co jest największą atrakcją zwiedzania. Tak więc tylko przeszliśmy przez korytarze i komory jaskini, doszliśmy na dno przepaści Macocha i wróciliśmy do wyjścia. Szata naciekowa jest ciekawa (szczególnie Anioł zapiera dech w piersiach) ale w porównaniu z Postojną jest to maleństwo. Po wyjściu z jaskini przeszliśmy drogą prowadzącą Pustym Żlebem do Kamiennego Młyna. Po chwili na posiłek mogliśmy już ruszać do Polski.
Droga powrotna minęła szybko, bez przygód. Przed 15,00 wysiadaliśmy w Chrzanowie z autokaru, żegnaliśmy się i umawialiśmy na następny wyjazd do Chorwacji. Bo, mimo nienajlepszej pogody (a w lipcu w Chorwacji mieli jeszcze gorzej) - było pięknie.

KP


Dolinki podkrakowskie - 3 sierpnia 2014


W upalny sierpniowy dzień wybraliśmy się na pieszą wycieczkę szlakiem Podkrakowskich dolinek - od kościoła w Paczółtowicach poprzez dolinę Racławki, wąwóz Stradlina i Zbrza do kamieniołomów w Dębniku. Jak widać na zdjęciach humory dopisały, pogoda dopisała i, co niemniej ważne, dopisał przewodnik - pan Zbyszek Milasz. To naprawdę był popis wyczerpującej wiedzy o terenie, przyrodzie, historii materialnej i kulturowej tego terenu. Do tego wspaniała przyroda, dużo łazikowania przy którym bardzo pomocne okazały się kijki, a także nasza "kijankowa" zaprawa.
Nie mam wystarczających kompetencji do szczegółowego opisywanie przyrody i geologii podkrakowskich dolinek, chętni na pewno zgłębią ją przy pomocy przewodników i internetu. Dla wielu z nas, dla mnie też ważniejszy był spacer na świeżym powietrzu, w miłym towarzystwie oraz zobaczenie miejsca gdzie wydobywany był słynny czarny marmur dębnicki (ołtarze i posadzki m.in. w kościele w Paczółtowicach, sanktuarium w Czernej, posadzki w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie (?!!!) i nie tylko!) było ciekawe i intrygujące. Same wyrobiska też robiły wrażenie - ogromem i .. ciszą porzucenia.
Umówiliśmy się na kontynuowanie zaznajamiania z tym terenem na następny rok. Może Dolina Prądnika?

A.K.


Wielka Fatra z Kołem Grodzkim 1-3 sierpnia 2014


W piątek 1 sierpnia 2014 r. w grupie dwudziestu osób wyruszyliśmy na wycieczkę na Wielka Fatrę na Słowacji. Po burzowej nocy było mglisto i mokro, ale była dopiero 5:30 rano. W podróży większość dosypiała, ale trudno sie dziwić - przecież czekały nas całe trzy dni zdobywania szczytów, które łagodnie mówiąc do najłatwiejszych nie należą.
Kiedy dotarliśmy do granicy Pan kierowca sprawnie załatwił formalności, a potem juz prosto do celu. Około 10:30 powitała nas Turecka - już bardzo słoneczna i gorąca. Jeszcze szybka kawa, która oferował Pan kierowca i przed godzina 11:00 rozpoczęliśmy wspinaczkę na trzeci szczyt Wielkiej Fatry - Kriżną (1574,3m). W głowach mieliśmy słowa przewodnika "życzmy sobie dnia bez burzy", ale najwyraźniej miało być inaczej.
Powoli wspinaliśmy sie żółtym szlakiem wzdłuż dawnej trasy wyciągu, a słońce paliło coraz bardziej. Łatwo nie było! Niestety za nami podążała burza i jedyne co mogliśmy zrobić, to mieć nadzieje, ze nas ominie. Kiedy dotarliśmy na szlak niebieski okazało sie, że burzowe chmury są juz tez tam dokąd zmierzamy więc było wiadomo, że burza nas nie ominie. Omineły nas niestety widoki, które ma do zaoferowania Kriżna, ale tam na szczycie nikt nie myślał o widokach. To były chwile, które pozostaną w pamięci na bardzo długo. Sceny jak z filmy grozy: pędzące chmury, grzmoty i błyskawice, grad, wiatr i wielkie pragnienie, żeby juz się to skończyło. Schodziliśmy do Hotelu Górskiego w strugach deszczu i płynących potokach, dopiero w okolicach Kralowej Studni burza trochę złagodniała.
W hotelu rozgrzewaliśmy sie gorącą herbatą, inni zupą lub czym kto miał, wylewaliśmy wodę z butów i wykręcaliśmy skarpetki. Większość z nas przemoczona była do suchej nitki. Po odpoczynku około godziny 15.30 ruszyliśmy w drogę do autobusu. Burza ustała, ale cały czas mruczało, a deszcz juz w słabszej formie, ale wracał jeszcze kilkakrotnie. Do busa dotarliśmy przed 18:00. Pan kierowca częstował gorącą herbatką. Po konsumpcji wszyscy w komplecie ruszyliśmy do Blatnicy. Po drodze jeszcze zakupy w Turczańskich Teplicach. Na miejscu doznaliśmy lekkiego rozczarowania, warunki pozostawiały trochę do życzenia, ale przecież mieliśmy tu tylko nocować.
Przewodnik pokazał nam szczyt, który był naszym celem następnego poranka i po spędzeniu wieczoru na wspólnych rozmowach, udaliśmy sie do "izb".
Następnego dnia prawie cala grupa wyruszyła Dolina Gaderską na Tlstą ( 1373m). Powietrze było świeże i rześkie, szło sie bardzo fajnie. Po około h godzinie dotarliśmy do jaskini Mazarna, a tutaj Pani Marysia (grotołaz) wszystkich chętnych oprowadzała po wnętrzach. Dalsza droga już trochę trudniejsza, ale przebiegła w super atmosferze. Dzisiaj pogoda była wymarzona, około godziny 12:00 zdobyliśmy Tlstą- buty z nóg i dłuższy odpoczynek. Tego dnia czekał na nas jeszcze jeden szczyt - Ostra (1254m). Ponieważ pogoda była bardzo ładna to po emocjonującym podejściu podziwia można było piękne widoki, o jakich dzień wcześniej mogliśmy tylko marzyć. Z Ostrej ruszyliśmy w drogę powrotną do Doliny Blatnickiej. Zejście było dosyć trudne, ale czekały na nas baseny termalne w Turczańskich Teplicach. Czas nas trochę naglił, ale udało sie i około 18:00 byliśmy w Aqua parku, a tu cudowna zabawa: zjeżdżalnie, rury wodne, masaże, wiry wodne- to było to, czego nasze ciała potrzebowały. Wieczór zakończyliśmy kolacją w Kolibie Zuzanka. Była okazja posmakowa popularnego na Słowacji "syra wyprażanego". Potem już tylko powrót na camping.
  Niedziela to ostatni dzień na Słowacji. O 8:00 Pan kierowca zawiózł nas do Bela- Dulic, gdzie Beliańską Doliną ruszyliśmy na Lysec (1381m). Początek to droga w błocie, potem marsz przez wysokie trawy, przy tym ogromna wilgotność powietrza. Początkowo szlak właściwie bez oznakowania, ale dla przewodnika to żaden problem. Potem po odpoczynku drogą przez las, ale nadal bardzo stromo. Być może to zasługa wizyty na basenach, ale na Lysec docieramy troszkę przed planowanym czasem. Wszyscy w dobrych nastrojach, do tego cudowne widoki. Przed nami główna grań Wielkiej Fatry. Przyjemny wiaterek jeszcze bardziej uprzyjemnia czas, ale musimy wracać. Schodzimy niebieskim szlakiem i wielkie dzięki Panie przewodniku, ze szlakiem tym nie wychodziliśmy. Nogi coraz słabsze, słońce pali coraz mocniej, ale dajemy radę. Czeka na nas zimny potok, który daje upragnione orzeźwienie. Jeszcze trochę marszu i dochodzimy do parkingu, gdzie czeka na nas niezawodny Pan kierowca. Przed odjazdem odwiedzamy jeszcze bar Cerna Hora, ale to tylko na piwko- jeść będziemy juz w Polsce!
W drodze powrotnej juz w autobusie widzimy, ze nad Małą Fatrą znów burza. Około 17:30 jesteśmy w "Karczmie Zbójnickiej" w Zawoi, pyszne polskie jedzenie i w dalsza podróż - teraz juz prosto do Chrzanowa.
Szczęśliwie docieramy około 20:00 i juz marzymy o kolejnej wyprawie.

  Małgorzata Cyganik


Gorce - bliżej przyrody 29.06.2014


W Gorce jeździmy dość często, ale przeważnie na Turbacz. A przecież jest tam wiele ciekawych tras, dorodnych buczyn, widokowych polan, ustronnych zakątków i słabo przedeptanych ścieżek.
No i my właśnie postanowiliśmy się wybrać w taki mniej oblegany rejon Gorców.
Pod wodzą Grzegorza ruszyliśmy z Przełęczy Przysłop (750 m npm) by przez Gorc Troszacki dojść do Kudłonia (1276 m npm). Nieco ponad 500 m różnicy poziomów to dla wprawnego turysty niezbyt wiele, ale było z nami kilka osób o przygotowaniu raczej spacerowicza, szliśmy więc niezbyt szybko. Ale przecież nie musieliśmy się spieszyć. Pogoda była doskonała, błękitne niebo i promienie słoneczne zachęcały do spokojnej kontemplacji otoczenia.
Po drodze była niejedna okazja do zachwycenia się rozległymi widokami Gorców i Beskidu Wyspowego. Polany Jaworzynka, Podskały, Jadamówka, Gorc Troszacki umożliwiają coraz to inne spojrzenie na bliższe i dalsze szczyty. Także dalej, między Kudłoniem a Przełęczą Borek można podziwiać panoramy.
Na przełęczy Borek usiedliśmy na dłuższą chwilę, żeby odetchnąć i nacieszyć się leniwie pięknym dniem.
A potem już zostało nam tylko zejście do Koniny. Trochę szkoda, że wszystko, także tak piękny dzień musi mieć swój koniec.

KP


Miśnia i Drezno - 16 - 18 maja 2014


Saksonia od dawna budzi w Polakach mieszane uczucia - stąd wywodzili się m. in. polscy królowie elekcyjni (Sasowie), tu w czasach zaborów znajdowało schronienie, miejsce życia i pracy wielu wybitnych artystów i pisarzy, a jednocześnie była częścią zaborczych Niemiec. I co z tego, że państwo niemieckie było zlepkiem licznych niezależnych, pod pewnymi względami, krajów - landów?
W informatorach turystycznych Miśnię (Meissen) w przewodnikach turystycznych charakteryzują cztery elementy: 1000 lat żywej historii, wszechobecne słynne niebieskie miecze, kraina Łaby - rezydencje i letniska, wyśmienite wino i śmieszne wypieki.
Nas przyciąga szczególnie to drugie, bo Marchia Miśnieńska niezbyt dobrze się historycznie kojarzy. Ale historia jest niezależna od naszych sympatii i antypatii. A Miśnia jest uznawana za "kolebkę" Saksonii i dowodem na to jest m.in. zamek Albrechta (Albrechtsburg) i katedra (Dom zu Meissen). Obie te budowle, szczególnie siedziba książęcego rodu Wettinów, robią ogromne wrażenie, a zamek jest uznawany za pierwszą tego typu budowlę w historii niemieckiej architektury (1471 - 1524, późny gotyk). Dziś jest tu znane muzeum. Z wież zamku roztaczają się wspaniałe widoki, w tym na samo miasto - czyste średniowieczne uliczki ze sklepikami, kafejkami i winiarniami, na kościoły z najbardziej znanym kościołem NMP (Frauenkirche).
A wracając do tego "drugiego". Kto choć raz był w Miśni wie - wszechobecna porcelana. To tu od 1710 roku powstawało "białe złoto" Wettinów i Saksonii - najwspanialsze porcelanowe rękodzieło. Trudno sobie wyobrazić kulturę materialną Europy bez porcelany miśnieńskiej - z jej niepowtarzalnością, kolorytem, maestrią, smakiem. Mogliśmy tego doświadczyć zwiedzając pokazowy zakład Państwowej Manufaktury Porcelany oraz muzeum i hale ekspozycyjno-handlowe. A "niebieskie miecze" to oczywiście "logo" miśnieńskiej porcelany. Tych cudeniek nie sposób opisać, to trzeba zobaczyć, najlepiej osobiście. I nie należy wtedy brać ze sobą pieniędzy ani kart płatniczych. Trudno ich utrzymać w "stanie nienaruszonym".
Druga część wycieczki to Drezno. Kto pamięta film "Dziś w nocy umrze miasto" jest pełen podziwu dla pietyzmu odbudowy i rekonstrukcji po dywanowym nalocie na miasto 13 lutego 1945 roku, na miasto, które, na dobrą sprawę, nie miało już wtedy żadnego militarnego znaczenia, szczególnie jego historyczne śródmieście. Osobista moja refleksja - przypominam sobie to miasto z 1972 roku - ślady tamtej nocy były wtedy widoczne na każdym kroku. W czasach NRD wykonywano powolnie jedynie niezbędne prace rekonstrukcyjne. Zupełnie inaczej wygląda to obecnie, choć ślady tamtych zniszczeń są jeszcze widoczne, zostały zachowane dla "potomności".
Miasto jest ośrodkiem turystycznym, a najbardziej charakterystycznym jest 800-letni zamek rezydencyjny, łączący w sobie saksońską kulturę i style architektoniczne. Szczególnie interesująco wygląda panorama starego miasta oglądana z drugiego brzegu Łaby - mogliśmy ją podziwiać wędrując nabrzeżem do barki "D. Poppelmann", na której nocowaliśmy.
Najbardziej charakterystyczne budowle Drezna to dawna zbrojownia Albertinum, będąca obecnie jednym z najbardziej znanych w świecie zbiorem dzieł malarstwa i rzeźby oraz Zwinger, jedna z najsłynniejszych budowli na świecie - zespół pałacowy, obecnie centrum kulturalne i obraz dawnego przepychu królewskiego. Zgromadzone zbiory sztuki wszelakiej, w tym Galerie Malarstwa Mistrzów Dawnych i Nowych, zbiory porcelany, zbiory techniczne, Zbrojownia, skarbiec Zielone Sklepienie (Grünes Gewölbe) budzą zachwyt i zapierają dech w piersiach swoim bogactwem i różnorodnością. I dotyczy to nie tylko najsłynniejszej "Madonny Sykstyńskiej" Rafaela Santi, czy też bezcennych zbiorów klejnotów i porcelany. Dla mnie odkryciem był fantastyczny zbiór dzieł tzw. małych Holendrów. Te niewielkie rozmiarami płótna są tak bogate swą treścią i kunsztem malarskim, że zawsze skupiają przy sobie grupy zachwyconych miłośników tego malarstwa.
Jeszcze jedna osobista refleksja z poprzedniego pobytu w tym miejscu - wtedy "Madonna" była w oddzielnej Sali, wyciszonej, a w tle unosiły się dźwięki "Ave Marii" Schuberta. To było cudne i towarzyszyć mi będzie na zawsze. Obecna ekspozycja obrazu, zapewniająca większą przepustowość widzów ale w tłumie, nie zapewnia tej chwili niesamowitej podniosłości, wręcz wzruszenia. Spróbujcie w domowym zaciszu spojrzeć na ten obraz w takim właśnie otoczeniu. Internet Wam to umożliwi.
Potem szybki spacer po mieście i przyciągające oczy zabytki, w tym szczególnie dwa kościoły:
Frauenkirche, Kościół NMP - jeden z najbardziej znanych zabytków protestanckiej architektury sakralnej w Europie. Zbudowany w latach 1726-34 w stylu późnego baroku z elementami klasycyzmu. 13 lutego 1945 roku w wyniku nalotu bombowego Kościół spłonął. Jego ruiny stały się ostrzeżeniem przeciwko wojnie i symbolem pokoju i długo "straszyły" wypaloną wieżą.
Hofkirche - największy kościół katolicki, ostatnia barokowa budowlą w mieście. Zbudowany za czasów Fryderyka Augusta II i jego następcy Augusta Mocnego. Budowa kościoła katolickiego, o której zdecydował specjalnym dekretem budowlanym jeszcze August Mocny, natrafiła w ojczyźnie reformacji na duży sprzeciw. Dlatego też 28 lipca 1739 w wielkiej tajemnicy wmurowano kamień węgielny. W kościele organy Silbermanna, uznawane za najpiękniejsze dzieło tego mistrza.
Jednym z symboli Drezna jest "Pochód książąt" - mozaikowa ściana na której Wilhelm Walther w latach 1872 - 76 odtworzył pochód władców Saksonii z dynastii Wettinów przez wieki (1123 - 1918). Od założyciela dynastii Konrada Wielkiego podróż w czasie prowadzi nas przez wieki - znaleźli się tu również polscy królowie - August II i August III - do saskich królów z XIX i XX wieku. Oryginalne dzieło wykonane w nietrwałej technice sgraffito zostało na początku XX wieku przeniesione na 25 tys. płytek porcelanowych, oczywiście miśnieńska porcelana, które wytrzymały nawet wspomniane bombardowanie. A po restauracji w latach 70-tych na nowo błyszczą na największej w świecie porcelanowej ścianie - 101,90 m długości i 10,51 m wysokości, kafelki o rozmiarach 20,5 x 20,5 cm zajmują łącznie powierzchnię ponad 1000 m2.
Okres pobytu w Dreźnie zbiegał się z kampania wyborczą do Parlamentu Europejskiego - mogliśmy zaobserwować jak to robią inni, również na wesoło, w strojach z epoki świetności stolicy Saksonii.
Na koniec pobytu w Dreźnie - wizyta w Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego. Jakżeż to dumnie brzmi, a w rzeczy samej jest to niewielki domek w którym pisarz spędził 21 lat swego życia (po ucieczce z kraju po upadku powstania styczniowego) i gdzie napisał około 240 powieści i opowiadań, w tym m.in. słynną "Hrabinę Cosel". Wprawdzie władze polskie miały swój udział w powstaniu placówki w 1960 roku, ale "muzeum" jest tak "mocno" finansowane, że wynajmuje odpłatnie pomieszczenia na uroczystości rodzinne, towarzyskie lub biznesowe, a nawet mieszkanie gościnne. Smutne, czyżby jego zasługi dla kultury polskiej nie były dostateczne?
Przewodnikiem grupy był kol. Kazimierz Pudo, który w sposób kompetentny i raczej wyczerpujący udzielał informacji, a szczególnie "wyczerpująco" realizował program wycieczki.

A.K.


V Rajd Rodzinny UTW i PTTK - 10 maja 2014


I oto już piąty, jubileuszowy Rajd Rodzinny UTW. Tym razem do udziału w organizacji rajdu akces zgłosili, oprócz Koła PTTK przy UTW w Chrzanowie i Oddziału PTTK Chrzanów, Stowarzyszenie Przyjaciół SP nr 1 "ADAŚ" w Chrzanowie i SKKT - PTTK "Cepry". Na komandora Rajdu wyznaczono sekretarza Koła PTTK przy UTW kol. Adama Kasperkiewicza.
Metę rajdu wyznaczono w Ośrodku RPWiK w Trzebini (nad Zalewem Chechło), gdzie gościliśmy dzięki uprzejmości władz Przedsiębiorstwa. Ośrodek zapewnił rzeczywiście wspaniałe warunki do realizacji takiego przedsięwzięcia - dużo miejsca, zielono, czysto, media i wszelkie wygody.
Uczestnicy Rajdu mieli do "dyspozycji" dwie trasy piesze (dłuższa - około 7 km - przewodnik kol. Kazimierz Pudo i Zdzisław Hudzik, krótsza - około 3 km- kol. Maria Hudzik) oraz trasę rowerową (około 15 km - Jerzy Gut i Alina Słowik). Na mecie zarejestrowało się 117 osób, którzy indywidualnie i aż w 20 drużynach rodzinnych uczestniczyli w przygotowanych przez organizatorów konkursach i zawodach sprawnościowych i tematycznych, indywidualnych i drużynowych. Ponadto dla najmłodszych zorganizowano "Krainę zabawy", gdzie pod kierunkiem kol. Ewy Kieres trwały zabawy przy muzyce i ze śpiewem (dorośli od tych zabaw nie stronili).
Rodziny rywalizowały w konkursie na rodzinną piosenkę rajdową, slalomie płaskim, rzutach do tarczy, przeciąganiu liny, konkursie wiedzy o regionie, UTW i PTTK, udzielaniu I pomocy. Najmłodsi mieli możliwość zaprezentowania swych umiejętności plastycznych w konkursie rysunkowym. Nowością w tym Rajdzie był konkurs toczenia obręczy koła rowerowego (starsi wspomnieli dawno zapomnianą "rafkę"). Okazało się to wcale nie takie proste.
Rajd upłynął w atmosferze zdrowej, rodzinnej rywalizacji, wzajemnej życzliwości i radości. Trzeba odnotować kolejny raz sprzyjanie pogody - po niezbyt ciekawym chmurnym poranku zrobiła się wspaniała słoneczna pogoda, sprzyjająca rekreacji na świeżym powietrzu (nie zawiodła nasza "Pogodynka").
Po podsumowaniu wyników uzyskanych przez rodziny w poszczególnych konkurencjach - I miejsce i Puchar Prezesa UTW p. Lucyny Kozub-Jentys zdobyła rodzina państwa Góreckich, przed rodzinami państwa Burligów i Bejsterów. Wszyscy uczestnicy otrzymali nagrody, dyplomy, okolicznościowe medale i plakietki, symboliczne upominki. Dobremu nastrojowi sprzyjały "słodkie nagrody" i posiłek regeneracyjny - bigos. Cieszy nas liczny udział słuchaczy UTW wraz z rodzinami (dzieci, wnuki).
Jeszcze podziękowania dla uczestników Rajdu i organizatorów oraz zapraszamy na kolejny - VI Rajd Rodzinny UTW-PTTK. Miejsce tylko trzeba znaleźć równie dostępne i atrakcyjne.

A.K.


Bawaria 8-13.04.2014


Od kilku lat pojawiły się wśród naszych członków propozycje odwiedzenia zamków Ludwika Bawarskigo, Monachium i tak dalej. No więc wreszcie wpisaliśmy do planu na rok 2014 hasło "Bawaria".
Chętni na wyjazd zebrali się dość szybko ale przygotowania trwały kilka miesięcy.
W końcu jednak nadszedł wtorek 8. kwietnia, zebraliśmy się wieczorem w autokarze i już mieliśmy ruszać, kiedy okazało się, że brak nam jednej osoby. Chwilę czekaliśmy spokojnie (pewnie się spóźni), ale po kilku minutach trzeba było zacząć działać, czyli skontaktować się z nieobecną. Niestety nie było to łatwe, bo podczas zapisu nie zostawiła numeru telefonu. Wreszcie przez znajomych znajomych udało się nawiązać kontakt i okazało się, że Pani J jest zaskoczona, że to dziś a nie jutro ma wyjeżdżać. I tu osiągnęła wynik w granicach rekordu świata w pakowaniu się, bo po około 23 minutach była już w autokarze. W sumie odjechaliśmy z około 50-minutowym opóźnieniem, ale uczestnicy wycieczki wykazali zrozumienie i, poza zwyczajowym "butelka dla każdego załatwi sprawę" nie było żadnych pretensji.
Nocny przejazd minął bez załóceń i rano byliśmy już w Norymberdze.
Zwiedzanie tego miasta we środę, 9. kwietnia zaczęliśmy od świadka jego najnowszej historii - terenu corocznych zjadów partii nazistowskiej: Reichsparteitaggelaende. Cały teren jest utrzymany w porządku, pozostałości Hali Kongresowej są wykorzystane przez muzeum upamiętniające lata terroru nazistowskiego oraz Filharmonię ale Zeppelinwiese, czyli znane z kronik filmowyh centralne miejsce zlotów partyjnych jest ogromnym, pogrodzonym płotami parkingiem, tak, że trudno odczuć i wyobrazić sobie nastrój tego miejsca z tamtych lat a nawet trudno sfotografować trybunę, z której wódz pozdrawiał wiwatujące, wierne tłumy. Ale można zrozumieć, że gospodarzom Norymbergi nie zależy na nadmiernym eksponowaniu tego wątku ich historii.
Po zakończeniu spaceru po tym, dość rozległym, terenie przejechaliśmy w rejon starówki. Spacer po pieczołowicie odrestaurowanej po zniszczeniach wojennych starówce rozpoczęliśmy przy Zamku Norymberskim. Jest to dobry początek, bo, oprócz możliwości zapoznania się z budowlami pamiętającymi początki miasta zyskuje się także okazję do spojrzenia na centrum miasta z góry (bo zamek, jak to zamek, został zbudowany na wzgórzu panującym nad miastem).
Dalej podczas spaceru urokliwymi uliczkami starówki obejrzeliśmy między innymi dom Albrechta Duerera, kościół św Sebalda, Rynek z piękną gotycką studnią i kościołem Mariackim (w południe podziwialiśmy prezentowany na wieży tego kościoła przemarsz elektorów przed cesarzem), kościół św Wawrzyńca (Lorenzkirche) z licznymi gotyckimi ołtarzami, rzeźbami, obrazami a wśród nich pięknym dziełem Wita Stwosza - Zwiastowaniem i wspaniałym 18-metrowym cyborium.
Trzeba przyznać, że norymberska starówka ma swój urok i warto tu spędzić najlepiej kilka dni, ale my mieliśmy, niestety, tylko pół dnia i musieliśmy ruszać dalej.
Po kilku godzinach jazdy autokarem zatrzymaliśmy się pod skocznią w Garmisch - Partenkirchen.
Każdy chciał sfotografować skocznię - następczynię tej (wysadzonej w kwietniu 2007), na której rekordzistą obiektu był Adam Małysz a obecnie nadal każdego 1 stycznia odbywaję się zmagania w ramach Turnieju Czterech Skoczni. Tyle czasu było na Ga-Pa we środę, ale jeszcze tu wrócimy.
A teraz już trzeba było kierować się do hotelu.
Jeszcze niecała godzina jazdy, w międzyczasie przekroczenie (niezauważalne) granicy państwowej z Austrią i już jesteśmy w Berwang - małej, cichej miejscowości wśród alpejskich szczytów. Otoczenie jest tu wspaniałe: z daleka widoczny Zugspitze (2962 mnpm), wokół wszędzie nieco niższe, ale przecież sięgające 2000 mnpm szczyty, miejscami pokryte jeszcze śniegiem, w dolinie pensjonaty oczekujące gości - po prostu marzenie. Zachwycaliśmy się tymi widokami każdej chwili.
Na nas również oczekiwano w hotelu Blitz. Sprawnie zakwaterowaliśmy się w wygodnych pokojach i po krótkim odświerzeniu nadszedł czas na obiad a po nim wreszcie na odpoczynek po długiej podróży. Zajęcia w podgrupach były raczej krótkie, bo ostatnia noc, spędzona w autokarze i cały dzień po niej złamały nawet twardzieli.
We czwartek, 10. kwietnia po śniadaniu wyjechaliśmy do Hohenschwangau. Zwiedzenie położonych w tej miejscowości dwóch zamków związanych z królem Ludwikiem II (Hohenschwangau i Neuschwanstein) to obowiązkowy punkt programu każdej wycieczki w te strony ale i wielka przyjemność. Zamki są wspaniałe, zaprojektowane i zbudowane (Hohenschwangau - przebudowany) pod osobistym nadzorem króla Ludwika, usytuowane w cudownej scenerii alpejskiej, z niemiecką starannością przygotowane na przyjęcie turystów z całego świata, także z Polski. A po zwiedzeniu zamku Neuschwanstein warto wrócić na parking przez wąwóz rzeki Pullat - co prawda ścieżka jest nierówna i miejscami trochę stroma (ale to zejście), za to gwarantuje wspniałe widoki.
Po zakończeniu zwiedzania w Hohenschwangau przejechaliśmy do nieodległego miasteczka Fuessen. Trochę nas tu postraszył deszcz, ale i tak udało się nam zapoznać z przepięknym kościołem parafialnym, ciekawym zamkiem i pełnym uroku starym centrum a także odetchnąć chwilę przy kawie lub porcji lodów.
A ostatnim punktem programu w tym dniu był wieczorek bawarski. W restauracji w miejscowości Hopfen am See czekały na nas przysmaki bawarskiej kuchni (między innymi świetna golonka), piwo oraz człowiek - orkiestra, który przy użyciu współczesnego sprzętu elektronicznego ale także kilku instrumentów dętych potrafił zagrać wszystko, począwszy od melodii bawarskich, poprzez polskie (a jakże - dość liczne, nie tylko "Szła dzieweczka") aż do rosyjskich na koniec. Tańcom nie było końca, śpiewy słychać było daleko, jednym słowem - zabawa była przednia. I żałowaliśmy bardzo, że jak każda zabawa, rownież i ta musiała mieć swój koniec.
W piątek, 11. kwietnia po śniadaniu wyjechaliśmy zwiedzać kolejny zamek Ludwika II - Linderhof. Jedyny w pełni ukończony przez króla obiekt to pałacyk położony w dużym, starannie urządzonym parku (w nim między innymi sztuczna grota Wenus, przecudnej urody pawilon mauretański, kaskada wodospadów). Również tu zachwyca otoczenie zespołu - piękna dolina między alpejskimi szczytami.
Kolejnym punktem programu była słynna w świecie malowana wieś - Oberammergau. Rozwijająca się tu od drugiej połowy XVIII wieku sztuka zdobienia domów malowidłami przedstawiającymi motywy biblijne, sceny rodzajowe, elementy architektury (iluzjonistycznie przedstawione typowe dla baroku kolumny, portale i inne elementy) jest już w tej chwili uznaną miejscową specjalnością - jest tu nawet szkoła nauczająca tej techniki, z której wywodzą się także znani w świecie malarze. Malowidła takie można zobaczyć także w innych miejscowościach, ale nigdzie w takim bogactwie i różnorodności. Spacer po wsi dał nam możliwość podziwiania tej sztuki a także umożliwił chwilę oddechu w jednym z licznych tu lokali czekających na turystów.
Następnym obiektem godnym uwagi w tej bogatej pod względem krajoznawczym okolicy jest zespół klasztorny w Ettal. Rozległy kompleks obejmujący klasztor, wspaniały barokowy kościół oraz przyklasztorne obiekty gospodarcze, między innymi browar i gorzelnię można by zwiedzać cały dzień - my, niestety, mogliśmy tam zabawić tylko niecałą godzinę. Czasu starczyło na wejście na krótko do kościoła i odwiedzenie przyklasztornego sklepiku z bogatym wyborem miejscowych pamiątek (między innymi lokalnego piwa oraz nalewek).
Ostatnim już miastem zwiedzanym tego dnia było Garmisch - Partenkirchen. Jest to znana stolica sportów zimowych w Niemczech, jeden z punktów startowych do zdobywania najwyższego szczytu Niemiec: Zugspitze a poza głównym sezonem urocze miasteczko z przyjemnym starym centrum, bez natłoku gości, bez goniących za dutkami na każdym kroku górali.
Już kierując się do bazy noclegowej zboczyliśmy nieco z głównej drogi i nieopodal Ga-Pa odwiedziliśmy Eibsee, gdzie oprócz śródgórskiego jeziora podziwialiśmy dolną stację kolejki linowej na Zugspitze.
Po tak bogatym we wrażenia dniu wieczorne zajęcia w podgrupach były raczej krótkie, tym bardziej, że następnego dnia już wypadało nam ruszać w drogę powrotną.
12. kwietnia w sobotę po śniadaniu, z żalem opuściliśmy piękne Berwang i przejechaliśmy do Monachium. Zwiedzanie tego miasta zaczęliśmy od spaceru po ogrodach Pałacu Nymphenburg, letniej rezydencji Wittelsbachów, budowanej przez włoskich mistrzów w 2 połowie XVII wieku a potem jeszcze przez około 150 lat rozbudowywanej przez najlepszych architektów, specjalistów od urządzania ogrodów a także od budowy fontann z Francji i Niemiec.
Po spacerze po ogrodach Nymphenburgu przejechaliśmy tramwajem i metrem do centrum miasta. Rozpoczęliśmy zwiedzanie monachijskiej starówki: Karlsplatz, Michaelskirche (w ktorym spoczywa, między innymi Wittelsbachami, także król Ludwik II), Frauenkirche (katedra Najświętszej Marii Panny), Kolumna Mariacka, Nowy Ratusz ze sławnym Glockenspiel (koncert dzwonków z tańczącymi figurkami przedstawiającymi sceny z historii miasta), Stary Ratusz, Odeonsplatz, Kościół Teatynów, rezydencja Książąt i Królów Bawarskich, Bawarska Opera Narodowa, Hofbräuhaus to kilka z najciekawszych obiektów, które widzieliśmy. Oprócz obiektów o ogromnej wartości historycznej i architektonicznej mogliśmy podziwiać bogate życie centrum Monachium: liczne, jak zwykle rzesze turystów ale także wyjątkowo w tym dniu grupy ubranych w tradycyjne stroje mieszkańców bawarskich bliższych i dalszych miejscowości i przeplatające się z tymi rzekami ludzkimi grupy kibiców Bayernu i Borussi, przygotowujących się do wieczornego spotkania na słynnej Allianz Arenie. Było kolorowo, tłoczno, głośno, ale bez agresji, nienawiści, wzajemnego obrażania się - dlaczego nie może tak być u nas. Policji było może nieco więcej niż zwykle, ale bez przesady.
Po spenetrowaniu starówki, łącznie z przerwą na kawę, piwo (jakże by nie - w Monachium), czy posiłek przejechaliśmy metrem przed próg BMW Welt - przeznaczonego dla klientów, amatorów motoryzacji i turystów fragmentu centralnego zespołu tego koncernu. Można tam podziwiać (a także kupić, oczywiście) najnowsze i najpiękniejsze modele samochodów, motocykli. Można się przymierzyć, sprawdzić, czy dany kolor będzie dobrze komponował się z nową sukienką, posiedzieć chwilę w najdroższym nawet modelu. Nie kupiliśmy nic i wkrótce opuściliśmy wspaniałą ekspozycję.
Po kładce nad zewnętrzną obwodnicą centrum przeszliśmy do Parku Olimpijskiego, gdzie w 1972 r odbyły się igrzyska XX Olimpiady, pamiętne tym, że terroryści palestyńscy z organizacji Czarny Wrzesień dokonali zamachu na sportowców izraelskich (w wyniku zamachu i nieudanej akcji policji zginęło 11 sportowców izraelskich, 5 terrorystów i jeden policjant) a dla nas kojarzące się między innymi ze złotym medalem zdobytym przez polskich piłkarzy.
Wyjechaliśmy na Olympiaturm, skąd podobno (kiedy jest świetna widoczność - nam nie było dane) da się podziwiać Alpy, przeszliśmy po alejkach parku, między obiektami olimpijskimi o wciąż zachwycającej architekturze (szczególnie stadion olimpijski sprawia wrażenie).
I to już był ostatni punkt programu krajoznawczego tej imprezy. Pozostało nam wsiąść do autokaru i dać się zawieźć do Chrzanowa.
W niedzielę rano byliśmy już na miejscu, zmęczeni, ale bardzo zadowoleni z wycieczki. Bawaria z jej atrakcjami bardzo nam się podobała, baza w Berwang zachwyciła wszystkich, pogoda (także - ducha) dopisała - czego chcieć więcej.

KP


Łagiewniki i Tyniec 6.4.2014


Niedzielna, przedświąteczna wycieczka do klasztoru Benedyktynów w Tyńcu oraz Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach wpisuje się w przygotowania do Świąt Wielkanocnych, a także w cykl "wypraw" turystycznych typu "swego nie znacie".
Klasztor Benedyktynów, będący siedzibą opactwa, swymi korzeniami sięga zamierzchłej przeszłości państwa polskiego - został najprawdopodobniej ufundowany przez Kazimierza Odnowiciela w roku 1044, na co może wskazywać jedna z dat wyrytych na starych, zachowanych kamieniach. Niektórzy badacze uważają jednak, że fundatorem klasztoru był Bolesław Śmiały, zwany również Szczodrym (syn Odnowiciela), który po zabójstwie biskupa Stanisława Szczepanowskiego, późniejszego Świętego Stanisława, został wygnany i na wygnaniu zmarł. Jedna z teorii (legend) mówi, że po jego śmierci zwłoki zostały potajemnie sprowadzone do klasztoru w okutej trumnie, i tu zostały pochowane. Klasztor był wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Ostatnia odbudowa miała miejsce po roku 1947, a od roku 1968 kościół św. Piotra i Pawła w kompleksie klasztornym stał się ponownie opactwem, czyli siedzibą biskupa. Jednostka gospodarcza Opactwa oferuje na terenie klasztoru szereg produktów pod marką Produkty Benedyktyńskie, a zwiedzający maja dostęp do Muzeum Opactwa, gdzie można się zapoznać z jego historią, zobaczyć artefakty znalezione w czasie prac remontowych i konserwacyjnych.
O tym, i o innych przekazach historycznych i legendach, w sposób ciekawy opowiadał przewodnik - pan Kazimierz Pudo.
Po wizycie w Tyńcu, przy ciągle poprawiającej się pogodzie, udaliśmy się do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, związanego z życiem i działalnością św. Faustyny Kowalskiej, propagatorki kultu Bożego Miłosierdzia. Dla chętnych wizyta przy relikwiach św. Faustyny i cudownym obrazie Jezusa Miłosiernego w kaplicy św. Józefa oraz wizyta w Sanktuarium stały się poruszającym przeżyciem duchowym. Obiekt powstał w latach 1999-2002 jako dwupoziomowa świątynia, z wolno stojącą wieżą widokową (77 metrów) z rozległym widokiem na panoramę Krakowa. Dobrze, że winda funkcjonowała, ale w ramach pokuty .. W dolnym kościele znajduje się pięć przepięknych kaplic, fundowanych przez zagraniczne episkopaty. Kaplica centralna pw. św. siostry Faustyny ("włoska"), pw. Communio Sanctorum (Świętych Obcowanie) ("węgierska"), pw. Św. Andrzeja Apostoła (Pojednania) ("greckokatolicka"), pw. Św. Krzyża ("niemiecka") i pw. Matki Bożej Bolesnej ("słowacka"). Kościół górny to powszechnie znana świątynia na około 5000 miejsc, raczej o ascetycznym wystroju.
Wizyta w Sanktuarium dostarczyła wielu wzruszeń, a także stanowiła okazję do modlitewnej refleksji przed zbliżającymi się świętami.
Jeszcze przejście do Centrum Jana Pawła II "Nie lękajcie się!", a właściwie Instytutu Dialogu Międzykulturowego im. Jana Pawła II (w budowie). Powstająca z ogromnym rozmachem instytucja kulturalna przyjęła jako swoją misję "zachowanie i promowanie dziedzictwa, które pozostawił po sobie Święty Jan Paweł II oraz dialog między religiami i kulturami". Wystrój świątyni w Centrum przypomina nieco wystrój Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie.
Wracamy do Chrzanowa, raczej w skupieniu aniżeli ze zwykłym w takiej sytuacji rozbawieniem i turystycznym zawadiactwem.

A.K.


Czechy na Prima Aprilis - czyli pół żartem, pół serio. 30.03.2014r.


Pięknego i słonecznego ranka, 30 marca, grupa 44 śmiałków wyruszyła z chrzanowskiego Placu Tysiąclecia do Czech. Wycieczkę zorganizowało Koło Grodzkie. Nie była to jednak taka zwyczajna wycieczka, gdyż tym razem była to wycieczka prima aprilisowa. A na takich wycieczkach wszystko może się zdarzyć!
Pogodę mieliśmy wręcz idealną! Było ciepło i słonecznie. Wszyscy w bardzo dobrych humorach zajęliśmy miejsca w autobusie i wyruszyliśmy zdobywać Czechy. Jednakże zanim dotarliśmy na czeską ziemię odwiedziliśmy parę innych i bardzo ciekawych miejsc po drodze.
Pierwszym przystankiem na naszej trasie były Iwanowice. Jest to wieś leżąca na terenie Dłubniańskiego parku Krajobrazowego, położonego w malowniczej Dolinie Dłubni. Pierwszym punktem naszego pobytu w Iwanowicach był kościół pw. Św. Trójcy. W tym niezwykle ciekawym, drewnianym kościele byliśmy tylko na chwilę, ale wszyscy byliśmy pod wielkim wrażeniem tego co tam zobaczyliśmy. Wnętrze tego niewielkiego, drewnianego kościółka robi naprawdę duże wrażenie. Można tam podziwiać piękną, zachowaną polichromię, ołtarze i rzeźby. Co do wspomnianych rzeźb to podkreślić należy, iż to w tym kościele znajduje się m.in. krucyfiks z warsztatu samego Wita Stwosza. Jako że, czasu nie mieliśmy zbyt dużo, a atrakcji przed nami było jeszcze sporo, ruszyliśmy w stronę centrum wsi, do Muzeum Regionalnego PTTK i UG w Iwanowicach. Na zbiory tego niewielkiego muzeum składają się ekspozycje i rekwizyty związane z historią Iwanowic i okolic. Mogliśmy więc zobaczyć zbiory archeologiczne, geologiczne i historyczne oraz pamiątki po sławnych osobach, które bywały w Iwanowicach. A bywały tutaj takie osobistości jak np. książę Józef Poniatowski, Tadeusz Kościuszko czy Józef Piłsudski.
Zaraz potem ruszyliśmy do Prandocina. Tam odwiedziliśmy romański kościół grodowy pw. Św. Jana Chrzciciela. Niestety tym razem trafiliśmy na czas Mszy Św. więc podziwialiśmy kościół tylko z zewnątrz. Kościół ten, liczy sobie wiele stuleci, gdyż zbudowano go w XII wieku. Oczywiście do naszych czasów zachowało się niewiele, a sam kościół był przebudowywany.
Następnie ochoczo wsiedliśmy do autobusu, bo czas już naglił i wszyscy chcieliśmy znaleźć się w obiecanych Czechach. I co ciekawe zaraz potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki tam się właśnie znaleźliśmy! A jakże! Wspomniane Czechy prima aprilisowo okazały się troszkę inne niż się niektórzy spodziewali. Wszyscy członkowie wycieczki z uśmiechami na ustach stanęli pod metalową tablicą z napisem RSP CZECHY! Ten intrygujący napis znaczy po prostu: Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna w Czechach, które są jednym z największych przedsiębiorstw rolnych na terenie naszego województwa. Po zrobieniu sobie wspólnego zdjęcia upamiętniającego wiekopomną wycieczkę, zadowoleni z faktu zdobycia czeskiej ziemi, wsiedliśmy z powrotem do autobusu i ruszyliśmy dalej.
Mijając po drodze miasto Proszowice, dojechaliśmy do Hebdowa, gdzie odwiedziliśmy dawny klasztor Norbertanów. Tym razem podobnie jak poprzednio trafiliśmy tam w trakcie Mszy Św., ale nic nie przeszkodziło nam w tym by obejść klasztor i podziwiać go z zewnątrz. Ten ponorbertański, gotycko-barokowy zespół kościelno-klasztorny został ufundowany w 1160 roku. Usytuowany jest on na wzgórzu, w zakolu Wisły, zaledwie 20 km od Krakowa. A co ciekawe - jest to drugie po Tyńcu najstarsze założenie klasztorne w Małopolsce!
Zaraz potem ci, którym starczyło sił i odwagi ruszyli do Puszczy Niepołomickiej. Puszcza Niepołomicka to bardzo ciekawe miejsce. Ten kompleks leśny znajduje się ok. 20 km od Krakowa, w Zachodniej części Kotliny Sandomierskiej. Sama nazwa puszczy wywodzi się od staropolskiego słowa "niepołomny" - co oznacza "niemożliwy do pokonania, zniszczenia, wytrzebienia". Znaczy to, że dawno temu puszcza była lasem bardzo trudnym do wykarczowania i bardzo niedostępnym. To tutaj m.in. polowali polscy królowie. Tak więc i my zuchwale ruszyliśmy drogą w głąb nieprzebytej puszczy. Po drodze mieliśmy okazję zdobyć szczyt zwany Kobylą Głową, który wznosi się aż 212 m n.p.m. Co ciekawe, jest to najwyższy punkt w Puszczy Niepołomickiej. Powstanie tego wzgórza zawdzięczamy działalności lodowca w okresie tzw. zlodowacenia krakowskiego.
Jak to jednak z Prima Aprilis bywa, przewidywany czas przejścia przez Puszczę - 45 minut okazał się nieco inny... Czterdzieści pięć minut to było..... ale w jedną stronę! A w drugą, powrotną stronę tyle samo.
Po spacerze przyszedł czas na odpoczynek w Niepołomicach. Tam każdy miał czas wolny. Kto chciał ten zwiedzał, a kto chciał odpocząć, ten odpoczywał. Centrum Niepołomic jest również ciekawe, gdyż można podziwiać tutaj główną atrakcję turystyczną tego miasta - XIV wieczny zamek królewski zbudowany przez Kazimierza Wielkiego. Przy Rynku znajduje się też następna atrakcja: gotycki kościół parafialny pw. Dziesięciu Tysięcy Męczenników, również ufundowany przez Kazimierza Wielkiego.
Jednak to nie był jeszcze koniec naszej wycieczki. Czekała bowiem na nas jeszcze jedna atrakcja - zwiedzanie dworku Matejki w Krzesławicach. Krzesławice to dzielnica Krakowa, część Nowej Huty, będąca dawną wsią nad rzeką Dłubnią. Tam mogliśmy podziwiać zrekonstruowane wnętrza wiejskiej posiadłości mistrza, a także posłuchać ciekawych opowieści dotyczących tego miejsca.
Kto miał jeszcze siłę i ochotę mógł na samo zakończenie wycieczki udać się parę kroków dalej i zobaczyć drewniany kościół w Krzesławicach. Kościół ten pw. Św. Jana Chrzciciela i Matki Boskiej Szkaplerznej zbudowano w latach 1633-48 w Jaworniku koło Myślenic. Świątynia została stamtąd przeniesiona i odbudowana w latach 1984-97.
Tak więc po całym dniu pełnym niespodzianek - tych prima aprilisowych i tych zaplanowanych udaliśmy się w drogę powrotną do domu. Kto nie był z nami niech żałuje!

I.D.


Jaskinia Komonieckiego 16.03.2014r.


Beskid Mały mamy najbliżej z wszystkich gór, więc jeździmy tam dość często, choć przeważnie niezbyt licznie. Tym razem również było nas niewiele - zaledwie 13 osób. Ale tu zawiniła także pogoda - prognozy zapowiadały opady deszczu a nawet śniegu, chłód i wiatr.
Jednak grupka twardzieli nie dała się zastraszyć i ruszyła na szlak.
A trasa, którą wymyśliła Małgosia, była dość oryginalna. Zaczęliśmy w Targoszowie (w niewielkim deszczu), by zielonym szlakiem przez Czarną Górę (tu już w śniegu) a potem bez szlaku dojść do Jaskini Komonieckiego. Ta grota raczej, niż jaskinia, może służyć za schronienie przed opadami dla kilkudziesięciu nawet osób a latem bywa wykorzystywana jako miejsce noclegów podczas biwaków. My również chętnie skorzystaliśmy ze schronienia pod jej okapem i rozpaliliśmy ognisko, by się nieco rozgrzać i upiec kiełbaski.
Po posileniu się ruszyliśmy dalej. Warunki nadal były trudne: szliśmy po kilkunastocentymetrowej warstwie świerzego śniegu, padał wciąż nowy śnieg, wiał wiatr. Ale cóż to dla wytrawnego turysty - nie przejmowaliśmy się tym wcale.
Obok źródła Zimnej Wody wkrótce doszliśmy do czerwonego szlaku a nim przez szczyt Leskowca do schroniska PTTK pod Leskowcem i znów był czas na ogrzanie się i wzmocnienie posiłkiem.
Powróciliśmy do Targoszowa żółtym szlakiem przez Gancarz. W drodze powrotnej mieliśmy sporo szczęścia, bo silny wiatr złamał pień świerka i zwalił go na ścieżkę chwilę po tym, jak nią przeszliśmy. Do busika doszliśmy już bez problemów.
Trochę zmokliśmy, trochę zmarzliśmy, ale warto było. Każdy dzień w górach to nowa przygoda.

KP


"Spotkanie Przy Miedzy


15 marca br. po raz dziewiąty ponad 120 przewodników PTTK z 3-ch województw; Małopolski, Śląska i Świętokrzyskiego gościło na Ziemi Chrzanowskiej.
W ramach Przewodnickich Spotkań przy Miedzy przewodnicy gościli w Gminie Libiąż, gdzie w LCK powitał ich V-ce Burmistrz Jarosław ŁABĘCKI przedstawiając Gminę w krótkiej prezentacji. Zespół "Libiążanki" zaprezentował część swojego repertuaru, a po degustacji miejscowych specjałów przewodnicy zwiedzili: kościół Przemienienia Pańskiego, kamieniołom, wzgórze Lipie i sztolnię szkoleniową Zakładu Górniczego. Na obiad tradycyjnie pojechano autokarami do OHP Górka, gdzie po smacznym obiedzie przygotowanym pod kierunkiem pana Adama PALIWODY przewodnicy wzięli udział w Sesji Przewodnickiej. W tej części prezentację: geologiczną przedstawił p. Marek SZUWARZYŃSKI, przyrodniczą p. Piotr GRZEGORZEK, o sprawach przewodnickich poinformowali kol.: St. Kawęcki, R. Ziernicki, J.Zalitacz i K.Hudzik. Zadowoleni, zaopatrzeni w materiały reklamowe dostarczone przez chrzanowski Punkt Informacji Turystycznej działający pod Miejską Biblioteką Publiczną, MOT - Kraków, ŚOT, Starostwo Powiatowe oraz Gminę Libiąż, zapewnili iż na Jubileuszowe Spotkanie przy MIEDZY przyjadą do Chrzanowa w marcu 2015 na 2 dni. Organizatorzy spotkań Koło Przewodników Beskidzkich i Terenowych im. prof.dr Zdzisława Krawczyńskiego przy o/PTTK w Chrzanowie - ZAPRASZA.

Krzysztof Hudzik


Babia Góra 9.3.2014


Już chyba ponad 10 razy wybieraliśmy się w marcu na Babia Górę. Znalazłem w swojej poczcie zaproszenie z 2006, ale to nie był pierwszy taki wyjazd.
W tym roku zebrało się wyjątkowo liczne grono amatorów zimowego spotkania z Królową Beskidów - było nas aż 47 (w tym 22 Kobiety, obdarowane przez prezesa słodkimi upominkami). Nawet w pełni lata nie wszystkie wycieczki są tak liczne. Myślę, że niektórych uczestników zmyliła wcześnie w tym roku przybyła w doliny wiosna. Spodziewali się chyba, że skoro w Chrzanowie rozkwitają już pierwsze wiosenne kwiaty, to i na Babiej zima ustąpiła.
A tu, kiedy dojechaliśmy do Zawoi i pokazał nam się widok na masyw babiogórski, okazało się, że jest biały ! I wkrótce przekonaliśmy się, że zimowe atrakcje nie ominą nas. Prawie od samej Przełęczy Krowiarki ścieżka prowadząca na szczyt była oblodzona. Kto miał - zakładał raki, kto zostawił w domu - przeklinał swoją lekkomyślność, kto jeszcze nie kupił - obiecywał sobie solennie, że jeszcze w tym sezonie to zrobi.
Te kilka osób, które miały na nogach "żelastwo" lub choćby uproszczone wersje miniraczków, szły w górę sprawnie - pozostali czepiając się pazurami posuwali się powoli w bok od ścieżki, gdzie było w miarę bezpiecznie, choć znacznie mniej wygodnie.
Odcinek do Sokolicy, gdzie warunki terenowe znacznie się poprawiły (na ścieżce był ubity śnieg, po którym szło się lepiej) pokonaliśmy wolniej, niż latem, ale wszyscy bezpiecznie.
A potem to już była sama przyjemność: wyszliśmy ponad zalegające w dolinach mgły, towarzyszyło nam słońce i, wraz z nabieraniem wysokości, coraz szerszy widok, także na Tatry.
A właściwie to na południu widać było prawie wyłącznie Tatry, bo cała Orawa spowita była we mgle. Także po wyjściu na szczyt mogliśmy podziwiać tylko nieliczne, wyrastające ponad warstwę nisko zalegających chmur szczyty: Wielki Chocz, Małą Fatrę, Pilsko.
Na szczycie, oczywiście, trzeba było zrobić kilka zdjęć, niektórzy, tradycyjnie już, pozowali boso na śniegu. Był czas na kanapkę, kubek herbaty, westchnienie zachwytu nad pięknem tego świata.
A potem trzeba już było schodzić. Droga do Brony i jeszcze niżej znów wymagała uwagi ze względu na występujące miejscami oblodzenia lub wyślizgany śnieg ale i ten odcinek wszyscy przeszli bezpiecznie. Amatorzy wyczynu weszli dodatkowo na Małą Babią a nawet poszli jeszcze dalej grzbietem granicznym.
W końcu wszyscy spotkaliśmy się w schronisku na Markowych Szczawinach, gdzie znów można było odetchnąć przy herbacie, talerzu żurku lub jeszcze przy czymś innym.
A na koniec pozostało już tylko zejście czarnym szlakiem na parking, gdzie czekał na nas autokar. Niestety, nawet najpiękniejszy dzień w górach kiedyś się kończy.

KP


IV Bal Turystów Chrzanowskich 01.03.2014


Czwarty już Bal Turystów Chrzanowskich potwierdził, że interesuje nas nie tylko wędrówka i poznawanie nowych miejsc, ale chętnie także bawimy się w gronie przyjaciół.
Tym razem w restauracji "Pod Jesionem" bawiło się prawie 60 osób.
Ponieważ ostatnia sobota karnawału wypadła na 3 dni przed imieninami Kazimierza - to właśnie czterej obecni na balu panowie o tym pięknym imieniu obsadzeni zostali w rolach głównych.
Ale bawili się wszyscy i można tu zacytować mistrza Adama:

Jedzą, piją, lulki palą,
tańce, hulanki, swawola.
Ledwie karczmy nie rozwalą,
ha, ha, hi, hi, hejże, hola !

Do tańca grał, tradycyjnie już, jeden z Kazimierzy, wspomagany okazjonalnie przez kolegę z trąbką. Bogaty, różnorodny repertuar wyśpiewany przy akompaniamencie współczesnej techniki cyfrowej zachęcał do zabawy, tak więc na parkiecie było tłoczno.
Było, jak co roku, losowanie Pucharu Prezesa (bon na bezpłatny udział dwóch osób w wycieczce "Na Krokusy do Doliny Chochołowskiej" wylosował tym razem Wacek Oczkowski), wręczone zostały także nagrody dla najaktywniejszych chrzanowskich turystów - fotografów. W konkursie "Wspomnienia z podróży 2013" zwyciężyła Marysia Grochal przed Henrykiem Biśtą i Jerzym Gołębiowskim.
Kiedy zabrzmiały ostatnie takty muzyki, żegnaliśmy się z żalem, ale i z mocnym postanowieniem spotkania się na kolejnym balu turystów chrzanowskich (a to będzie już piąty, więc pewnie organizatorzy przygotują coś specjalnego).

KP


"Zaćmienie" w Teatrze Zagłebia


22 lutego 2014 r. w sobotnie popołudnie odbył się wyjazd do Teatru Zagłębia w Sosnowcu zorganizowany przez Koło Grodzkie Oddziału PTTK w Chrzanowie na spektakl pt.: "Zaćmienie" Antona Czechowa, w adaptacji Igora Gorzkowskiego. Grupa 27 osob na miejsce dotarła na tyle wcześnie, aby bez pośpiechu udać się do teatru i usiąść w małej, teatralnej kawiarence przy filiżance kawy lub herbaty lub móc pospacerować po okolicy przed rozpoczęciem spektaklu.
Historia Teatru Zagłębia zaczyna się w 1897r. Uroczyste otwarcie rozpoczęto premierowym spektaklem "Zemsta" A.Fredry. Sosnowiecka scena była jedynym teatrem z "prawdziwego zdarzenia" w regionie. Co więcej - to właśnie tu szczególnie dbano o podtrzymanie tradycji patriotycznych. We wczesnym okresie istnienia teatru do Sosnowca przyjeżdżali znakomici aktorzy by wspomnieć tu chociażby Józefa Kotarbińskiego. W repertuarze teatru znajdowały się sztuki Korzeniowskiego, Fredry, Szekspira, a nade wszystko Gabrieli Zapolskiej. Wszystkie grane po polsku. W repertuarze teatru znajdowały się również operetki i opery. Teatr Zagłębia jako jeden z nielicznych zaproponował swojej publiczności cykl przedstawień Witolda Gombrowicza. "Iwona księżniczka Burgunda" w reżyserii Zbigniewa Zasadnego, "Operetka", "Ferdydurke", "Ślub" i "Pornografia" w reżyserii Jacka Bunscha. Teatr proponuje oprócz klasycznej i współczesnej dramaturgii spektakle muzyczne takie jak: "Kram z piosenkami" Schillera, "Niech żyje bal" Osieckiej, "Sztuka kochania" Książka jak również farsy i komedie: "Wieczór kawalerski" Howdona, "Prywatna klinika" Chapman/Freeman. Teatr nie zapomina również o najmłodszych widzach. Przez wiele lat stworzył piękne spektakle dla dzieci i młodzieży m.in.: "Jaś i Małgosia" wg braci Grimm, "Calineczka" Staropolski w/g Andersa, "Ania z zielonego wzgórza" Montgomery.
A sztuka "Zaćmienie"? No cóż tak obcy, a jednak tak dziwnie znajomi można by powiedzieć, patrząc na bohaterów opowiadań Antona Czechowa. Bo czy historia kobiety żałującej swej decyzji o małżeństwie nie mogłaby być historią każdej z nas? A uliczny artysta próbujący sprzedać swoje dyskusyjnej jakości talenty? Rozterki serca, problemy dnia codziennego, życie, śmierć, radości i bolączki zwyczajnego człowieka. Trafność i prostota, a więc to co najlepsze.
Owacje na stojąco były uwieńczeniem świetnej gry aktorskiej.
Miło spędzony czas zachęca do kolejnych spotkań.

Anna Walczyk


Orawice 15-16.02.2014


Tradycyjny dwudniowy zimowy wyjazd w góry tym razem miał za cel słowackie kąpielisko termalne - Orawice. Ale, oczywiście, nie tylko dla moczenia się w ciepłej wodzie tam pojechaliśmy.
I tak w sobotę grupa turystów przeszła doliną Rohacką do dawnej Tatliakowej Chaty, podziwiając wspaniałe otoczenie, między innymi Wołowiec, Rohacze i dlaszy ciąg tak zwanej Orlej Perci Tatr Zachodnich. Byli też amatorzy zjazdów, którzy szusowali w Orawicach a potem używali kąpieli w ciepłym basenie.
Wieczorem znów nastapił podział według zainteresowań: część uczestników spotkała się, by omówić sukcesy i niedociągnięcie Oddziału PTTK w Chrzanowie w roku 2013 a pozostali mogli poddać się emocjom sportowym, kibicując naszym sportowcom startującym w Soczi, a szczególnie Zbigniewowi Bródce (1500 m na łyżwach) i Kamilowi Stochowi (duża skocznia), którzy zdobyli w tym dniu złote medale.
A potem był jeszcze czas na walentynkowy wieczorek taneczny.
W niedzielę zasadnicza częć grupy wybrała się na spacer do Doliny Juraniowej a właściwie do jej wylotu, bo dalej jest ona zamknięta w sezonie zimowym. Spokojna, wygodna droga leśna z licznymi polanami umożliwiającymi podziwianie widoków (m.in na Osobitą, Wołowiec, Grzesia) była doskonała dla raczej słabo rozruszanych w środku zimy piechurów. Narciarze znów zjeżdżali z górki na pazurki.
Potem wróciliśmy do Orawic i weszliśmy na teren basenów termalnych. W ciepłej wodzie mineralnej można doskonale zrelaksować się po spacerze czy zjazdach na nartach. Liczne dodatkowe atrakcje (basen z falą morską, różnego rodzaju wodotryski i masaże wodne) sprawiają, że można tam spędzić kilka godzin nie nudząc się.
No i wreszcie nadszedł czas na powrót. Jeszcze tylko przystanek w Zawoi - na posiłek - i już wkrótce jesteśmy w domu.
Łącznie 40 osób miało okazję świetnie wypocząć przez dwa dni w pięknej okolicy.

KP

Zdjęcia z wycieczki



Kulig 1.2.2014


W sobotę 01.02.2014 odbyła się wycieczka Kola Grodzkiego do Białki Tatrzańskiej, którą kończył kulig w Jurgowie.
W programie dla każdego coś miłego. Przed południem dla chętnych baseny termalne "Terma Białka", narty lub spacer po Białce Tatrzańskiej. Z relacji jedynego "rodzynka" chętnego na narty, trasy narciarskie fantastyczne (dobrze przygotowane).
Grupa, która poszła popluskać się w basenach termalnych też nie żałowała - dużo atrakcji. Zabawa odbywała się w 8 basenach (wewnątrz budynku i z przejściem na baseny na wolnym powietrzu z widokiem na Tatry Wysokie), jacuzzi, zjeżdżalniach, gejzerach i wodospadach. Po południu kuligiem z Jurgowa dotarliśmy na samą granicę ze Słowacją, aby bawić się przy ognisku. Powrót do autokaru odbywał się już przy świetle pochodni.



Wycieczka Koła Grodzkiego do Gliwic 26.1.2014


W bardzo mroźny styczniowy poranek grupa 19 wytrwałych turystów PTTK Chrzanów wyruszyła na wycieczkę do Gliwic. Dojazd do celu wycieczki upłynął dość szybko, gdyż wszyscy zajmowali się "tworzeniem" zimowych obrazów na zamarzających szybach busa. Pierszym punktem naszej wycieczki był jeden z najwyższych drewnianych obiektów w Europie, 111 m drewniana wieża nadawcza Radiostacji Gliwickiej. Największy istniejący obiekt tego typu w Europie znany m.in. z tzw. "prowokacji gliwickiej 1939 roku". Obiekt ten wpisany jest w trasę "Szlaku Zabytków Techniki Górnego Śląska".
Nieco już zmarznięci udaliśmy się w "ciepłe" miejsce tj. do przytulnych pawilonów miejskiej palmiarni w parku Chopina, gdzie mogliśmy podziwiać różnorodne gatunki roślin egzotycznych, jak i też znanych z życia codziennego /pieprz i wanilia./. Panie szczególnie zainteresowało naturalne wyposażenie mieszkań tzw. "fotel teściowej" czy żywe kamienie. Kusząco zwisające owoce pomarańczy, pomelo czy bananowców pobudzały nasze zmysły wzroku i smaku; niestety część tych okazów nie jest jadalna! Dlatego też po zwiedzeniu palmiarni musieliśmy zaspokoić swoje chęci parzoną kawą i owocowymi deserami w miejscowej kawiarni.
Dalszym punktem zwiedzania była Willa Oscara Caro, gdzie zapoznaliśmy się z wystrojem wnętrz willi znanego przemysłowca, jego zainteresowaniami oraz mogliśmy zwiedzić jedną z wystaw czasowych pt. "Nowiny Paryzkie - Garderoba XIX-wiecznej elegantki", prezentującą damskie stroje z epoki /część zabytkowych, a część wykonanych specjalnie na wystawę przez Panią kustosz/.
W międzyczasie pogoda się poprawiła i mogliśmy w blasku słońca zwiedzić gliwicki Rynek wraz z fontanną Neptuna /skąd Neptun w Gliwicach?, zapraszamy na wycieczkę/. Z Rynku udaliśmy się na Zamek Piastowski, gdzie na ekspozycji archeologicznej mogliśmy zobaczyć eksponaty wydobyte w trakcie prac modernizacyjnych na gliwickim rynku oraz zapoznać się z historią Gliwic.
Na zakończenie wycieczki uraczyły nas "anielskie" głosy w gliwickiej katedrze p.w. Św. Piotra i Pawła, gdzie odbywał się koncert kolęd i pastorałek.
Tak uduchowieni i zadowoleni udaliśmy się w drogę powrotną do Chrzanowa.
A kto nie był niech żałuje.

AS i TS


Powitanie Nowego Roku - Magurka, Czupel 1.1.2014


I znów minął rok i czas powitać nowy.
Oczywiście o północy strzeliły szmpany (lub ich imitacje), oczywiście były tańce, hulanki, swawole (niestety w tym roku brać turystyczna nie zdołała się zebrać na jednej wspólnej imprezie i bawiła się w kilku miejscach), ale przecież my, turyści, najważniejsze chwile przeżywamy w górach.
Tak więc świtkiem bladym (o 9.00) w środę 1 stycznia wyjechaliśmy (20 osób) w stronę Beskidu Małego.
Godzinna podróż przydała się jeszcze niektórym do odespania przebalowanej nocy. Kiedy jednak dojechaliśmy na Przełęcz Przegibek nie było odwołania - trzeba ruszać dalej pieszo. Na szczęście pogoda była niezła, śnieg, który spadł wcześniej zdążył spłynąć i nawet nie pozostało po nim błoto a trasa wymyślona na ten dzień - niezbyt długa i nie wyczerpująca, więc humory dopisywały a i na kondycję nie narzekaliśmy. Po pokonaniu pierwszego odcinka dotarliśmy do schroniska PTTK na Magurce. Spotkaliśmy się tam z czwórką turystów z Olkusza, którzy chcieli powitać Nowy Rok wspólnie z nami, ale nie zmieścili się w naszym busie i dojechali indywidualnie.
Przed schroniskiem był toast za pomyślność w Nowym Roku, okolicznościowe pierniczki i inne ciasteczka a potem - chwila na odpoczynek w schronisku.
Kolejny odcinek - na Czupel (933 m npm), był jeszcze lżejszy, bo już bez wielkich podejść. W kilku miejscach na polanach mogliśmy podziwiać widoki na najbliższe otoczenie (niestety dalsza okolica była słabo widoczna ze względu na zamglenie).
Potem pozostało już tylko zejście do Międzybrodzia Bialskiego, jak wszystkie odcinki wycieczki - lekkie, łatwe i przyjemne.
W sumie - doskonała wycieczka na powitanie Nowego Roku, także dla tych, którzy bawili się całą noc.

KP


Teatr "Bagatela" w Krakowie


14 grudnia 2013 r. w sobotnie popołudnie odbył się wyjazd do krakowskiego teatru Bagatela, zorganizowany przez Koło Grodzkie Oddziału PTTK, na spektakl pt.: "Carmen, Bella Donna". Z Chrzanowa wyruszyliśmy grupą 27 osób o godzinie 14:30. Na miejsce dotarliśmy po małych przygodach idealnie na czas, aby rozebrać się i zająć miejsca w oczekiwaniu na przedstawienie.
Teatr Bagatela im. Tadeusza "Boya" Żeleńskiego znajduje się na rogu ulic Karmelickiej i Krupniczej. Jego historia sięga 1919 r., kiedy to Marian Dąbrowski - wydawca i redaktor, zainicjował powstanie sceny. Z biegiem lat budynek zmieniał swoje funkcje i nazwy. Był kinem, Teatrem Kameralnym, Teatrem Rozmaitości, Teatrem Młodego Widza, by w roku 1970 powrócić do nazwy Bagatela.
Spektakl Carmen, Bella Donna to komedia kryminalna, której główną bohaterką jest rozerotyzowana, niezwykle atrakcyjna autorka popularnych książek kucharskich - Carmen. Uważa ona, że mężczyzn należy co dwa lata utylizować. Czasem likwidacji jednego mężczyzny i rozpoczęcia romansu z innym zawsze jest sylwester. Jednak w dniu zakończenia roku, pokazanym na scenie, wszystko zaczyna się komplikować nie tylko za sprawą przybyłej zbyt wcześnie córki Sabiny.
Spektakl ten był czasem wspaniałej zabawy, ogromną dawką humoru i pozytywnych emocji, jak również popisem świetnej gry aktorskiej. Uczestnicy wycieczki mogli się rozluźnić, zrelaksować i odpocząć.
Aby dopełnić uroku sobotniego wieczoru, po wyjściu z teatru mieliśmy czas na podziwianie i zachwycanie się magią przedświątecznego Krakowa. Rozeszliśmy się małymi grupkami i przemierzaliśmy piękny rynek, gdzie tradycyjnie, w grudniu odbywa się kiermasz. Zewsząd dochodził zapach grzanego wina, rozmaitych potraw i przede wszystkim zapach nadchodzącej Wigilii. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie i zachwycić się czymś innym. Niestety późna godzina nie pozwoliła na spędzenie tyle czasu aby dokładnie wszystko obejrzeć, ale wystarczyło, żeby każdy poczuł się wyjątkowo i magicznie.



Szlak Zabytków Techniki Górnego Śląska 8.12.2013


8 grudnia 2013 roku z Chrzanowa grupa 19 odważnych, gotowych na wszystko turystów rusza w kierunku Zabrza. Czeka ich niezłe wyzwanie - Koło Grodzkie Oddziału PTTK zorganizowało podróż w głąb ziemi - zwiedzanie Zabytkowej Kopalni Węgla Kamiennego GUIDO. Jest to jeden z obiektów znajdujących się na Szlaku Zabytków Techniki.
Kopalnia powstała w latach 50 XIX wieku. Imię otrzymała na cześć swojego właściciela, hrabiego Guido Henckel von Donnersmarcka, magnata przemysłowego. Do lat 80 wydrążono dwa szyby - Kolejowy i Guido. Wydobycia w niej zaprzestano w 1928 roku. Po II wojnie światowej była częścią KWK "Makoszowy", przez pewien czas funkcjonowała jako Kopalnia Doświadczalna Węgla Kamiennego. W latach 1982-96 była udostępniana turystom. Kłopoty z wentylacją doprowadziły do jej zamknięcia. Ponownie została otwarta w 2007 roku.
Pierwsze, co się rzuca w oczy po wyjściu z autobusu, to wieża szybowa szybu Kolejowy, zbudowana w 1931 r. Do 1888 r. drewniana, teraz stalowa. Szyb o średnicy 4m jest wyposażony w maszynę wyciągową Berlin z 1927r. na oryginalnych częściach. Oryginalną górniczą szolą, mieszczącą na trzech piętrach 24 osoby, zjeżdża się pod ziemię ( poziomy 170 m i 320 m ) z prędkością 4m/s. Wolniej niż w czynnych kopalniach ale i tak doznaje się niezapomnianych przeżyć. Wyposażeni w hełm górniczy, pouczeni o zasadach bhp - jakoś nie czujemy się bezpieczniej.
Na początku naszej wędrówki po kopalni zobaczyliśmy koło o średnicy 5m z drugiego szybu kopalni Makoszowy, pociąg używany do dziś do transportu górników pod ziemią, kompresory i inne przedmioty związane z kopalnią. Z podszybia poziomu 170 trasa prowadzi poprzez wykuty w litej skale przekop. Oglądamy świetnie zachowane stajnie z przed 100 lat, ekspozycje górniczych narzędzi, lamp, sprzętu ratunkowego i wystawę geologiczną. Wszystko to w doskonale zachowanych korytarzach i komorach górniczych. Widzimy przekop wentylacyjny, uskok, tamę izolacyjną, komorę pomp.
Poziom 320 m to drugi, najgłębszy poziom zabytkowej kopalni. Wydrążony na przełomie XIX i XX wieku, z systemem korytarzy opartych na dwóch wyrobiskach. Ma około 2,5 km długości. Posiada jedyną w Europie podwieszaną kolejkę górniczą. Tu czeka moc atrakcji - przejażdżka około 400 m kolejką kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią, pracujący kombajn chodnikowy Alpina, potężny kombajn węglowo-bębnowy KWB, przenośniki taśmowe, unikatowy w polskim górnictwie 300 tonowy zbiornik na surowy węgiel. Sporych emocji dostarcza zejście w głąb wyrobiska nachylonego pod katem 18 stopni, tzw. upadowa kamienna. Tu znajdują się najstarsze i najprostsze urządzenia transportowe -np. drewniany kołowrót z II poł. XIX w. Dla odważnych ( a wszyscy tacy byli ) - wejście do wyrobiska zabierkowego o wysokości nie przekraczającej 1 metra, w obudowie indywidualnej stalowo-kotwiowej.
Zwiedzając kopalnię dowiedzieliśmy się od bardzo sympatycznej przewodniczki, co to jest przodek, spąg, strop, ociosy, uskok. Jak się dawniej i dziś pracuje w kopalni. Poczuliśmy w nogach kilometry podziemnych chodników. Tym przyjemniej spędziliśmy chwile w najbardziej kultowym pabie na Śląsku - w Hali Pomp. To najgłębiej położone miejsce do kameralnych spotkań a surowy, kopalniany wystrój stwarza niepowtarzalny klimat.
Po krótkim odpoczynku udaliśmy się do Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach. Utworzone zostało 14.09.1975 roku. Ogromna, dwupoziomowa przestrzeń wystawowa robi duże wrażenie. Na parterze stoją samochody, głównie czerwone. Wyglądają tak, jakby zaraz miały ruszyć do akcji. Wspaniale prezentuje się Federal z 1931 roku, z drabiną podciąganą za pomocą łańcuchów. Ogromne wrażenie robi wypalony w czasie ataku ognia autentyczny wóz bojowy. Do najciekawszych zabytków w kolekcji można zaliczyć - bogato rzeźbiona jednoramienna sikawka konna z 1717 roku, unikalna pompa parowa z 1894 r., samochód rekwizytowy marki Benz-Gaggenau z 1912 r., autopogotowie pożarnicze marki Polski Fiat z 1938 r.
Na piętrze zgromadzono lżejsze eksponaty - przede wszystkim związane z modą pożarniczą. Specjalny dział poświęcono historii straży śląskiej. Odrębne pomieszczenia przeznaczono na pokazanie wielkich katastrof: awarii elektrowni jądrowej w Czarnobylu, tragedii World Trade Center, powodziom w Polsce.
Chyba każdy chłopiec - ten mały i ten duży - chciał być kiedyś strażakiem. Zapewne i nie jedna dziewczynka o tym marzyła. W tym muzeum mogli poczuć się jak w raju - w raju strażackim.
Dzień był pełen mocnych wrażeń.
Przepełnieni podziwem dla pracy górników i strażaków, wróciliśmy do Chrzanowa.

Ewa Kuncewicz


Wieści ze Spisza...


17 listopada 2013r. z Chrzanowa wyjeżdża grupa 24 zapalonych turystów na wycieczkę zorganizowaną przez Koło Grodzkie Oddziału PTTK. Za oknem busa mgła, ale wszystkim towarzyszą wyśmienite humory. Z każdym kilometrem podróży słońce coraz bardziej wygląda zza chmur, by na Spiszu powitać nas pełnym blaskiem.
Pierwszy punkt naszej podróży to Trybsz. Wieś położona jest w polskiej części Spisza, na północno-zachodnim Zamagurzu, pomiędzy Pieninami Spiskimi a Pogórzem Spiskim. Trybsz wzmiankowany jest od XVI wieku, kiedy to należał do właścicieli zamku Dunajec (obecnie Niedzica). Wieś założona została przez spolonizowanych osadników z Frydmana. Początkowo należała do parafii w Krempachach, potem we Frydmanie, a samodzielną parafią stała się w roku 1769. Naszym celem było zwiedzenie kościoła św. Elżbiety Węgierskiej. Na miejscu czekała przewodniczka, która opowiedziała o tym niezwykłym zabytku. Drewniany kościół pw. św. Elżbiety Węgierskiej z 1567 r.to konstrukcja zrębowa, konsekrowana ok. roku 1640, jednonawowa bez wieży (rozebranej w 1924r.). Wewnątrz barokowa polichromia z 1647r. Na sklepieniu najstarsza malowana panorama polskich Tatr (Hawrań, Płaczliwa Skała), stanowiąca tło dla przedstawienia Sądu Ostatecznego. Kościół wpisany jest do rejestru zabytków, leży na małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej. Za kościołem cmentarz parafialny, który również mogliśmy zobaczyć. Obok starej świątyni w 1904 r. wzniesiono nową, murowaną - dzisiejszy kościół parafialny, w którym znajduje się cześć wystroju starego, drewnianego kościółka. Omijając kramy z "chińszczyzną" na parafialnym odpuście ruszyliśmy do kolejnego punktu naszej wyprawy czyli do Łapsz Wyżnych.
Łapsze Wyżne leżą na Pogórzu Spiskim. Miejscowość położona jest na wysokości 635-670 m w głębokiej dolinie potoku Łapszanka, na wschodnich stokach Trybskiej Przełęczy. Na północ od wsi wznosi się grzbiet ze szczytem Grandeus (795 m), od południa najwyższe wzniesienie Magury Spiskiej - Kuraszowski Wierch. Pierwsza wzmianka źródłowa o wsi Łapsze Wyżne pochodzi z dokumentu z 1340 roku. Wieś należała wówczas do parafii w Łapszach Niżnych prowadzonej przez zakon Bożogrobców. My udaliśmy się do kościoła, który z zewnątrz wyglądał na tradycyjny i nowoczesny a w środku....... Kościół w Łapszach Wyżnych pod wezwaniem św. Piotra i Pawła nazywany jest perłą rokoka na polskim Spiszu. Obecny kościół zaczęto budować 1 maja 1759 roku staraniem ks. proboszcza Szymona Goryłowicza pochodzącego z Kacwina, a zakończono w 1776 roku wstawiając rokokowe wyposażenie. Kościół ten wzniesiono na miejscu drewnianej cerkiewki. Rokokowe wyposażenie kościoła pochodzi z lat 1760-76. Ołtarz główny z 1776 roku zawiera obraz przedstawiający świętych Piotra i Pawła oraz rzeźby św. Szymona, św. Jana Chrzciciela i koronację Najświętszej Maryi Panny w zwieńczeniu. Na mensie ołtarza stoi ażurowe tabernakulum. Urządzenie wnętrza, bogate, jednolite stylowo jest przykładem doskonałej snycerki rokokowej z trzeciego ćwierćwiecza XVIII wieku i zasługuje na szczególną uwagę. Dekoracje stwarzają wrażenie pogodnej sytości i ciepła, przyciągając wzrok mnóstwem zdobień i barwnością. Pełni wrażeń i ciekawych informacji przekazanych przez oprowadzającego nas proboszcza parafii wyruszyliśmy w dalszą drogę na przełęcz Nad Łapszanką.
Z przełęczy Nad Łapszanką rozpościera się jeden z najpiękniejszych widoków na Tatry. Na miejscu powitał nas pies, który chętnie nam towarzyszył w tym krótkim odpoczynku a nawet chciał się z nami wybrać w dalszą drogę. Widok ośnieżonych w oddali gór utrwaliliśmy na wspólnych fotografiach i pełni zachwytu nad naszą wspaniałą polską przyrodą wyruszyliśmy do Jurgowa, by tam zobaczyć zagrodę spiską, Zagrodę Sołtysów, zbudowaną w 1861r. Stanowi ona przykład niegdyś typowej, obecnie niespotykanej ubogiej, drewnianej, chłopskiej chałupy spiskiej. Zagroda składa się z domu mieszkalnego i zabudowań gospodarczych w jednym ciągu i pod jednym dachem. Część mieszkalna składa się z zaledwie trzech pomieszczeń: sieni, izby i komory. Centralne pomieszczenie było wielofunkcyjne tutaj spano, gotowano, przebywano w ciągu dnia i podejmowano gości. Zabudowania gospodarcze obejmują drewutnię i owczarnię, boisko i stajnię. Zagroda jest wyposażona w najrozmaitsze sprzęty i przedmioty stosowane w spiskim gospodarstwie chłopskim z przełomu XIX i XX wieku. W izbie mieszkalnej można się zapoznać z ciekawym, dziś już unikalnym strojem jurgowskim z końca XIX i początku XX wieku. Zgromadzony we wnętrzu ubogiej zagrody strój obrazuje sposób ubierania się zarówno zamożnych, jak i ubogich mieszkańców wsi. To część góralskiej historii. W sąsiedztwie muzeum znajduje się stara remiza strażacka. W jej wnętrzach można oglądać wystawę zdjęć "Jurgów w starej fotografii", której my też poświeciliśmy nasz czas.
Po części "edukacyjnej" wycieczki nastał czas na przyjemności. Czas na Bukowinę Tatrzańską. Po krótkim "kawowym" postoju w miłym i przytulnym zajeździe dotarliśmy do Term w Bukowinie Tatrzańskiej. Aquapark Terma BUKOVINA to niezwykłe miejsce, pozwalające  zaznać znakomitej zabawy, wyśmienitego relaksu i skorzystać ze zdrowotnych właściwości wody wypływającej z najczystszych zakątków Tatr. Temperatura wody w basenach utrzymuje się w granicach 30-36°C. Przyjemne masaże w bulgotniku zrelaksowały nasze ciała a pobyt na otwartych basenach je zahartował, "rwąca rzeka" dostarczyła emocji. Przez chwilę mogliśmy delektować się oszałamiającą panoramą Tatr, podziwianą wprost z wypełnionych wyjątkową wodą termalną basenów. Warto było tu pobyć, może nie tak długo bo tylko nieco ponad 2 godziny i odpocząć od pośpiechu codziennego życia. Niestety nastał czas powrotu do domu. W czasie krótkiego postoju na posiłek w zajeździe "U Lipy" dzieliliśmy się wrażeniami z całego dnia.
Do Chrzanowa wracaliśmy zrelaksowani, w myślach planując kolejne wyprawy w tak miłym towarzystwie. Do zobaczenia na kolejnej wycieczce.



Poznajemy okolice z UTW - Ziemia krzeszowicka - 24 października 2013


Nieoczekiwanie pomysł z gatunku "cudze chwalicie" całkowicie się sprawdził - w wycieczce udział wzięło 43 osoby, z tego większość to słuchacze UTW. Zaangażowanie naszego kolegi Zbyszka Durczoka ze Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Krzeszowickiej oraz jego kolegów z organizacji dało bardzo dobry efekt poznawczy i rekreacyjny. Pogodę też zamówili wspaniałą.
Początek przy Pomniku Józefa Piłsudskiego i Niepodległości Polski w Nawojowej Górze, o którym niewielu wiedziało, a już w skojarzeniu tego miejsca z wymarszem pierwszej brygady legionowej - chyba nikt. Potem spacer do Willi Domańskich. Wspaniała opowieść o ludziach, którzy nie żyli tylko dla siebie, a swój talent "biznesowy" wykorzystywali też na rzecz innych. Chciałoby się powiedzieć - to był oświecony i ludzki kapitalizm w wydaniu rodzimego kapitalisty - Karola Domańskiego. Świetnie utrzymana willa, z wojennymi i powojennymi losami jej właścicieli i mieszkańców - to kanwa do interesującego opowiadania pana Łukasza Skalnego, prezesa SMZK.
Wizyta w Muzeum Regionalnym - jak wieść gminna niesie z trudem powstało to muzeum dzięki darowiźnie domu przez rodzinę Studenckich, powoli gromadzi zbiory, które póki co są raczej skromne. Ale opowieść pani Teresy Czerny o Krzeszowicach i okolicach była ciekawa, a my mogliśmy skonfrontować swoje wiadomości (i pamięć) z eksponatami. Przekonaliśmy się, że konstrukcja cepa jest rzeczywiście prosta. Potem skok do XXI wieku - przecież wcześniej w Polsce pól golfowych raczej nie było, a o takim standardzie i stopniu trudności - na pewno. Paczółtowice mogą się pochwalić, a ranga rozgrywanych tu zawodów będzie rosła wraz z umiejętnościami polskich golfistów. A trafić do dołka wcale nie jest łatwo - o tym mogli się przekonać wszyscy chętni uczestnicy wycieczki. Piłka nie słucha, kij krzywy, dołek mały - to na równym treningowym terenie. Jak to wygląda na prawdziwym torze (18 dołków, 5750m długości, ponad 80ha powierzchni i norma tylko 72 uderzenia). Jak to zrobić? - oto jest pytanie. Ale próbowaliśmy.
I słońce!!!! Szkoda tylko, że "wypiło" wodę - awaria w dostawie wody.
Kościół pw. Nawiedzenia NMP w Paczółtowicach - mały, niezwykle sympatyczny drewniany kościółek, o którym proboszcz, ks. Ryszard Pałka, opowiedział nam od ołtarza wiele szczegółów i ciekawostek. Chyba wielu odwiedzi go przy najbliższej okazji, albo specjalnie przyjedzie. Klasztor Karmelitów Bosych w Czernej - tutaj znów opowieść nestorki SMZK pani Teresy Czerny, poszerzona o informacje przekazane przez jednego z zakonników. Historia Zakonu, klasztoru w Czernej, fundatorach, św. Rafale Kalinowskim, którego szczątki doczesne spoczywają w klasztorze, o kościele klasztornym, misjach oraz .. afrykańskim muzeum. Wprawdzie nie jest ono tylko poświęcone pracy misyjnej zakonników, ale zbiory afrykańskie stanowią gros eksponatów. Zobaczyć tu można również misternie wyszywane szaty liturgiczne, w tym ornaty św. Rafała. Oddzielnym i mocnym przeżyciem była opowieść o św. Rafale - uważam za nieodzowne przytoczenie chociaż by krótkiej notki biograficznej świętego, który tak blisko nas żył i pracował.
Urodził się w Wilnie 1 IX 1835 r. Ukończył studia w Mikołajewskiej Akademii Inżynierskiej w Petersburgu, otrzymując stopień kapitana. W czasie powstania styczniowego był jednym jego z przywódców. Pochwycony przez Rosjan, został zesłany w roku 1864 na dziesięć lat pobytu na Syberii. Potem był wychowawcą bł. Augusta Czartoryskiego. W roku 1877 wstąpił do karmelitów bosych i otrzymał imię Rafała od św. Józefa. Święcenia kapłańskie przyjął w 1882 roku w Czernej. Odznaczał się wielką gorliwością w życiu zakonnym i kapłańskim. Niestrudzenie oddawał się posłudze sakramentu pokuty i kierownictwu duchowemu. W 1892 r. założył klasztor w Wadowicach i kilkakrotnie był jego przełożonym. Zmarł w 15 XI 1907 r. w Wadowicach. W roku 1983 papież Jan Paweł II ogłosił go błogosławionym, a w 1991 roku świętym.
Dla chętnych jeszcze tylko niepowtarzalna plenerowa Droga Krzyżowa - wspaniałe rzeźbione kamienne Stacje, rozmieszczone na wzgórzu klasztornym pośród potężnych buków.
Kończąc wycieczkę obiecujemy sobie - "swoje też może być ciekawe, a już na pewno nie powinno być nieznane".

A.K.

Zdjęcia A.K. i T.B.



Roztocze 3-6 października 2013


W dniach od 03 do 06 października grupa członków PTTK oraz jego sympatyków udała się na wycieczkę zorganizowaną przez Koło Grodzkie, której celem było zwiedzanie Roztocza Południowego czyli obecnych Kresów Polski. Rejon ten stanowi pasmo wzniesień biegnących łukiem z północnego zachodu od Kraśnika aż na południowy Wschód za Lwowem. Większość terenu porośnięta jest lasami, które łączą się bezpośrednio z rozległym kompleksem Puszczy Solskiej. To również kraina pól, dolin i wąwozów.
Pierwszym obiektem, który zwiedzaliśmy podczas tej wycieczki był Zespół Pałacowo-Parkowy w Łańcucie. Zaczęliśmy od spaceru po parku, w którym mimo trwającej już jesieni kwitło mnóstwo czerwonych róż. Następnie zobaczyliśmy piękne, ciągle zachwycające wnętrza pałacu oraz wysłuchaliśmy jego historii. Duże zainteresowanie wzbudziły pojazdy zgromadzone w Powozowni. Uczestnicy z zainteresowaniem oglądali również ikony pochodzące z różnych obiektów sakralnych rejonu, zebrane w jednym z dawnych budynków gospodarczych należących do pałacu.
Po tym przejechaliśmy do niewielkiego Lubaczowa, położonego zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy z Ukrainą, u ujścia rzeki Sołotwy do Lubaczówki, liczącego zaledwie 13 tysięcy mieszkańców. Głównym powodem, dla którego zawitaliśmy do tego miasteczka była chęć odwiedzenia muzeum Kresów, zlokalizowanego w dawnym spichlerzu. Zapoznaliśmy się tam z dziejami ziemi lubaczowskiej od czasów najdawniejszych do współczesnych, kulturą wsi lubaczowskiej oraz wielonarodowym dziedzictwem Kresów. Zobaczyliśmy mnóstwo eksponatów prezentujących lokalne rzemiosła wiejskie i małomiasteczkowe. Dowiedzieliśmy się, że Muzeum oprócz prezentacji posiadanych zbiorów prowadzi również działalność badawczą i i szkoleniową. W części poświęconej sztuce sakralnej podziwialiśmy malarstwo i rzeźby związane z Kościołem Rzymskokatolickim, z ciekawością oglądaliśmy ikony z Cerkwi Greckokatolickiej, dużym zainteresowaniem cieszyła się również kolekcja judaików. W skupieniu oglądaliśmy krzyże i figury kamienne, wykonane w ośrodku kamieniarskim w Bruśnie Starym oraz kolekcję żelaznych krzyży cerkiewnych. Odwiedziliśmy również wystawę okresową prezentowaną w Galerii Oficyna, poświęconą hodowli owiec i życiu pasterskiemu w Europie.
Następnie odbyliśmy spacer po zrewitalizowanym rynku miasteczka, zaglądnęliśmy również do ogromnej murowanej cerkwi Świętego Mikołaja Cudotwórcy.
Ponieważ była już pora przedwieczorna udaliśmy się do Horyńca Zdroju, gdzie w ośrodku "Dukat" mieliśmy zarezerwowane noclegi. Po smacznej obiadokolacji część uczestników udała się na spoczynek, a ci którzy nie czuli jeszcze zmęczenia udali się na spacer po uzdrowisku, a nawet skorzystali z Krytej Pływalni.
Drugi dzień wycieczki rozpoczęliśmy śniadaniem, po którym udaliśmy się do Radruża , aby zobaczyć najstarszą drewnianą cerkiew grecko-katolicką w Polsce.
Pogoda nie była zbyt łaskawa, gdyż po nocnym przymrozku dokuczał znaczny ziąb. Nie stanowiło to jednak dla nas przeszkody i wstąpiliśmy na teren cerkiewny, aby móc poznać ten ciekawy zabytek. Na zespół cerkiewny składają się mury, wysoka wieża obronna oraz masywna budowla świątyni pod wezwaniem św. Paraskewy, zbudowana w końcu XVI w. bez użycia gwoździ, z grubych dębowych i modrzewiowych dech.
Miejscowa Pani Przewodnik z ogromną pasją i ekspresją zapoznała nas z bogatą historią tego przybytku, jego tajemnicami, w interesujący sposób podzieliła się również ciekawostkami związanymi z tym miejscem. Od niej też dowiedzieliśmy się, że zabytek w bieżącym roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Walory artystyczne całego zespołu oraz unikalne wyposażenie zrobiły na nas niesamowite wrażenie.
Po wyjściu z obiektu czekała nas miała niespodzianka: całe otoczenie cerkwi skąpane było w słońcu i znacznie się ociepliło. Wstąpiliśmy jeszcze na dwa opuszczone przy cerkiewne cmentarze, które znajdują się pod opieką muzeum, gdzie mogliśmy podziwiać surowe piękno kamiennych krzyży oraz oddać się zadumie nad przemijaniem. Przed odjazdem odbyliśmy krótki spacer do bardzo bliskiej granicy polsko-ukraińskiej, podziwiając po drodze urok pól i ukształtowanie terenu. W następnej kolejności nasz czas przeznaczyliśmy na zwiedzanie części Horyńca Zdroju. Przespacerowaliśmy się przez park zdrojowy, a następnie idąc mini deptakiem zobaczyliśmy z bliska kościół, a także budynek dawnego Teatru dworskiego, w którym obecnie mieści się Dom Kultury. Następnie weszliśmy na teren sanatorium Bajka, mieszczącego się w odrestaurowanym pałacu książąt Ponińskich, otoczonym 9-hektarowym parkiem z dwoma stawami. Oprowadzający nas kolega Heniek zapoznał nas z historią uzdrowiska oraz jego współczesnością.
W czasie wolnym chętni odwiedzili lokale gastronomiczne i w zależności od upodobania zaspokoili swoje zachcianki. Po tym krótkim odpoczynku już wspólnie udaliśmy się autokarem na spotkanie z kolejnymi drewnianymi cerkwiami.
Najpierw zawitaliśmy do Kowalówki. Obiektem, który warto zobaczyć w tej miejscowości jest jest drewniana, szalowana, zwieńczona jedną kopułą, z dachem krytym blachą dawna cerkiew greckokatolicka. Od lat pełni ona funkcję świątyni rzymskokatolickiej, dzięki temu uniknęła losu innych cerkwi i nie uległa dewastacji.
Następnie przejechaliśmy do Gorajca, gdzie zwiedziliśmy dawną cerkiew greckokatolicką p.w. Narodzenia NMP. To bardzo stary drewniany obiekt sakralny, z XVI w., który na przestrzeni lat był kilkukrotnie rozbudowywany. Cerkiew znajduje się pod opieką konserwatora zabytków, jednak nie ma stałego użytkownika, gdyż nie pełni już funkcji sakralnych. We wnętrzu cerkwi znajdują się stare i cenne elementy wyposażenia. Zobaczyliśmy również odnowione polichromie ścienne z połowy XVII w.
Kolejnym obiektem, który oglądaliśmy, była dawna cerkiew unicka w Chotylubiu. Po opuszczeniu wsi przez ludność ukraińską cerkiew stała opuszczona, a później służyła jako kościół katolicki. Obecnie znów opuszczona popada w ruinę. Jakkolwiek bryła cerkwi jest ciekawa, to została zeszpecona dobudowanym współcześnie "babińcem". Zdumiał nas także komin niespotykany w żadnym innym obiekcie cerkiewnym.
Potem przemieściliśmy się w okolice Starego Brusna. Dla odmiany zażyliśmy kontaktu z naturą. Polną drogą, w promieniach słońca, które mocno przegrzewało, udaliśmy się w kierunku wzgórza Hrebcianka. Idąc wśród pól podziwialiśmy rozległy krajobraz i pofałdowany teren. Naszą uwagę przykuwały kamienne krzyże wotywne, zbudowane z miejscowego kamienia, stojące pośród pól i na rozdrożach, dodające uroku tym miejscom. Po przejściu przez pole kukurydzy dotarliśmy do częściowo zarośniętego, jednak dość dobrze zachowanego, jednego z bunkrów, wchodzącego w skład fortyfikacji tworzących umocnienie tzw. Linii Mołotowa. Ten militarny obiekt przeszłości wzbudził duże zainteresowanie zwłaszcza wśród męskiej części wycieczki.
W drodze powrotnej idąc przez teren nieistniejącej już wsi Brusno Stare, którą do czasu wysiedlenia po II wojnie światowej zamieszkiwała głównie ludność ukraińską, skręciliśmy w las, aby dotrzeć do rozległego, opuszczonego cmentarza. Wśród drzew i zarośli ukazało się nam mnóstwo nagrobków i niskich kamiennych krzyży, często porośniętych mchem i wijącym się bluszczem. Całość daje niesamowite wrażenie. Dominuje uczucie opuszczenia, nostalgii, nicości, zadumy, ale także żalu, że piękno zaklęte w kamieniu niszczeje, a może nawet jest rozkradane, gdyż wyraźnie widać, że liczne figury zostały siłą oderwane. Warto, aby ocalić to miejsce, także dla pamięci pochowanych tam ludzi.
Nostalgiczny nastrój opuścił nas, gdy znów znaleźliśmy się w pełnym słońcu i zobaczyliśmy ludzi pracujących na polu, a w dali zabudowania gospodarskie.
Udaliśmy się z powrotem do autokaru. Nie był to koniec naszej wędrówki po roztoczańskiej ziemi w tym dniu, gdyż przed powrotem do Horyńca, skierowaliśmy się do Nowin Horynieckich, gdzie zaliczyliśmy kolejny spacer pośród bujnej przyrody, z wyraźnie już zaznaczonymi jesiennymi kolorami, prześwietlonymi promieniami chylącego się ku zachodowi słońca. Tym razem naszym celem było dotarcie do miejsca pielgrzymkowego ukrytego pośród drzew w pięknym wąwozie z "cudownym źródełkiem" leczącym podobno oczy oraz kapliczką Matki Boskiej. Jak się okazało źródełek jest kilka, a miejsce niezwykle urokliwe. Spędziliśmy tam trochę czasu,aby każdy mógł nasycić się urodą i energią tego miejsca. Jednak mający się już ku końcowi dzień skłonił nas do powrotu, gdzie w ośrodku czekała na nas obiadokolacja, która i tym razem okazała się smaczna i zadowoliła wszystkich. Po kolacji kto jeszcze miał siły, skorzystał z zaproszenia do wspólnego spędzenia czasu przy muzyce.
Kolejny ranek przywitał nas słońcem, które szczęśliwie towarzyszyło nam do samego wieczoru. Piękna pogoda była nam bardzo potrzebna tego dnia, gdyż zamierzaliśmy udać się nad rzekę Tanew, aby podziwiać na niej "szumy" zwane inaczej "szypotami".
Korzystając ze sprzyjającej nam aury podjechaliśmy do miejscowości Rebizanty i rozpoczęliśmy spacer leśnymi szlakami. Najpierw przemieszczaliśmy się w kierunku potoku Jeleń, na którym zobaczyliśmy największy jego wodospad. Następnie przez piękny sosnowy bór, pośród wzniesień o stromych zboczach, mijając zabagniony teren, porośnięty olchami, dotarliśmy do miejsca, gdzie potok wpada do Tanwi. Dalej kontynuowaliśmy spacer wzdłuż koryta rzeki, aż doszliśmy do miejsca gdzie tworzy ona zakole. Naszym oczom ukazał się piękny widok. Niewysokie progi skalne, niekiedy przebiegające wzdłuż koryta rzeki, tworzą w tym miejscu urocze, niewielkie wodospady, które swoimi odgłosami potwierdzają ich nazwę. Malownicze obrazy zawdzięczaliśmy słońcu, które rozświetlało otaczający rzekę las, podkreślając urodę jesienną drzew liściastych,w wodach rzeki odbijał się błękit nieba. Każdy do woli mógł delektować się urokiem tego miejsca, gdyż mieliśmy tutaj dłuższą przerwę. Oczywiście aparaty poszły w ruch, aby utrwalić oglądane widoki.
Trochę z żalem opuszczaliśmy ten uroczy zakątek, ale czekały na nas kolejne ciekawe miejsca i zabytki. Skierowaliśmy się więc do Tomaszowa Lubelskiego, największego ośrodka miejskiego tej części Roztocza, gdzie jako pierwszą zwiedziliśmy murowaną cerkiew prawosławną. Proboszcz parafii opowiedział nam o jej historii i podzielił się z nami wiedzą na temat różnic między prawosławiem, a kościołem katolickim, wskazał również na rzeczy, które łączą te oba wyznania. Po zakupieniu pamiątek udaliśmy się do pobliskiego kościoła katolickiego, który również jest ciekawym obiektem zasługującym na uwagę. Zbudowany jest z drewna modrzewiowego i posiada barokowy charakter, co jest pewnym ewenementem, jeżeli chodzi o budownictwo drewniane. Z zaciekawieniem oglądaliśmy trzynawowe wnętrze z manierystycznym ołtarzem, w którym znajduje się cudowny obraz Matki Bożej Szkaplerznej oraz dwa szeregi kaplic otwartych ku nawom.
Następnie przespacerowaliśmy się uliczkami miasteczka, zwracając uwagę na budynek byłej herbaciarni, tzw. Czajnię, zbudowanej z okazji koronacji cara Mikołaja II na wzór domów drewnianych w północnej Rosji.
Było już późne popołudnie, więc udaliśmy się w drogę powrotną do Horyńca.
Wracając do naszego ośrodka mieliśmy okazję zobaczyć w Narolu, niestety tylko z oddalenia, ciekawy obiekt, tj. Pałac Łosiów, położony w pięknym parku, do którego prowadzi wiekowa lipowa aleja. W chwili obecnej jest on prywatną własnością, jednak istnieje nadzieja, że w przyszłości chociaż w części będzie udostępniony do zwiedzania, gdyż powstaje tam Centrum Szkoleniowo- Artystyczne.
Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w Woli Wielkiej, gdzie niestety tylko z zewnątrz oglądnęliśmy opuszczoną drewnianą cerkiew, pełniącą dość długi okres czasu funkcję świątyni katolickiej. Mieszkańcy pobudowali obok nowy kościół, a stary nieużywany obiekt niszczeje, popadając w ruinę. Jeżeli nie zostanie poddany on teraz renowacji i konserwacji może okazać się za późno na jego uratowanie.
Przed wjazdem do Horyńca wstąpiliśmy do klasztoru ojców franciszkanów, gdzie trochę czasu poświęciliśmy na zwiedzanie tego obiektu. Bardzo grube mury kościoła i klasztoru oraz otaczający je mur i dawna fosa świadczą o obronnym charakterze zespołu klasztornego. We wnętrzu barokowej XVIII - wiecznej świątyni na szczególną uwagę zasługuje łuk tęczowy, który pokrywają oryginalne freski z czasów budowy kościoła.
Na zakończenie tak aktywnego dnia wstąpiliśmy jeszcze na cmentarz, aby zobaczyć ciekawą kaplicę-mauzoleum właścicieli uzdrowiska Ponińskich oraz pomnik upamiętniający poległych podczas walk polsko-ukraińskich w latach 1918 - 1919 r.
Po kolacji znów co wytrwalsi udali się na tańce, a komu było mało chodzenia, to zaliczył jeszcze spacer po wieczornym Horyńcu.
Rankiem grupa sprawnie wykwaterowała się z gościnnego "Dukata" i udaliśmy się w kierunku Jarosławia. Ostatni dzień naszej wycieczki miał być poświęcony zwiedzaniu tego galicyjskiego miasta o charakterze kupieckim, słynącego kiedyś z bogatych jarmarków. Kilkugodzinny spacer w towarzystwie miejscowego Przewodnika dostarczył nam wielu wrażeń. Jako pierwszą zwiedziliśmy Kolegiatę Bożego Ciała, będącą najstarszym pojezuickim kościołem w Polsce. Następnie spacerując uliczkami dotarliśmy do miejsca, skąd mogliśmy podziwiać piękny widok na wzgórze z usytuowanym na nim zespołem klasztornym sióstr Benedyktynek. Po dojściu do greckokatolickiej cerkwi Przemienienia Pańskiego skierowaliśmy się w stronę obszernego Rynku, otoczonego pięknymi kamieniczkami, posiadającymi zachowany styl jarosławski tj. posiadającymi zadaszone dziedzińce tzw. wiaty. Największą uwagę przyciągnął jednak neorenesansowy, odnowiony budynek Ratusza z wieżą zegarową.
W jednej z kamieniczek znajduje się wejście do podziemnej Trasy Turystycznej, liczącej ok. 150 m długości. Przemierzając piwnice i korytarze obudowane cegłą, usytuowane na poziomie ok.9 m wgłąb ziemi, mieliśmy okazję zobaczyć jak wyglądały dawne składy kupieckie. Po zakupie pamiątek skierowaliśmy się do oglądanego wcześniej z oddali opactwa Benedyktynek, opasanego murami z 8 basztami i wieżą obronną. Podczas pobytu w zespole klasztornym, oprócz kościoła, odwiedziliśmy tzw. "Czarną Kaplicę", której nazwa powstała po pożarze, kiedy to w wyniku wysokich temperatur doszło do stopienia powierzchni cegieł i wytworzenia się błyszczącej czarnej glazury. Z ciekawością obejrzeliśmy też eksponaty muzealne, zgromadzone w części udostępnionej pielgrzymom. Po zwiedzaniu odpoczęliśmy w klasztornej kawiarni, popijając kawę oraz delektując się sernikiem i jabłecznikiem. Nadszedł czas odjazdu, więc skierowaliśmy się do naszego autokaru i ruszyliśmy w drogę.
Zmierzając do Chrzanowa zatrzymaliśmy się jeszcze w Rzeszowie, dochodząc wspólnie do Rynku. Potem w ramach wolnego czasu już indywidualnie zwizytowaliśmy jego okolice. Rynek tętnił życiem, słoneczna pogoda sprzyjała spacerom mieszkańców, którzy licznie odpoczywali na jego terenie. Było wystarczająco dużo czasu, aby dobrze zjeść i pozaglądać w różne miejsca. Gdy spotkaliśmy się znów wszyscy razem podzieliliśmy się wrażeniami. Okazało się, że niektórzy zaglądnęli nawet do Muzeum Dobranocek i przypomnieli sobie czas swojego dzieciństwa i młodości.
W drodze do autokaru podziwialiśmy fasady mijanych budynków. Największą uwagę przyciągnął zamek Lubomirskich, w którym obecnie mieści się prokuratura tego miasta. Ponieważ było to ostatnie miejsce, które mieliśmy zobaczyć podczas naszej wycieczki, udaliśmy się w dalszą drogę do Chrzanowa.
Wracaliśmy zadowoleni, gdyż pogoda nam dopisała, a bogaty program został zrealizowany i zaspokoił oczekiwania uczestników. Ponadto grupa mogła ciekawie spędzić dość długie już wieczory.
Podczas wycieczki mieliśmy okazję zapoznać się z historią tego interesującego regionu Polski, zabytkami jego kultury materialnej, wśród których największą uwagę przyciągnęły drewniane cerkwie oraz było nam dane obcować z naturą. W pamięci wszystkich na długo zostaną piękne widoki znad Tanwi, a także uroczy spacer przez las roztoczański oraz pośród pól, zdobionych pięknymi kapliczkami i krzyżami. Byliśmy pełni uznania dla organizatora tej wycieczki za ciekawy i różnorodny program.

Zuzanna Gondek

Zdjęcia P.P.
Zdjęcia H.B.



Zamki nad Loarą 2-7 września 2013


Wycieczka pod patronatem Koła UTW - ale udział bierze tylko 7 słuchaczy UTW, ogółem - 41 osób. Poniedziałek - wtorek - wyjazd o godzinie 18:00. Przed nami daleka podróż - około 22 godziny w drodze. Wielu z utęsknieniem, ale i nadzieją oczekiwało na zakończenie pierwszego etapu podróży. Blois - tu się zatrzymamy na dwa dni. Jeszcze późnym popołudniem ruszamy na pierwsze zapoznanie się z miastem, z królewskim miastem i zamkiem. Póki co wszystkich poraża ogrom libańskiego cedru, szczególnie na tle innych drzew.
Środa - Zamek królewski w Blois sprawia ogromne wrażenie.
Jeden z największych zamków w Dolinie Loary, był siedzibą kilku królów Francji. Z uwagi na czas powstawania - od XIII do XVII wieku - gromadzi w sobie wiele stylów i pomysłów architektonicznych - o wszystkim opowiada francuski przewodnik. Z poloniców należy odnotować pobyt na zamku Marysieńki Sobieskiej (śmierć w 1716 roku). Dla Francji chyba najważniejsze wydarzenia to błogosławieństwo Joanny d'Arc przed wymarszem przeciwko Anglikom (1429r.).
Po południu ruszamy do Chenonceau - Zamek Dam - najsłynniejsze jego mieszkanki to Katarzyna Medycejska, która przejmuje zamek od Diany de Poitiers - faworyty królewskiej. Obie damy wywarły niepowtarzalne piętno na samej architekturze ale i wystroju zamku, do dziś wręcz namacalny jest dotyk kobiecej dłoni - w przepięknych ogrodach, wystroju komnat, salonów i gabinetów, w niepowtarzalnych, przepięknych i zawsze świeżych kompozycjach kwiatowych. Uroku i przepychu dodają oryginalne dzieła wielkich mistrzów pędzla - Corregio, Rubens, Bassano, Veronese i inni.
Jeszcze dzisiaj zamek Chambord - ogromne renesansowe dzieło architektury, największy zamek w dolinie Loary, sporadycznie tylko wykorzystywany przez królów Francji. Jednym z jego mieszkańców był po utracie tronu polskiego król Stanisław Leszczyński, prywatnie teść Ludwika XV. Na marginesie - większość zamków nad Loarą nie miała znaczenia wojskowego, były to nieco umocnione pałace (chateau można tłumaczyć jak zamek, ale również jak pałac). Zamek Chambord nawet i murów żadnych nie ma i nigdy nie miał.
Czwartek - wcześnie rano udajemy się do Villandry. Ale tu chcemy zobaczyć nie tyle zamek-pałac, ale fantastyczne ogrody. Część z nich w formie klasycznych wysokich strzyżonych bukszpanów, natomiast reszta w postaci grządek warzywnych obramowanych niskimi, krótko strzyżonymi bukszpanami. Wrażenie niesamowite - piękna kolorowa rabata z kapust, porów, lawendy, dyni, albo jeszcze czegoś innego. Doprawdy cudowne wrażenie - dynia w kwiatach, rabata czerwonych buraków - czyż może być coś urokliwszego?
Zamek w Amboise - był jednym z ważniejszych zamków królewskich w historii Francji. Skonfiskowany w XV wieku, stał się ulubioną siedzibą królewską. W zamku znajdują się również pamiątki po algierskim emirze Abd El Kaderze, więzionym tu wraz z kilkudziesięcioosobowym orszakiem po upadku powstania (w latach 1848-1852). W parku groby muzułmańskie. Także pomnik Leonardo da Vinci. W kaplicy św. Huberta jest pochowany Leonardo da Vinci, który był gościem króla Franciszka I od 1515 roku, żył i pracował nad swoimi genialnymi wynalazkami w niedalekim pałacyku Le Clos Luce. W muzeum i obszernym parku znajdują się makiety, i pracujące prototypy, wielu z jego wynalazków (około 40). Jeszcze jedna ciekawostka - w drodze do pałacu Leonardo, przy wąskiej uliczce w stromym zboczu wapiennym pomieszczenia mieszkalne kute (dłubane) w skale. Łatwo powiększyć M.
Przejazd do Orleanu - miasto mocno historycznie związane z Joanną d'Arc, stąd i jej przydomek Dziewica Orleańska. Wrażenie robi pomnik konny Joanny na cokole zdobionym reliefami ze scenami z jej życia. Uwagę zwraca katedra Notre Dame - bliźniaczo podobna do paryskiej. We wszystkich kościołach i katedrach zwraca uwagę surowość i brak wystroju - to pokłosie Rewolucji Francuskiej, w czasie "wierna córa kościoła katolickiego" odwróciła się od kościoła, a drogocenny wystrój został zdarty i wykorzystany inaczej. Dobrze, że chociaż część dostała się do muzeów.
Piątek - Paryż. To jedno słowo wystarczy za wszelkie opisy. Jak opisać coś, co się opisowi nie poddaje. Przynajmniej mojemu. Przecież wszyscy wiedzą o Paryżu wszystko - tylko nie wszyscy widzieli. Nie opowiem im nic - wybierzcie się, i to nie raz. Raz być w Paryżu to tak jak by wcale nie być. Zawsze coś znajdziesz. My (tym razem) zobaczyliśmy: Plac Trocadero z widokiem na Wieżę Eiffla, wizyta w pobliżu Wieży, katedra Notre Dame z mostem kłódek, Pałac Sprawiedliwości, Ogrody Luksemburskie, Łuk Triumfalny, Champs Elysee, Luwr i okolice, późnowieczorna przejażdżka statkiem po Sekwanie, przejazdy paryskim metrem, paryskie ulice. Na jeden dzień dużo. Aha - jeszcze nasze Panie (nie tylko) wizyta w firmie Fragonard - fabryka zapachów. Głowy potracone, tak się kręciło od zapachów. I CEN. Koło północy wyruszamy do domu. Podziękowania dla pilota - pani Joanny - i kierowców. Brawo! To była dobra robota! Chociaż tempo obłędne i zmęczenie szybko narastało. Do zobaczenia w Paryżu!!!!

A.K.

Zdjęcia A.K.
Zdjęcia E.K.



Jak przygoda to tylko w ... Gorgany 28.08. - 01.09.2013

Wymyśliliśmy tę wycieczkę dla ciekawych nowych wrażeń, w miarę doświadczonych, o dobrej kondycji turystów górskich. Przewidywana długość tras pieszych oraz spodziewane bardzo skromne warunki pobytu odstraszyły kilka osób a z drugiej strony nowość tematu i spodziewana egzotyka zachęciły innych. I ci drudzy nie zawiedli się. Zebrało się nas 25 zdeterminowanych zwiedzić góry uznawane za najdziksze w Karpatach.
Środa. Wyjechaliśmy o 20,00 i szybko (ach, te nasze drogi !) i sprawnie dojechaliśmy do przejścia granicznego w Korczowej. Chwila na zakup hrywien w kantorze i przystępujemy do odprawy granicznej. I tu zaczynają się atrakcje. O pierwszej nie będę się szerzej rozpisywał, żeby nie narobić wstydu osobie, która ją spowodowała, a tylko ona poniosła konsekwencje. Druga to coraz sprawniejsza odprawa zarówno po stronie polskiej, jak i ukraińskiej. Technika (komputery, skanery) i uproszczenia zasad odprawy powodują, że przy odrobinie szczęścia (jeśli nie ma kolejki) można przekroczyć granicę w czasie poniżej 1,5 godz (co jeszcze niedawno było marzeniem).
I już mogliśmy ruszyć do celu. Był środek nocy, więc większość uczestników posnęła i tylko załoga musiała czuwać, żebyśmy dojechali cali tam, gdzie należy. A jazda, w miarę oddalania się od granicy, była coraz trudniejsza. Jeszcze droga do Lwowa jest znośna, choć już gorsza od polskiej średniej a im dalej, tym gorzej. Skończyło się na tym, że na ostatnim odcinku około 30 km wyprzedzali nas miejscowi staruszkowie na rowerach składakach. Jest na tej drodze więcej dziur niż całego i samochód zaprojektowany na drogi europejskie nie może jechać szybciej, żeby się nie rozsypał.
Czwartek. W końcu jednak rano dojechaliśmy do celu - pensjonatu Arnika w Osmołodzie. Przywitali nas serdecznie gospodarze: Wiktor i Julia, zakwaterowaliśmy się w trzech sąsiadujących ze sobą domach, zjedliśmy śniadanie i mogliśmy ruszać w góry. Padał drobny deszcz i Wiktor (przewodnik i ratownik górski) delikatnie odradzał nam wyjście w góry, ale nie chcieliśmy tracić dnia, więc skorygowaliśmy tylko pierwotny plan uwzględniając dowóz w głąb gór. Wiktor zadzwonił, gdzie trzeba i wkrótce podjechał nasz środek transportu - gruzowik, czyli ciężarówka z ławami na skrzyni ładunkowej i Wasylem za kierownicą.
Wasyl ma szeroki uśmiech błyskający złotem a gruzowik to mocna bestia nie bojąca się żadnych dziur, stromych podjazdów czy jazdy korytem potoku. I takiej maszyny nam trzeba.
W Gorganach odległości są duże, więc zdobywanie tych gór bez dowozu w głąb dolin wymagałoby wielogodzinnego nudnego chodzenia okropnie rozjeżdżonymi drogami leśnymi (chyba, że zakłada się wędrówkę z namiotem i zapasami żywności). Gruzowik załatwia to w miarę szybko i w miarę wygodnie. Korzystaliśmy z niego codziennie i dzięki temu udało nam się zrealizować znacznie ciekawszy program od zakładanego pierwotnie i znacznie mniejszym wysiłkiem. Za każdym razem jazda na pace była dodatkową atrakcją.
Tak więc we czwartek dojechaliśmy w głąb doliny potoku Kotelec i zielonym szlakiem ruszyliśmy w górę planując zdobycie Grofy (1738). Po niezbyt długim podejściu lasem doszliśmy do polany Płyśce, gdzie jest chatka - schron samoobsługowy, w którym można się przespać (w dwóch izbach są drewniane podesty, na których może się rozłożyć, przy gęstym upakowaniu, do 20 osób) i ugotować strawę i wysuszyć, bo w sieni jest piec, drewna za oknami w bród a i źródełko wody niedaleko. W chatce spotkaliśmy turystę ze Lwowa, który powitał nas kubkiem gorącej herbaty wzmocnionej z piersiówki i słoikiem konfitur z czarnej porzeczki własnego wyrobu.
Wkrótce ruszyliśmy dalej. Cały czas otaczała nas gęsta mgła, przemieniająca się dość często w drobny deszcz. Drobne przeoczenie na starcie od chatki spowodowało zagubienie oznakowanej ścieżki i w rezultacie podchodzenie w kierunku szczytu najpierw przez las a potem przedzieranie się przez sporą połać kosówki. W końcu dotarliśmy do ścieżki i już dość łatwo podeszliśmy na szczyt Grofy. Niestety, ciągle byliśmy w chmurze, widoczność - zerowa, w dodatku wzmagał się wiatr i było coraz zimniej, nie zatrzymywaliśmy się na szczycie zbyt długo i rozpoczęliśmy zejście. Ale na szczycie pokrytym gorganem (słowo to, które dało nazwę całej grupie górskiej oznacza rumosz skalny), przy minimalnej widoczności, dla odnalezienia kierunku zejścia konieczne było użycie kompasu.
Wciąż w gęstej chmurze zeszliśmy czerwonym szlakiem przez połacie gorganu i kosówki do lasu i wciąż w dół doszliśmy do kolejnej chatki przy której weszliśmy na niebiesko oznakowaną ścieżkę edukacyjną. Jeszcze tylko półtorej godziny zejścia (na ostatnim odcinku dość stromego) i znaleźliśmy się na dnie doliny Kotelca, w miejscu, gdzie czekał na nas Wasyl w swojej maszynie.
Powrót gruzowikiem - kolejna atrakcja. Trzęsie niemiłosiernie, ale wrażenia są niesamowite. Wróciliśmy do bazy zmęczeni, przemoknięci i zmarznięci, ale zadowoleni z atrakcyjnego dnia.
Po powrocie zdążyliśmy się odświeżyć pod natryskiem, nawet zrobić niezbędne zakupy (są tu dwa małe, ale całkiem nieźle zaopatrzone sklepiki) i nadszedł czas na obiad.
A potem spotkaliśmy się w "salonie" u Wiktora i Julii przy gitarze (Andrzej pokazał swój talent) i czym tam kto miał. W międzyczasie niektórzy skorzystali z sauny, w której napalili gospodarze. Było sympatycznie i wesoło i już całkiem się rozgrzliśmy. Ponieważ mieliśmy za sobą noc w autokarze i sporą trasę po górach w trudnych warunkach, wkrótce część uczestników rozeszła się do pokojów, ale wytrwalsi poszli jeszcze do ogniska, przy którym siedzieli już młodzi turyści z Dniepropietrowska, by tam kontynuować miło rozpoczęty wieczór.
Piątek. Pogoda się poprawiła - będzie piękny dzień. Przemoczone buty i ciuchy zdążyły prawie zupełnie wyschnąć. Po śniadaniu znów wsiedliśmy do gruzowika i kazaliśmy się zawieźć do doliny potoku Bystryk. W głąb każdej doliny doprowadzone są szerokie i solidne, choć o bardzo nierównej nawierzchni drogi leśne, którymi dojeżdżają do pracy drwale i ciężki sprzęt oraz wywozi się drzewo. Nasze przejście zaczęło się przy ujściu do Bystryka potoku Negrowa. Tym razem szliśmy nieoznakowaną drogą leśną aż do grzbietu, na którym pozostały słupki wyznaczjące biegnącą tędy w okresie międzywojennym granicę Polski z Czechosłowacją. Dziś słupki takie stanowią dodatkową pomoc w orientacji podczas przejść w terenie. Przez chwilę padał niewielki deszcz, ale cóż to dla nas.
Wkrótce doszliśmy wzdłuż słupków do Polany Bystrej, gdzie weszliśmy na czerwony szlak i zatrzymaliśmy się na krótko przy ruinach dawnego schroniska. Jeszcze kawał podejścia między kosówką, po gorganie i osiagamy szczyt Małej Sywuli (1818). Już stąd widać morze gór dokoła. Kilka zdjęć i ruszamy dalej, by wkrótce zdobyć Wielką Sywulę (1836) - najwyższy szczyt w Gorganach. A z niej widoki są jeszcze rozleglejsze. Warto było tu wejść. Dłuższa chwila na podziwianie panoramy, na drugie, czy nawt trzecie śniadanie, na zdjęcia i ruszamy dalej. Czerwony szlak wiedzie dalej grzbietem przez Łopuszną (1694), Borewkę (1596) i wreszcie opuszczamy go, by czarnym szlakiem wrócić do doliny Bystryka. Wracamy gruzowikiem z młodymi z Dniepropietrowska, którzy przeszli podobną trasę, zaglądając jednak pod drzewa obok ścieżek i dzięki temu zebrali trochę grzybów (ale Wasyl wyrzucił im z torby kilka niejadalnych).
Po dotarciu do bazy - kąpiel, obiad i czas wolny wykorzystany na zwiedzanie miejscowych lokali rozrywkowych (napis "kawiarnia" nad lokalem zamkniętym na głucho, usiąść przy piwie można w sklepie) lub kontynuację programu rozrywkowego przy ognisku. W naszym domku mamy dodatkowe towarzystwo pięciu turystów z Lubelszczyzny, którzy wybierają się na pięciodniowe przejście ze sprzętem biwakowym a noc przed wyjściem prześpią u nas, "na glebie".
Sobota. Po śniadaniu Wasyl wiezie nas do doliny Czarnej. Jadą z nami Wiktor, Julia i Ralf (ich pies). Kiedy wysiadamy Wiktor z Julią ida na grzyby a Ralf towarzyszy nam. A my idziemy nieoznakowaną drogą leśną, zrazu przez teren wyrębu, więc trochę trudny, potem lasem, grzbietem Czarnego Wierchu. Po drodze spotykamy kilku grzybiarzy. Wkrótce docieramy do domku - schronu, przy którym zatrzymujemy się na mały posiłek. Stąd dalej prowadzi już ścieżka edukacyjna na szczyt Małej Popadii (1598). Podejście jest dość długie i strome, niektórzy z wielką ulgą witają szczyt. Ale to jeszcze nie koniec atrakcji, bo naszym celem w tym dniu jest widoczna już stąd Popadia (1740). Po krótkim odpoczynku ruszamy czerwonym szlakiem w jej kierunku.
Szczyt Popadii pokryty jest gorganem o takiej wielkości odłamków skalnych, że trzeba bardzo uważać stąpając po głazach, bo są one dość duże, ale jednak, bywa, że chwiejne.
Po dotarciu na szczyt znów mamy okazję podziwiać szeroką panoramę. Identyfikujemy zdobyte w poprzednich dniach Grofę i Sywulę. Fotografujemy słupek graniczny z numerem 1. Jest słonecznie, dość ciepło, odpoczywamy więc nieco dłużej.
Jednak trzeba ruszać dalej. Zejście zaplanowaliśmy wzdłuż dawnej granicy, bez szlaku. Początkowy odcinek jest dość trudny, bo stromy i po niezbyt stabilnym gorganie, potem dodatkowo wąską ścieżką przez kosówkę. Na tym odcinku spotykamy samotną turystkę. Ciągle towarzyszy nam Ralf - biegnie przed nami a gdy marudzimy, zawraca, by sprawdzić, czy się nie pogubiliśmy.
Za słupkiem numer 3 schodzimy ze ścieżki grzbietowej wyznakowanej słupkami, by zejść w dolinę. Zaczął padać niewielki deszcz, prowadząca nas ścieżka jest wąska i często niknie wśród bujnych traw na hali, ale kierunek "w dół" jest oczywisty.
Wkrótce dochodzimy do placu załadunku drewna w dolinie Czarnej. Stąd poprowadzi nas już droga wywozu drewna. Jednak okazuje się, że to nie takie proste. Droga jest, ale jest i potok i za chwilę są one jednym. Póki potok jest skromny, nie ma problemu z przejściem, ale po przyjęciu kilku mniejszych i nieco większych dopływów robi się z niego całkiem spora rzeczka a droga wciąż wiedzie jej korytem. Tak więc trochę wzdłuż jej brzegów, przeskakując z jednego na drugi, z kamienia na kamień, trochę nieco dalej od niej, przez las, jeśli niezbyt gęsty, mozolnie posuwamy się w dół. Wreszcie dochodzimy do trasy dawnej kolejki wąskotorowej, służącej niegdyś do wywozu drewna. Szyn już nie ma, pozostały jeszcze spróchniałe, zarośnięte trawą podkłady a przede wszystkim - wygodna, równa droga.
Wreszcie docieramy do placu, gdzie czeka na nas Wasyl i Julia (obiera zebrane prawdziwki - niektóre - potężne) i wkrótce dochodzi Wiktor. Wsiadamy do maszyny i ruszamy do bazy. Tym razem mamy najdalej, więc podróż trwa prawie godzinę.
Po obiedzie znów najwytrwalsi siadają przy ognisku z gitarą, choć jutro pobudka jest wcześnie.
Niedziela. Śniadanie mamy o 6,30 (5,30 naszego czasu) i kilka minut po 7 opuszczamy gościnne progi pensjonatu Arnika. Przed nami kawał drogi, w znacznej części koszmarnie dziurawej, planujemy jeszcze zatrzymać się na dłuższą chwilę w trzech miejscach, czeka nas przekraczanie granicy a chcemy wrócić do domu niezbyt późno, bo jutro trzeba pracować.
Ale na początku nie da się nic przyspieszyć. Dziury jak były, tak są i na pierwsze 70 km potrzeba nam 3,5 godziny. Po drodze podziwiamy w kolejnych wsiach dzieci idące na rozpoczęcie roku szkolnego (właśnie w niedzielę mają tę uroczystość). Szczególnie dziewczynki, w specjalnych, jednakowych, brązowych sukienkach, białych fartuszkach i ze wspaniałymi białymi kokardami prezentują się pięknie. Widać sporo chłopców w tradycyjnych, kolorowo haftowanych koszulach a przed jedną ze szkół między czekającymi rodzicami zauważamy dwóch popów. W końcu docieramy do pierwszego z dzisiejszych celów: Skitu Maniawskiego. To monastyr (klasztor) bazylianów, który dzięki odmowie przyjęcia unii brzeskiej stał się ostoją prawosławia na kresach wschodnich Rzeczypospolitej. Po wielu klęskach (spalenie przez Turków, likwidacja w okresie kasty józefinskiej, czasy komuny) obecnie odnowiony obiekt znów służy rzeszom wiernych. Podziwiamy mury obronne, zabudowania klasztorne a przede wszystkim cerkiew pod wezwaniem Podniesienia Krzyża Świętego z pięknym ikonostasem. Wszystkie obiekty są odnowione, choć bez zwracania uwagi na użycie materiałów nawiązujących do pierwowzoru.
Z Maniawy kierujemy się na Iwano - Frankiwsk (do 1962 - Stanisławów). Znów dziurawe drogi, choć przed stolicą województwa już trochę lepsze.
W Stanisławowie zatrzymujemy się w centrum. Podczas krótkiego spaceru po mieście zatrzymujemy się przed pomnikiem Adama Mickiewicza, na rynku przed ratuszem i drogowskazem pokazujacym kierunki i odległości do miast partnerskich Stanisławowa (fotografujemy się tu przed tabliczką kierującą do Chrzanowa), zaglądamy do katedry katolickiej (obecnie obrządku bizantyjsko - ukraińskiego), na placu przed katedrą uczestniczymy w Święcie Chleba (dożynki - kramy z regionalnymi artykułami spożywczymi, estrada z zespołami ludowymi). Tu znów podziwiamy licznych młodych i starszych mężczyzn ubranych w tradycyjne haftowane kolorowo koszule.
Niestety nie mamy wiele czasu i wkrótce ruszamy dalej - w kierunku Lwowa.
Drogi między miastami wojewódzkimi są nieco lepsze i udaje się nam osiągnąć oszałamiającą średnią prędkość 45 km/godz. Niestety Lwów wita nas deszczem. Zrazu niewielki opad nasila się i po szybkim przejściu od Baszty Prochowej, koło pomnika Epifana Drowniaka (Nikifora Krynickiego) i kościoła dominikanów, przez Rynek ze sławnym Ratuszem, koło katedry łacińskiej do pomnika Adama Mickiewicza rozchodzimy się, żeby się schować przed deszczem. Można wejść do katedry (trwa msza św), można do jednej z licznych w okolicy Rynku restauracji.
O umówionej porze zbieramy się w autokarze, żeby już ostatecznie skierować się do domu.
Na przejściu granicznym w Krakowcu, niestety stajemy w kolejce, jako piąty autokar do odprawy.
Jednak kolejka posuwa się dość szybko, odprawa przebiega sprawnie, zarówno po stronie ukraińskiej jak i po naszej i wreszcie jesteśmy w Polsce.
Powrót z Korczowej do Chrzanowa przebiegł bez przygód.
Podsumowując, trzeba stwierdzić, że wycieczka była bardzo ciekawa. Zrealizowaliśmy bogaty program górski, bardziej atrakcyjny od planowanego, podczas drogi powrotnej zobaczyliśmy, choć tylko przelotnie, kilka ciekawych miejsc, dotknęliśmy z bliska fragmentu Ukrainy i spodobała się nam. Gorgany są dzikie, ale już nie tak, jak dawniej. Są mapy turystyczne i przewodniki (także polskie), w terenie jest sporo dobrze oznakowanych szlaków turystycznych, a można chodzić i bez szlaków, jest trochę bazy w dolinach. Nie ma schronisk w górach a tylko kilka chatek, nie ma turystów na szlakach (spotkaliśmy dwie osoby w ciągu trzech dni). I to się nie zmieni, dopóki będzie się tam dojeżdżało takimi drogami, jakie są w tej chwili - czyli nieprędko. Jednak warto nawet znieść trudy dojazdu, żeby tam zawitać. Bo są tam jeszcze, oczywiście, ludzie, miejscowi: serdeczni, przyjaźni, gościnni, chętni do pomocy, jeszcze nie zepsuci przez letników, którzy przyjeżdżają z workiem pieniędzy i oczekują "all inclusive" z podaniem do łóżka.
Pojedziemy tam znowu w przyszłym roku (może w inną grupę górską).

KP

Zdjęcia M.G.



Okolice Szczawnicy pieszo i na rowerach 24-25 sierpnia 2013


Zarząd koła Grodzkiego, skupiającego sporą liczbę turystów - kolarzy, postanowił zorganizować wycieczkę, łączącą dwa w jednym: turystykę kolarską i pieszą górską. Za najlepsze miejsce na taką wycieczkę uznano rejon Szczawnicy. Ogłoszony program i prognozy pięknej pogody skłoniły do wyjazdu 26 osób.
Do Szczawnicy dojechaliśmy w sobotę przed południem, zakwaterowaliśmy się i przeszliśmy do wypożyczalni rowerów. Po zaopatrzeniu się w pojazdy (było z tym trochę problemów, także podczas jazdy) ruszyliśmy specjalnie dla rowerzystów przygotowaną dróżką wzdłuż Grajcarka, potem wzdłuż Dunajca. Przy pawilonie edukacyjnym Pienińskiego Parku Narodowego zatrzymaliśmy się, między innymi żeby zobaczyć na znajdującej się tam mapie plastycznej czekającą nas trasę. A zaplanowany był przejazd do Czerwonego Klasztoru i, oczywiście, również z powrotem. Wkrótce ruszyliśmy dalej.
Pod wodzą doświadczonego przodownika turystyki kolarskiej Jurka Guta grupa jechała spokojnie i bezpiecznie, choć ruch na Drodze Pienińskiej wzdłuż Dunajca był spory. Korzystając z pięknej, słonecznej pogody wielu turystów i wczasowiczów wybrało się do Leśnicy lub Czerwonego Klasztoru pieszo lub na rowerach. Jadąc wzdłuż rzeki podziwialiśmy wznoszące się nad nią ściany skalne Sokolicy, potem Trzy Korony a przez cały czas liczne tratwy flisackie przewożące amatorów spływu oraz pontony i kajaki, którymi pokonywali ten piękny fragment Dunajca zwolennicy mocniejszych wrażeń.
Po godzince "z hakiem" dojechaliśmy na miejsce. W Czerwonym Klasztorze, jak sama nazwa wskazuje, najciekawszy jest dawny klasztor kartuzów (obecnie muzeum), ale również liczne punkty gastronomiczne oraz kramy z pamiątkami przyciągają turystów. Można także spłynąć stąd ze Słowakami, choć nieco krótszą trasą niż z polskimi flisakami.
Dla mnie osobiście powrót tą samą trasą był niezbyt ciekawy, oderwałem się więc od grupy i ruszyłem w stronę Wielkiego Lipnika. Droga do tej wsi prowadzi doliną potoku Lipnickiego, jest więc dość płaska, ale, niestety wykorzystywana także przez samochody. A potem jest jeszcze ciekawiej, bo z Wielkiego Lipnika trzeba się wspiąć na Przełęcz pod Tokarnią (710 mnpm) pokonując około 130 m różnicy wzniesień. Ale niekoniecznie trzeba tam wyjeżdżać, można przecież podprowadzić rower, kawałeczek chociaż. Za to jaka frajda po drugiej stronie ! Do samej Leśnicy nie trzeba kręcić pedałami a tylko pilnować hamulców, żeby się zanadto nie rozpędzić.
A w Leśnicy warto zatrzymać się przy kościele pod wezwaniem Michała Archanioła. Podobno dzwony tej świątyni mają moc odpędzania burz. Szkoda tylko, że kościół przeważnie jest zamknięty.
A jeszcze trochę dalej dojeżdża się do miejsca, które tłumnie odwiedzają turyści, wczasowicze i letnicy ze Szczawnicy - chaty Pieniny, czyli schroniska a właściwie - gospody. Ze Szczawnicy niedaleko, droga łatwa i piękna (otoczenie Leśnickiego Potoku jest zachwycające), gra kapela (także polskie standardy biesiadne), w knajpie można zjeść i wypić za złotówki, więc nawet skauci piwni moga się zdobyć na taką wyprawę, i chętnie to robią. Ale miejsca jest dość, więc nawet towarzystwo piwoszów bardzo nie przeszkadza.
Tam też spotkałem się z grupą, która przyjechała, jak należy, Drogą Pienińską. Bez pośpiechu zjedliśmy kanapki lub skorzystaliśmy z oferty restauracji (według upodobań).
Po odpowiednim czasie zebraliśmy się do powrotu. Dojazd do Polski, do Szczawnicy i wreszcie do wypożyczalni rowerów minął bez przygód. A po oddaniu rowerów mieliśmy jeszcze czas na spacer po Szczawnicy według indywidualnych planów. Starczyło tego czasu na posmakowanie lodów, krótki spacer po dolnym Parku Zdrojowym, przejście do górnego Parku Zdrojowego a w nim między innymi, odwiedzenie Dworku Gościnnego - pięknie zrekonstruowanego po pożarze w 1962 roku, chwilę relaksu na ławeczce przy Placu Dietla. Na każdym kroku widać tu rozwój uzdrowiska pod troskliwym okiem nowych właścicieli (prawnuków hrabiego Adama Stadnickiego) i nie bez ich sporego finansowego udziału.
Ale nadszedł czas na obiad i potem znów indywidualne plany, na przykład podejście do schroniska pod Bereśnikiem lub odwiedzenie kilku lokali rozrywkowych działających do późna.
W niedzielę po śniadaniu opuściliśmy pensjonat i podeszliśmy pod dolną stację kolejki linowej na Palenicę. Wyjazd pozwolił nam szybko uzyskać sporą wysokość i dalsza część zaplanowanego na ten dzień przejścia prowadziła grzbietem Małych Pienin, bez konieczności pokonywania większych podejść. Pogoda była słoneczna, niebo prawie bezchmurne, przejrzystość powietrza spora, mogliśmy więc podziwiać z Palenicy i później widoki na Pieniny (łącznie z Wysoką, Sokolicą i Trzema Koronami), Gorce, fragmencik Beskidu Wyspowego z Mogielicą, Beskid Sądecki (Pasmo Radziejowej) a także Tatry.
Piękna, słoneczna pogoda, widoki z odkrytych polan, niezbyt męczące przejście - czego można chcieć więcej ? A jeszcze na dodatek mieliśmy ciekawe towarzystwo: od Palenicy przyłączyły się do naszego kierdla dwie owce i konsekwentnie szły za nami i przewodnikiem naszego stada - Wackiem Oczkowskim - aż do Wysokiego Wierchu, podchodząc wraz z nami na strome fragmenty i schodząc po skałkach i kamieniach. A potem - chyba wróciły. Owce - turystki, cy co?
Pod Wysokim Wierchem u juhasa kupiliśmy oscypki (może choć leżały koło owczego sera ?).
Przed szczytem Durbaszki zeszliśmy do schroniska, które tam się znajduje. Posiedzieliśmy przy nim chwilę, ktoś tam coś zjadł, ktoś wypił (nie piwo, bo to harcerskie schronisko), ktoś wystawił twarz do słońca.
Zejście w rejon Jaworek było wygodne i niemęczące - szeroką drogą, łagodnie w dół. Jeszcze około kilometra i doszliśmy do kościoła - dawnej cerkwi w Jaworkach. Niestety wnętrze z pięknym ikonostasem mogliśmy obejrzeć tylko przez zamkniętą kratę.
Wkrótce pod karczmę w Jaworkach (chyba akurat ucztowali tam prezydenci ościennych państw) podjechał nasz bus i pozostał nam tylko powrót do Chrzanowa.
Okazało się, że wycieczka łącząca zainteresowania turystów kolarzy i turystów górskich jest dobrym pomysłem. Prawie wszyscy uczestnicy wyjazdu wzięli udział w obu częściach - kolarskiej i górskiej. Warto kontynuować takie imprezy.

KP

Zdjęcia H.B.



Rysianka, Lipowska ... 28 lipca 2013

Koło Fablok od wielu lat dość regularnie organizuje w lipcu wycieczki w rejon Hal Lipowskiej i Rysianki - taka tradycja. W tym roku kolejna wycieczka wypadła w okresie bardzo dokuczliwych upałów, które odstraszyły wielu amatorów górskich wędrówek. Mimo to zebrała się silna grupa twardzieli (24 osoby), którym niestraszne deszcze i niepogody ale także upały i spiekota.
Zajechaliśmy do Żabnicy i, żeby jak najwyżej podejść możliwie wcześnie, nim góry rozgrzeją się do czerwoności, ruszyliśmy najpierw w stronę Romanki. Doszliśmy na Halę Pawlusią a z niej na szczyt Romanki (1366 m npm - najwyższy punkt wycieczki). Niestety ścieżki w tym rejonie są zdewastowane przez ściąganie pni drzew, leży też na przejściach sporo gałęzi po ściętych świerkach. Kilkoro spośród uczestników wycieczki przyznało, że po raz pierwszy zdobyli ten szczyt, choć w okolicy bywali wielokrotnie.
Ze szczytu ponownie przez Halę Pawlusią doszliśmy do schroniska PTTK na Rysiance. I tu była pora na odpoczynek, uzupełnienie wydatkowanych kalorii a przede wszystkiem - płynów. Zrobiło się już naprawdę upalnie i trzeba było ciągle pamiętać o nawadnianiu organizmu.
W minionych latach przerwy w okolicach schronisk na Rysiance i Lipowskiej były przez uczestników wykorzystywane na zbieranie jagód, ale panujące tego lata upały i susza bardzo ograniczyły urodzaj tych smacznych owoców.
Po odpoczynku skierowaliśmy się w stronę nieodległego schroniska na Hali Lipowskiej. Tu przystanek był krótszy, bo i zmęczenie od ostatniego postoju niewielkie.
Ponieważ słońce przypiekało, nieco zmodyfikowaliśmy planowaną trasę przejścia i zamiast przez Redykalny Wierch (a wcześniej Hale Bieguńską, Gawłowską, Bacmańską i wreszcie Redykalną - na każdej z nich pełna wystawa na słońce) przeszliśmy ocienionym szlakiem po północnej stronie Wierchów Boraczego i Redykalnego.
W schronisku na Hali Boraczej była kolejna przerwa - wodopojowa.
I pozostało nam jeszcze zejście do Żabnicy Skałki. A tam była chwila na spłukanie w potoku - przynajmniej z grubsza - kurzu, potu i soli i wkrótce ruszyliśmy w drogę powrotną.
Mimo obaw, wszyscy przeżyli gorący dzień w dobrej formie. Trasa, którą przeszliśmy w większości prowadziła ocienionymi drogami leśnymi, nie musieliśmy się spieszyć, było gdzie odetchnąć podczas marszu, więc upał nam nie dokuczył nadmiernie. Niech żałują ci, którzy się przestraszyli prognoz i nie wybrali się na wycieczkę.

KP

Zdjęcia B.P.



Bośnia i Hercegowina, Chorwacja 17 - 25 lipca 2013

W ubiegłym roku nasza wycieczka z bazą w Medziugorie cieszyła się ogromnym powodzeniem (pojechały dwa autokary), ale tegoroczna już nie miała takiej obsady - wyjechało 34 uczestników, choć program był zmieniony, aby ci, którzy zdecydują się na powtórkę, zobaczyli coś nowego.
Tak więc z kilkunastoma miejscami wolnymi w autokarze wyjechaliśmy z Chrzanowa w środowe południe. Po krótkim postoju w Cieszynie, nieco dłuższym przy popularnej Rohlence (zespół obiektów gastronomicznych pod tytułowym wiatrakiem koło Brna) i wieczornym oddechu w Zoebern (sporą atrakcją jest tu coś, co można zobaczyć przed zajazdem - ale nie będę psuł niespodzianki, trzeba to zobaczyć na miejscu), po przekroczeniu kilku granic (na szczęście w większości niezauważalnych - podróżowaliśmy cały czas po terenie Unii Europejskiej) rankiem we czwartek zajechaliśmy do Omiszu.
Misteczko to jest obecnie popularnym kąpieliskiem o pięknej, piaszczystej (wyjątek w tej okolicy) plaży, jednym z wielu na wybrzeżu dalmatyńskim, a w jego historii wybija się okres, gdy stanowiło bazę dla piratów adriatyckich. Po tym epizodzie pozostały w samym Omiszu i w bliskiej okolicy ruiny czterech twierdz broniących dostępu do miasta. Mieliśmy dość czasu, żeby zachwycić się urokliwymi wąskimi uliczkami starówki, spojrzeć z daleka lub nawet z bliska na zachowane pozostałości twierdz, zanurzyć się w Adriatyku, odpocząć po nocy w autokarze na plaży, kupić owoce na ulicznym bazarze.
Po południu zebraliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Wkrótce dotarliśmy do przejścia granicznego z Chorwacji do Hercegowiny, które w następnych dniach poznamy dokładnie. Bośnia i Hercegowina nie należy do zjednoczonej Europy, są tu kontrolowane dokumenty (paszporty lub dowody osobiste), ale przebiega to dość sprawnie i zajmuje zwykle kilkanaście minut.
Od przejścia granicznego do naszej bazy pod Medziugorie jest już blisko i do celu dojechaliśmy o przyzwoitej porze. U wrót powitali nas serdecznie gospodarze: Ela i Slawko. Zakwaterowanie przebiegło bez większych problemów i wkrótce zebraliśmy się w nowej jadalni (gospodarze zakończyli kolejny etap rozbudowy pensjonatu), przy kolacji z powitalnym winem.
W piątek po śniadaniu wyjechaliśmy w kierunku Sarajewa. Doliną Neretwy, między kolejnymi pasmami Gór Dynarskich oddalaliśmy się od wybrzeża morskiego i równocześnie obserwowaliśmy zmianę roślinności pokrywającej stoki gór. Tuż przed stolicą zjechaliśmy z głównej drogi w stronę masywu Bjelasnicy, gdzie w 1984 roku rozgrywane były niektóre z dyscyplin Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Doliną a potem zboczami gór, gdzie jeszcze widoczne są tablice ostrzegające o minach, dojechaliśmy pod zespół skoczni narciarskich, na których skakali olimpijczycy. Niestety, obiekty, zbudowane z wielkim zaangażowaniem mieszkańców całej Jugosławii przed Olimpiadą, obecnie, nieużywane, popadają w ruinę. Olimpiada, która miała przyczynić się do rozkwitu sportów zimowych na tych terenach, przegrała z wojną, która przetoczyła się przez te tereny 10 lat później.
Po zrobieniu fotografii na tle skoczni i na podium olimpijskim wjechaliśmy do centrum Sarajewa.
Tam spotkaliśmy się z panią Małgorzatą, Polką mieszkającą od ponad 30 lat w Sarajewie, która oprowadziła nas po tym ciekawym mieście o bogatej historii, gdzie widoczne są wpływy rządów tureckich, austriackich, gdzie z meczetami sąsiadują cerkiew i katedra katolicka, gdzie na każdym kroku napotyka się ślady niedawnej krwawej wojny. Na koniec mieliśmy trochę czasu na degustację specjałów miejscowej kuchni.
Wracając z Sarajewa przystanęliśmy w Mostarze. Szkoda byłoby przejechać przez to miasto i nie zajrzeć, choćby na krótko, do jego najstarszej części. Co prawda czasu na to mieliśmy niewiele, ale wystarczyło, aby się zachwycić pięknie odbudowanym po zniszczeniu podczas wojny Starym Mostem (podziwialiśmy nawet skoczka, który z mostu skoczył do Neretwy), krętymi uliczkami z warsztatami miejscowych rzemieślników i sklepikami pełnymi pamiątek.
Po powrocie do bazy zjedliśmy kolację a nieco później spotkaliśmy się na tradycyjnym wieczorku zapoznawczym. Były tańce, były śpiewy, rozmowy o wojażach odbytych i planowanych lub choćby wymarzonych, garść dowcipów, była - a jakże - degustacja specjałów miejscowych winiarzy i destylatorów. Ale wszystko było w miarę.
Na sobotę zaplanowaliśmy rejs - tak zwany fish piknik. Po śniadaniu przejechaliśmy (z krótkim przystankiem na granicy) do Gradaca. Tam zaokrętowaliśmy się na niewielki stateczek i oddaliśmy się pod opiekę jego dwuosobowej załogi, która powitała nas otwartymi ramionami, kieliszeczkiem rakiji i szklaneczką (na dobry początek) czerwonego wina. No i odpłynęliśmy "w siną dal". Właściwie to nie w wielką dal, bo w kierunku widocznego cały czas półwyspu Peljeszac. Po niecałej godzinie przybiliśmy do przystani w miejscowości Trpanj. Tam mieliśmy czas na plażowanie, kąpiel, odwiedzenie nabrzeżnego baru. Kto nie uważał i wystawił się zbyt długo na słońce - spiekł się na czerwono. Po powrocie na statek zjedliśmy pyszną makrelę z rusztu (dla chętnych była dokładka) i popłynęliśmy dalej. Drugi przystanek był w miejscowości Duba. Znów plaża i kąpiel ale już bez rybki po powrocie. Kolejny przystanek kapitan urządził nam nieopodal Duby, przy plaży, na którą nie można zejść, bo nie ma tam przystani. Nie można zejść, ale można zeskoczyć ze statku i dopłynąć. I właśnie te skoki - na nogi, na głowę, z dolnego pokładu lub z górnego - były największą atrakcją rejsu. Wspaniała, przejrzysta woda, odpowiednio głęboka, zapewniała skaczącym do niej niezapomniane przeżycia. Żałujcie, którzyście nie spróbowali.
Ostatni etap - powrót do Gradaca - minął szybko, tym bardziej, że wino jeszcze się nie skończyło.
A w Gradacu jeszcze chwila na spłukanie soli pod natryskiem przy plaży, drobne zakupy - i powrót. Dla mnie osobiście to był najprzyjemniejszy dzień podczas tej wycieczki.
W niedzielę w programie nie mogło zabraknąć samego Medziugoria. Po śniadaniu pojechaliśmy do centrum a potem do przedmieścia Bijakovici, skąd rozpoczyna się ścieżka do miejsca pierwszych objawień. Skalista, kamienista ścieżka wśród kolczastych zarośli to typowa droga w tym rejonie. Wzdłuż tej ścieżki postawiono stacje tajemnic różańcowych. Niektórzy z pątników - a mijaliśmy ich bardzo wielu - idą w górę boso (dla pokuty lub wzmocnienia intencji modlitewnych towarzyszących pielgrzymce). Po przejściu trasy pielgrzymkowej wróciliśmy do centrum miasta, czyli na parking obok kościoła św Jakuba. Tam był czas na udział we mszy św., zakup pamiątek, odpoczynek przy kawie lub wejście na Kriżewac - drugie wzgórze popularne wśród pielgrzymów z drogą krzyżową prowadzącą na szczyt, gdzie w 1900 rocznicę aktu zbawienia ludzkości (śmierci Jezusa na krzyżu) ustawiono wielki krzyż. Ta droga jest dłuższa i w upalne południe bardzo wyczerpująca, więc pielgrzymkę tę odbyłem tylko ja jako reprezentant grupy.
Na popołudnie przewidzieliśmy dłuższą chwilę oddechu pod wodospadami Krawicy. Jest to piękne miejsce, gdzie rzeka spada z progów trawertynowych kilkunastometrowej wysokości. Ogromna popularność wśród pielgrzymów i miejscowych tego, oddalonego od Medziugorie o nieco ponad 20 km kąpieliska jest w pełni uzasadniona, choć prowadzi do strasznego tłoku w okresach upałów. Jednak mimo tłoku, warto tam pojechać, aby się ochłodzić pod naturalnymi natryskami (można nawet zażyć przyjemności biczów wodnych), popływać lub po prostu poleżeć nad wodą.
W poniedziałek czekał nas znowu dłuższy przejazd. Najpierw skierowaliśmy się do Parku Narodowego Krka. Park obejmuje otoczenie rzeki Krki z licznymi ciekawostkami geologicznymi, przyrodniczymi, historycznymi. Najbardziej popularne są jednak wodospady, jakie utworzyły się na rzece między miejscowościami Skradin i Lozowac. Można tu spacerować po starannie przygotowanych dróżkach i drewnianych kładkach, fotografować wspaniałe połączenie spadającej z wysoka wody z bogatą roślinnością, można zażyć kąpieli, poleżeć na trawie, zjeść coś lub wypić w jednym z licznych punktów gastronomicznych. A to wszystko po wykupieniu biletu za jedyne 90 kun (ponad 50 zł) od osoby (po uwzględnieniu zniżki za wejście grupowe). No cóż, Chorwaci potrafią cenić swoje walory turystyczne.
Po zwiedzeniu parku (lub raczej jego niewielkiej części) pojechaliśmy do niedalekiego Szybenika. Upał i zmęczenie pierwszą częścią dnia sprawiły, że sił wystarczyło nam tylko na podziwianie katedry św Jakuba, Placu Republiki Chorwackiej i ratusza (gradska loza) oraz z daleka odbudowywanych ruin twierdzy św Anny. Pozostały czas spędziliśmy na plaży.
Na wtorek zaplanowaliśmy zwiedzanie kolejnej ciekawej miejscowości na wybrzeżu dalmatyńskim oraz kąpiel. Przez przejście graniczne w Metkowicu (niestety spora kolejka, dość długa odprawa i w rezultacie około 1 godziny straty) wjechaliśmy do Chorwacji. Wkrótce potem jeszcze dwa razy przekraczaliśmy granice Chorwacko - Hercegowińskie w okolicy Neum (to miasto wraz z dwudziestokilkukilometrowym odcinkiem wybrzeża należy do Bośni i Hercegowiny) aby wreszcie wjechać na półwysep Peljeszac. Pokonując kilka gór dojechaliśmy wreszcie do Orebicza, skąd można przepłynąć regularnie kursującym stateczkiem do Korczuli.
To piękne, choć miniaturowe miasteczko (chodzi o historyczną część),otoczone murami obronnymi z basztami i bramami słynie z katedry św Marka (patron na pamiątkę kilusetletniego władania Wenecji nad miastem), domu rodzinnego słynnego podróżnika Marca Polo, z żywej tradycji tańców regionalnych - Moreszki. Jest tu również piękna przystań jachtowa oraz plaża. Szeroko znane są przysmaki miejscowej kuchni opartej na owocach morza. Miasteczko można przejść z końca w koniec w kilkanaście minut, warto jednak zatrzymać się na chwilę w kilku miejscach i chłonąć jego niepowtarzalną atmosferę. A i kąpiel była przyjemna.
Powrót przebiegł już sprawniej, tak, że przed dotarciem do bazy zdążyliśmy jeszcze zrobić zakupy, głównie spożywcze, w markecie na skraju Medziugorie. Pożegnalna kolacja była znów z winem.
We środę zjedliśmy śniadanie nieco wcześniej i wkrótce opuściliśmy gościnne progi u Eli i Sławka, aby skierować się w stronę domu. Jednak to nie był jeszcze koniec atrakcji krajoznawczych.
Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do kolejnego parku narodowego w Chorwacji - PN Paklenica.
Jest to park obejmujący najciekawszą część pasma górskiego Velebit. Można tam wędrować nieźle przygotowanymi dróżkami i ścieżkami górskimi, można coś zjeść i nawet przenocować w schroniskach, można się wspinać, można oglądać relikty bogatej historii regionu. My przeszliśmy najczęściej uczęszczaną przez turystów doliną Wielkiej Paklenicy.
Niedaleko od wejścia podziwialiśmy sporą grupę (mimo upału) amatorów wspinaczki zawzięcie zdobywających wielokrotnie już zdobyte (i przygotowane - obite na stałe) drogi wspinaczkowe. Wśród naszych uczestników największe poruszenie wywołała rodzina z dwójką dzieci (na oko 6- i 3- letnie), wspinających się zupełnie profesjonalnie (z asekuracją), choć na łatwych początkach.
Ale nie przyszliśmy tu po to, żeby kibicować wspinaczom - ruszyliśmy dalej. Droga prowadzi dnem wąskiej doliny, z obu stron ograniczonej potężnymi ścianami skalnymi, wzdłuż koryta suchego (na początku) potoku. Trudności techniczne są niewielkie, podejścia na większości trasy bardzo łagodne (jeden, niezbyt długi odcinek jest nieco bardziej stromy), większa część trasy wiedzie przez las, a więc w cieniu, choć dość często pojawiają się widoki na boki. Nagrodą za przejście trasy są dwa schroniska, które się osiąga i wspaniałe widoki, szczególnie w wyższych partiach doliny. W schroniskach można odpocząć, zjeść coś i wypić (w niższym - bogatsza, w wyższym - skromniejsza oferta). W wyższej partii doliny są dwa ujęcia wody źródlanej, korytem potoku płynie woda, można nawet znaleźć miejsce nadające się do kąpieli. W sumie jest to bardzo przyjemna wycieczka dla niekoniecznie zaawansowanych turystów.
Po powrocie tą samą drogą zeszliśmy nad brzeg morza i po raz ostatni podczas tej wycieczki skorzystaliśmy z kąpieli w Adriatyku. A wieczorem ruszyliśmy dalej, aby nocą przejechać sporą część Chorwacji, Słowenię, Austrię i we czwartek rano dojechać do Słowacji a dokładniej do jej stolicy - Bratysławy.
Spacer po Bratysławie rozpoczęliśmy od tarasu widokowego przed budynkiem Parlamentu Republiki Słowackiej. Widać stąd przede wszystkim Dunaj i nową część miasta a także przygraniczne tereny Austrii, pięknie prezentuje się także zamek bratysławski. Przez podzamcze przeszliśmy w pobliże katedry św Marcina, zatrzymaliśmy się na Targu Rybnym przy pomniku ofiar Holocaustu na Słowacji, potem przeszliśmy Placem Hviezdoslava (właściwie jest to szeroka aleja) podziwiając znajdujące się przy nim reprezentacyjne budowle (między innymi ambasady USA i Słowackiego Teatru Narodowego), pomniki (Jan Christiana Andersena i Hviezdoslava) oraz okolicznościową wystwę rzeźby współczesnej (niektóre dzieła były oryginalne i to bardzo).
Po dojściu do Rynku Głównego mieliśmy czas na kawę (lub cokolwiek innego). Potem obejrzeliśmy jeszcze Ratusz, Pałac Prymasowski, budynek Filharmonii Narodowej, pomnik Ludowita Stura (uznawanego za twórcę literackiego języka słowackiego) i już byliśmy na nabrzeżu, gdzie wsiedliśmy do autokaru.
Potem jeszcze tylko kilka godzin podróży przez Słowację i po przekroczeniu granicy w Zwardoniu - wreszcie Polska. Do domów wracaliśmy zmęczeni podróżą, ale pełni wrażeń i wspaniałych wspomnień.

KP


Pilsko 30 czerwca 2013

Ostatni raz byliśmy na Pilsku we wrześniu 2010 roku - najwyższa pora, aby tam znów pójść.
Na wycieczkę, pomimo niesprzyjających prognoz - zapowiadano opady - wybrały się 22 osoby.
Zaczęliśmy od Przełęczy Glinne, w ładnej, słonecznej pogodzie. Podejście na szczyt niebieskim szlakiem granicznym (słowackim) poszło nam dość sprawnie i szybko, niektórzy nawet mówili, że zbyt szybko, ale przecież nikt nikogo nie poganiał.
Niestety, w rejonie szczytu pojawiło się zachmurzenie i wiatr, tak, że nie rozsiadaliśmy się tam na dłużej. Po szybkim zejściu na Halę Miziową zatrzymaliśmy się w schronisku na dłuższy odpoczynek oraz posiłek i uzupełnienie płynów.
Kiedy nadeszła pora zebraliśmy się i ruszyliśmy w dół. I wtedy pojawił się drobny deszcz a właściwie mżawka, czy gęstniejąca mgła. Powyjmowaliśmy z plecaków peleryny i nie przejmowaliśmy się tą odrobiną wilgoci. Wkrótce nawet ten symboliczny opad zaniknął. Zeszliśmy do Korbielowa bez problemów, nie zmoczeni, zadowoleni z przyjemnego w sumie dnia w pięknych beskidzkich lasach. Że nie mieliśmy oszałamiających widoków, to trudno. I tak warto było się wybrać na tę wycieczkę. Wspomnę jeszcze, że wycieczkę prowadził Waldek Piekarczyk, niedawno po egzaminie przewodnickim, ale już sprawdzony i wysoko oceniony na naszej wycieczce w Bieszczady.

KP


Wiedeń 06 - 08 czerwca 2013

Na zlecenie jednej ze szkół z Chrzanowa przygotowaliśmy wycieczkę do Wiednia (i nie tylko). Kiedy wycieczka była już "dopięta na ostatni guzik" - wszystkie świadczenia zarezerwowane i częściowo opłacone, odbyło się nawet spotkanie informacyjne z rodzicami - okazało się, że pada; nie pada - leje, w całych prawie Czechach ogłoszono stan klęski żywiołowej, zagrożony jest Wiedeń. W poniedziałek przed zaplanowanym na czwartek wyjazdem ze szkoły otrzymaliśmy pytanie o możliwość przesunięcia terminu wycieczki i to nie na przyszły rok, czy nawet na wrzesień, ale o jakieś 10 dni. Zwróciliśmy się z takim pytaniem do hostelu, w którym zarezerwowaliśmy noclegi i wyżywienie, ale, czego się spodziewaliśmy, nie mieli możliwości takiej zmiany. Pozostało więc wybierać między stratą wpłaconych zaliczek i zawiedzionymi oczekiwaniami młodzieży a ryzykiem realizacji wycieczki w niesprzyjających warunkach. Po bardzo wnikliwym przeanalizowaniu wiadomości o istniejących i prognozowanych zagrożeniach zdecydowliśmy wspólnie z przedstawicielami szkoły pojechać na wycieczkę.
Tak więc we czwartek rano z wyraźnym opóźnieniem (kontrola autokaru i kierowcy przez drogówkę rozpoczęła się o 45 minut później niż planowano) ruszyliśmy w drogę. Przejazd przez Cieszyn i Czechy przebiegał sprawnie ale, niestety, niedaleko przed Wiedniem nastąpiła niegroźna awaria autokaru, dość szybko usunięta przez kierowcę. W sumie do Schoenbrunnu, gdzie mieliśmy rezerwację zwiedzania przyjechaliśmy nieco spóźnieni, ale wcześniejszy telefon do działu rezerwacji załatwił sprawę - weszliśmy do pałacu "z marszu", bez oczekiwania. Od tej pory już bez opóźnień realizowaliśmy bogaty program wycieczki.
A na początek była letnia rezydencja Habsburgów - między innymi miejsce narodzin i śmierci cesarza Franciszka Józefa, miejsce, gdzie obradował Kongres Wiedeński (to na tym kongresie powstało Królestwo Polskie pod berłem Romanowów, zwane Królestwem Kongresowym). Wnętrza z apartamentami (prywatnymi i roboczymi) cesarza Franciszka Józefa i cesarzowej Elżbiety (znanej powszechnie jako Sisi), wspaniała sala balowa, inne pomieszczenia reprezentacyjne - zapierają dech w piersiach wspaniałością części reprezentacyjnej i zdumiewają skromnością części prywatnej cesarza. Oprócz pałacu zwiedziliśmy także fragment parku pałacowego (cały zajmuje obszar ponad 4,5 km kw, obejmuje między innymi ZOO, oranżerię, ogród prywatny, duży obszar parku w stylu angielskim, więc niełatwo zwiedzić wszystko).
Po zakończeniu zwiedzania pojechaliśmy do hostelu, gdzie zakwaterowaliśmy się i zjedliśmy kolację. Hostel "A&T" oferuje noclegi w warunkach turystycznych (mieliśmy pokoje 4-osobowe, ale w każdym była łazienka), ale bardzo przyzwoitych - funkcjonuje dopiero od lutego, wszystko jest czyściutkie i zadbane.
Po kolacji wybraliśmy się jeszcze na wieczorny spacer do centrum. Ulicą Favoriten (na długim odcinku jest to tętniący życiem deptak handlowo - usługowy) obok budowanego jeszcze Dworca Głównego doszliśmy do Belwederu - pięknej rezydencji zbudowanej i urządzonej (bo jest tu również spory park) dla księcia Eugeniusza Sabaudzkiego.
Potem obok kościoła polskiego (Świętego Krzyża), pomnika żołnierzy Armii Czerwonej (nadal ogromny sołdat tam stoi) i fontanny upamiętniającej doprowadzenie do Wiednia wody z Alp doszliśmy do Placu Karola (Karlsplatz) z dominującym kościołem św Karola Boromeusza. Po obejrzeniu secesyjnych budynków dawnego wejścia do metra zjechaliśmy pod ziemię i większą część drogi powrotnej pokonaliśmy metrem.
W piątek po śniadaniu zwiedzanie Wiednia rozpoczęliśmy od wyjazdu na wzgórze Kahlenberg. To stąd Jan III Sobieski dowodził zwycięską bitwą 12 września 1683 r. Wydarzenie to upamiętnia tablica na kościele św Józefa i liczne pamiątki w kaplicy przy tym kościele. Oprócz ważnego dla każdego Polaka kościoła Kahlenberg oferuje także wspaniałą panoramę centrum Wiednia. Aby w pełni docenić ten walor, trzeba doskonałej przejrzystości powietrza, a tej nam, niestety, w tym dniu zabrakło.
Z Kahlenbergu przejechaliśmy w stronę centrum.
Zwiedzanie wiedeńskiego miasta wewnętrznego (tak nazywają je wiedeńczycy, starówka to niezbyt dobre określenie ze względu na liczne wtrącenia budynków XX-wiecznych do starszej zabudowy) rozpoczęliśmy na Placu Marii Teresy. Przez Ogród Dworski (Burggarten), obok pomników Wolfganga Amadeusza Mozarta i Franciszka Józefa I, obok słynnej Opery wiedeńskiej i ulicą Karyncką (Kaertnerstrasse) doszliśmy do centralnego punktu Wiednia - Placu św Szczepana (Stephansplatz). Zachwyciliśmy się katedrą o wspaniałych romańsko - gotyckich kształtach i nadszedł czas na pracę uczestników w terenie.
Każdy uczestnik otrzymał plan Wiednia, szczegółowo opisany został teren objęty zadaniem a polegało ono na odszukaniu i sfotografowaniu znajdujących się na wyznaczonym terenie dwóch tablic upamiętniających słynnych Polaków. Wszyscy poradzili sobie znakomicie i znaleźli tablice upamiętniające pobyt w Wiedniu Fryderyka Chopina oraz udział króla Jana III Sobieskiego we mszy dziękczynnej w kościele Augustianów po zwycięstwie nad Turkami.
Po zebraniu się podążaliśmy dalej: obok kościoła Kapucynów (krypty grobowe Habsburgów), kościoła Augustianów, przez Plac św Michała doszliśmy do głównej bramy Hofburgu. Wspaniała fasada i brama św Michała zachwycają chyba każdego. Przez chwilę poczuliśmy się gośćmi dworu cesarskiego i wkroczyliśmy na jego teren przez główną bramę. Kolejne dziedzińce: In der Burg Platz, Heldenplatz i otaczające je budowane przez setki lat przez kolejnych cesarzy budowle przypominają o niegdysiejszej potędze imperium Habsburgów.
Upalny dzień i przebyte odległości sprawiły, że chętnie zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek w Ogrodzie Różanym - części Ogrodu Ludowego (Volksgarten).
Po chwili oddechu przeszliśy fragmentem Ringu (to szeroka arteria zbudowana w drugiej połowie XIX w na miejscu dawnych umocnień miejskich) i podziwialiśmy znajdujące się przy nim piękne budynki, między innymi Ratusza i Parlamentu.
I na tym skoczył się ten fragment zwiedzania centrum Wiednia - wróciliśmy autokarem do hostelu.
Po odświeżeniu się i obiedzie wyruszyliśmy na dalszy ciąg zwiedzania.
Odwiedziliśmy Park Miejski (Stadtpark) z pięknym, znanym z licznych fotografii, ozłoconym pomnikiem Johanna Straussa (syna), potem podjechaliśmy na brzeg kanału Dunaju i przeszliśmy pod Hundertwasserhaus (budynek mieszkalny - blok komunalny, który plastycznie opracował słynny, niezwykle oryginalny wiedeński malarz Friedensreich Hundertwasser) - niesamowita budowla.
Na koniec tego dnia zaplanowaliśmy pobyt na Praterze. Najpopularniejszą częścią tego ogromnego parku jest wesołe miasteczko z licznymi atrakcjami i ponadstuletnim kołem diabelskim (Riesenrad), będącym symbolem tego miejsca. Poszaleliśmy tam około 2 godzin - odważni skorzystali z urządzeń, które nawet u niektórych widzów powodowały drżenie kolan. Oprócz wesołego miasteczka na terenie Prateru zlokalizowany jest także narodowy stadion Austrii im Ernsta Happela. Kiedy my bawiliśmy się w wesołym miasteczku przechodziły tam tłumy kibiców austriackich i szwedzkich, bo akurat tego wieczora reprezentacje tych krajów spotkały się w eliminacjach do Mistrzostw Świata Brazylia 2014 - Austriacy zwyciężyli 2:1.
I wreszcie po długim, pełnym wrażeń dniu, nadszedł czas na odpoczynek.
A w sobotę po śniadaniu pożegnaliśmy hostel a wkrótce także Wiedeń i skierowaliśmy się w stronę domu. Ale po drodze czekały na nas jeszcz atrakcje Morawskiego Krasu.
Jest to położony około 30 km na północ od Brna, poprzecinany głębokimi dolinami i wąwozami płaskowyż, którego największą atrakcją są liczne utwory krasowe: jaskinie, przepaście, ponory, wywierzyska. Pięć spośród znajdujących się tam jaskiń jest udostępnionych do zwiedzania. My wybraliśmy najciekawszą - Punkiewnią.
Zaczęliśmy zwiedzanie fragmentu Morawskiego Krasu od przepaści Macocha - ponadstumetrowej dziury powstałej w wyniku zapadnięcia się stropu ogromnej komory wyżłobionej przez podziemny bieg rzeki Punkwy. Można do jej głębi spojrzeć z tarasu widokowego na najwyższym poziomie a potem - po zejściu kilkadziesiąt metrów niżej - z tarasu dolnego. Wysiłek jest niezbyt wielki, a wart widoków.
Po obejrzeniu przepaści zeszliśmy jeszcze niżej - na dno Pustego Żlebu i wkrótce byliśmy u wejścia do Jaskini Punkiewnej. Jej zwiedzanie, oprócz przejścia przez korytarze i komory wyrzeźbione przez rzekę Punkwę i ozdobione bogatą szatą naciekową (wspaniałe stalaktyty, stalagminy, stalagnaty, draperie i inne formy nacieków) obejmuje przejście na dno przepaści Macocha (a więc widzieliśmy ją po raz trzeci, tym razem z dna) oraz spływ łódkami podziemnym fragmentem Punkwy - wrażenia niesamowite!
Po zwiedzeniu jaskini czekał nas jeszcze spacer do Skalnego Młyna - centrum obsługi turystów z kilkoma punktami gastronomicznymi - coś na wzmocnienie nam się należało. Do autokaru wróciliśmy inną drogą - górnym skrajem Pustego Żlebu.
I pozostał nam już tylko powrót do domu - bez przeszkód i przygód.
A na koniec podsumowanie. Okazało się, że wieści o katastrofalnej sytuacji powodziowej w całych Czechach były mocno przesadzone - na terenach, przez które jechaliśmy i które zwiedzaliśmy nie było najmniejszego zagrożenia ani zakłócenia w realizacji programu wycieczki. Podobnie zresztą było w Wiedniu: widocznie podwyższony poziom wody w Dunaju nie zagrażał w żadnej mierze uczetnikom wycieczki ani realizacji programu. Przez cały czas (za wyjątkiem krótkiego odcinka na początku dojazdu do Wiednia) mieliśmy piękną, słoneczną pogodę. A bogaty i urozmaicony program będziemy na pewno pamiętać długo.

KP


Bawaria 29 maja - 02 czerwca 2013

Kolejny już raz zgłosili się do nas z zapytaniem oferowym klienci z instytucji z Zatora - tym razem zainteresowani byli zwiedzeniem zamków króla Ludwika w Bawarii. Przedstawiliśmy ofertę, podpisaliśmy umowę i przygotowaliśmy wycieczkę zgodnie z oczekiwaniami zleceniodawcy.
Zgodnie z programem wyjazd z Zatora nastąpił wieczorem w środę 29 maja. Po nocnym przejeździe przez Czechy rano dojechaliśmy do Norymbergi. Zwiedzanie tego pięknego miasta o bogatej historii - miasta partnerskiego Krakowa - rozpoczęliśmy od świadka najnowszej, niechlubnej historii miasta: Reichsparteitaggelaende, czyli wielkiego zespołu budowli, gdzie w czasach nazistowskich odbywały się ogromne, huczne zjazdy partii faszystowskiej stanowiące pokaz siły, jedności i uwielbienia partii dla wodza. Dziś obiekt istnieje nadal (choć były projekty zburzenia go) i stanowi siedzibę między innymi Centrum Dokumentacji prezentującego pamięć o tych okrutnych czasach.
Potem była już norymberska starówka. Zaczęliśmy od Zamku Norymberskiego, niegdyś jednej z głównych siedzib cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Sama Norymberga przez większość lat istnienia była wolnym miastem cesarskim, unikającym podległości pod którekolwiek z licznych księstw cesarstwa. Dopiero reformy Napoleona doprowadziły do panowania nad miastem Królestwa Bawarii.
Zamek, Dom Albrechta Duerera, kościół św Sebalda, kościół Mariacki (przed nim odbywała się akurat liturgia Bożego Ciała), kościół św Wawrzyńca (Lorenzkirche) - to główne atrakcje, które obejrzeliśmy w tym mieście, jeszcze przy pięknej, słonecznej pogodzie. Mnóstwo tu wspaniałych pamiątek między innymi po Wicie Stwoszu, który w Norymberdze żył (z wielkimi kłopotami, ale to już inna historia) po powrocie z Krakowa. Miłośników sztuki gotyku norymberskie kościoły zachwycą, nie tylko swoją architekturą, ale i zachowanym wypasażeniem.
Ale nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zachwycanie się tymi perełkami - ruszyliśmy dalej.
Jeszcze w czwartkowe popołudnie zamierzaliśmy zobaczyć jak najwięcej w Monachium - stolicy największego kraju związkowego Niemiec, miasta wspaniałych tradycji kulturalnych, naukowych, sportowych, centrum gospodarczego.
Niestety wtedy zaczęły się spełniać niepomyślne dla nas, i nie tylko, prognozy - zaczęło padać.
Tereny olimpijskie, gdzie w 1972 r odbyły się igrzyska XX Olimpiady, pamiętne tym, że terroryści palestyńscy z organizacji Czarny Wrzesień dokonali zamachu na sportowców izraelskich (w wyniku zamachu i nieudanej akcji policji zginęło 11 sportowców izraelskich, 5 terrorystów i jeden policjant) a dla nas kojarzące się między innymi ze złotym medalem zdobytym przez polskich piłkarzy zwiedzaliśmy w deszczu.
Również deszczowy był spacer po starym centrum miasta.
Najstarszy z monachijskich kościołów - św Piotra, katedra Najświętszej Marii Panny (Frauenkirche), kościół św Michała, w ktorym spoczywa między innymi Wittelsbachami także król Ludwik II, Nowy Ratusz ze sławnym Glockenspiel (koncert dzwonków z tańczącymi figurkami przedstawiającymi sceny z historii miasta) - wszystko to, niestety, w deszczu traci wiele ze swego uroku.
Tak więc trochę przemoczeni pojechaliśmy na przedmieście Monachium, gdzie czekał już na nas typowy niemiecki obiad w typowej niemieckiej restauracji - do kultywowania miejscowych tradycji podchodzi się tu inaczej niż u nas: tradycyjny strój, wystrój lokali, menu to nie pokazówka dla spragnionych egzotyki turystów, ale żywa codzienność.
A po obiedzie - zakwaterowanie i nocleg w hotelu Econtel*** (przyjemny i wygodny). Były i zajęcia w podgrupach, a jakże.
Kolejny dzień poświęcony był na zwiedzanie dwóch zamków związanych z królem Ludwikiem II.
Zamek Hohenschwangau, zbudowany przez króla Maksymiliana, był siedzibą jego syna i następcy Ludwika II do czasu zbudowania jego wymarzonej, bajkowej rezydencji - zamku Neuschwanstein.
Oba zamki, położone niedaleko od siebie, łatwo zwiedzić w jednym dniu (pod warunkiem, że wcześniej dokona się rezerwacji, bo nie bacząc na deszcz, zjeżdżają tam tłumy ciekawskich).
Zamki są wspaniałe, dopieszczone do ostatniego szczegółu przez twórców, którymi kierował sam król Ludwik, zlokalizowane w cudownej scenerii alpejskiej, z niemiecką starannością przygotowane na przyjęcie turystów, także z Polski (audioprzewodniki lub komentarz odtwarzany z głośników - po polsku, oczywiście po wcześniejszej rezerwacji). I tylko w zamku Neuschwanstein rozczarowuje widoczne pójście "na ilość" - grupy jednorazowo zwiedzające niezbyt wielkie pomieszczenia zamku liczą po około 60 osób.
Także w tym dniu, niestety, padał deszcz. Nie bardzo nam przeszkadzał podczas zwiedzania zamków, ale uniemożliwił zaplanowane na wieczór dodatkowe zwiedzanie atrakcji Monachium.
Tak więc po powrocie do Monachium pozostał nam obiad w znanej już restauracji, kolejny wieczór integracyjny i suszenie przemoczonych butów.
A w sobotę po śniadaniu pożegnaliśmy już gościnne progi hotelu i ruszyliśmy zwiedzać kolejne atrakcje Bawarii.
A w planie mieliśmy jeszcze jeden zamek króla Ludwika - Linderhof (jedyne jego dzieło w pełni ukończone).
Niewielki zamek (raczej pałacyk), położony w dużym, pięknie urządzonym parku (między innymi sztucznie utworzona grota Wenus, przecudnej urody pawilon mauretański, kaskada wodospadów) służył królowi - samotnikowi i jego nielicznej grupie najbliższych współpracowników i służby. Również tu zachwyca lokalizacja zespołu w pięknej dolinie między alpejskimi wzgórzami.
Kolejnym punktem programu była słynna w świecie malowana wieś - Oberammergau. Rozwijająca się tu od drugiej połowy XVIII wieku sztuka zdobienia domów malowidłami przedstawiającymi motywy biblijne, sceny rodzajowe, elementy architektury (iluzjonistycznie przedstawione typowe dla baroku kolumny, portale i inne elementy) jest już w tej chwili uznaną miejscową specjalnością - jest tu nawet szkoła nauczająca tej techniki, z której wywodzą się także znani w świecie malarze.
Spacer po wsi, mimo deszczu, dał nam możliwość podziwiania bogactwa i różnorodności tej sztuki.
I na koniec programu krajoznawczego pozostało nam odwiedzenie słynnego centrum sportów zimowych - Garmisch-Partenkirchen (pamiętamy choćby zimowe Igrzyska Olimpijskie z 1936 czy cykliczne zawody w ramach Turnieju Czterech Skoczni - zawsze 1 stycznia).
Wciąż padał deszcz i to coraz intensywniejszy, więc tylko obejrzeliśmy skocznię - następczynię tej (wysadzonej w kwietniu 2007), na której królował Adam Małysz, Stadion Zimowy (znacznie rozbudowany obiekt zimowych igrzysk olimpijskich z 1936) a na panoramę Zugspitze (najwyższy szczyt Niemiec, 2962 m npm), niestety nie mogliśmy liczyć.
No i pozostał nam tylko powrót do domu - znów nocą. Wydawać by się mogło - sprawa banalna i tak to przebiegło. Ale rankiem po powrocie usłyszałem w radio, że po ulewnych deszczach autostrada Monachium - Salzburg jest nieprzejezdna - a my wracaliśmy nią kilkanaście godzin wcześniej. Trzeba mieć szczęście.
Te kilka dni ulewnych deszczów zaowocowały powodziami na dużym terenie Niemiec, Czech, Austrii a i w Polsce dały się we znaki. My, co prawda, przemykając się między kroplami (lub, częściej, strugami) deszczu, jednak zrealizowaliśmy program, zobaczyliśmy wiele wspaniałych miejsc, poznaliśmy ciekawe fragmenty historii Bawarii, jej miast, jej władców, przekonaliśmy się, że naprawdę warto tu przyjechać.

KP


Kłodzko - Praga 17-19.05.2013

Pierwszy dzień - wyruszamy punktualnie, godzina 6:00. Autostrada, odsypianie, a potem trochę informacji wstępnej o tym co nas czeka i co widzimy. Gdzieś na horyzoncie jedna, a potem druga tęcza _ to dobry znak. Będzie dobrze!
Przejeżdżamy obok Nysy, z dala widać jeden z najbardziej spadzistych dachów w Europie - powierzchnia 4 tysiące metrów kw. (około pół hektara). Zatrzymujemy się w Paczkowie. Oglądamy monumentalny kościół górujący nad miastem (niestety zamknięty) z charakterystycznym zwieńczeniem dachu w formie tzw. _jaskółczych ogonów_. Potem spacer wzdłuż średniowiecznych murów obronnych, bardzo dobrze zachowanych i restaurowanych. Dzięki tym murom obronnym Paczków znany jest jako "Polskie Carcassonne". Potem rynek z oryginalną wieżą ratuszową z XVI wieku. Z żalem konstatujemy fakt, że po wojnie wiele zabytkowych budowli na Dolnym Śląsku zostało wyburzonych w ramach dostaw cegły na odbudowę Warszawy. Fakt stosunkowo mało znany, ale dla przykładu - Nysa w 1954 roku dostarczyła kontyngent 12 mln sztuk cegły rozbiórkowej.
Ruszamy dalej, już nie autostradą, ale wjeżdżamy do Kotliny Kłodzkiej. Pierwszym punktem na trasie są Wambierzyce ("Dolnośląska Jerozolima") z bazyliką Matki Boskiej Wambierzyckiej, Królowej Rodzin i cudowną figurką Matki Boskiej. Wspaniały wystrój wnętrza, z kaplicami, ołtarzami i amboną. Jeszcze spojrzenie na przeciwległy stok, na którym znajduje się Kalwaria Wambierzycka, której początki to 1683 rok, z licznymi kapliczkami na okolicznych wzniesieniach. Jedziemy dalej - wizyta w słynnej ruchomej szopce, zapoczątkowanej i wybudowanej przez Longina Wittiga w drugiej połowie XIX wieku. Kontynuatorem tradycji i wykonawcą kolejnych gablot szopki był syn - Hermann. Naprawdę te 7 gablot tematycznych robi niesamowite wrażenie - tak pomysł jak i precyzja wykonania.
Czas na program turystyczny. Zaczynamy od "drogi stu zakrętów" na trasie do "Błędnych skał". Jeszcze po drodze "dla rozgrzewki" wejście na Fort Karola na górze Ptak (841 m n.p.m.) - zbudowany w XVIII wieku dla ochrony granicy pruskiej, obecnie doskonały punkt widokowy na Góry Stołowe. Pamiątkowe zdjęcie grupowe i dalej w drogę.
Jeszcze dziś do zaliczenia mamy Błędne Skały - zespół bloków skalnych na wysokości 853 m n.p.m., tworzący malowniczy labirynt. Ciekawe formy skalne wyrzeźbione w drodze erozji naturalnej przez przyrodę - skalne maczugi, grzyby, słupy (Stołowy Głaz, Tunel, Kuchnia czy Kurza Stopka, Siodło), a pomiędzy nimi trasa turystyczna. W najwęższych miejscach trzeba się dosłownie przeciskać przez szczeliny wąskie na kilkadziesiąt centymetrów. Były problemy, ale wszyscy przeszli. Dobrze, że było przed obiadokolacją.
Jesteśmy w Kudowie, zakwaterowanie, obiad i spacer po parku zdrojowym. Degustacja wód - o smakach lepiej nie mówić. Różne. Spać - rano wcześnie trzeba wstać, Praga już czeka.
Drugi dzień - wyruszamy właściwie w deszczu, po drodze ulewy, ale się przejaśnia. W Pradze pod chmurką, potem w słońcu. Cóż, o Pradze można by dużo, ale na ogół wszyscy mamy o niej jakieś wyobrażenia. Reportaże, filmy, uroczystości, lubimy czeski język. Co pisać? Lepiej zobaczyć te kilka moich zdjęć, ale łatwo można w serwisach internetowych znaleźć poznane miejsca i powiedzieć, pomyśleć - o, tu byłem / byłam. My swój program zrealizowaliśmy, a zakładał on zobaczenie na własne oczy to o czym wcześniej słyszeliśmy. Zatem panorama Pragi ze wzgórza, przejście do Katedry św. Wita, wspaniały sarkofag św. Jana Nepomucena i witraże, zmiana warty przy Pałacu Prezydenckim, bazylika św. Jerzego, spacer Złotą Uliczką, odpoczynek w bardzo ciekawym parku Wallensteina na Małej Stranie, o czwartej spotkanie przy słynnym zegarze astronomicznym Orloj. Dalej idziemy na most Karola na Wełtawie (najstarszy most kamienny na świecie) i przejście na Stare Miasto na Plac Wacława. Niestety, czas jest nieubłagany, rzut oka na dworzec kolejowy, podjeżdża autokar - i do Kudowy. Na późny obiad (z kolacją).
Trzeci dzień - piękna i słoneczna pogoda. Jedziemy do Dusznik Zdroju. Spacer po parku zdrojowym, pijalnia niestety jeszcze zamknięta, pusto (chyba im nie zależy na turystach?!), zdjęcie z Fryderykiem i w drogę na Szczeliniec Wielki. Chyba jeszcze nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy co nas czeka.
Jest to najwyższy szczyt (919 m n.p.m.) w Górach Stołowych i stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych Sudetów. Z daleka widoczny jest jak skalny trapez porośnięty lasem (potem okazało się że iglastym). Popękany piaskowiec, poddany naturalnemu rzeźbieniu (nazwiska rzeźbiarzy: Wiatrowski, Deszcykiewicz, Mrożyński, Słońcewski), tworzy figuralne formy skalne (Ucho igielne, Kaczęta, Tron Liczyrzepy, Wielbłąd,  Niebo, Kwoka, Koński Łeb, Słoń) i korytarze (Piekiełko, Diabelska Kuchnia), tworzące labirynt skał. Ciekawostką są dwie skały, tzw. chybotki: Kołyska Księżniczki Emilki oraz Serce Ducha Gór, które, pomimo znacznej masy, można niewielkim wysiłkiem poruszyć.
Na szczyt wspinamy się po schodach. Ponoć pierwotnie było ich 665, ale obecnie jest ich ponad 800. Nikt nie liczył, wydaje się że było więcej! Oj ciężko było, a przecież mieliśmy w nogach Pragę, i nie tylko. Na górze schronisko turystyczne Szwajcarka i podest widokowy na całą Kotlinę. Piękny widok. Ale nie tylko dla niego tu przyszliśmy. Nie tylko.
Przemierzamy trasę wewnątrz licznych korytarzy, znowu pełno schodów - w górę i w dół, w górę i w dół. Nie jest już tak ciasno, ale za to mamy nieco błotka i sporo śniegu oraz zlodowaconego śniegu. Jeszcze raz muszą być achy i ochy - ciężko, ale fajnie. Wrócili wszyscy.
Zostało nam jeszcze Kłodzko - siedziba powiatu. Największą atrakcją jest ogromna twierdza, zapoczątkowana jako zamek w XVI w. i rozbudowana w XVIII w. po zajęciu ziemi kłodzkiej przez wojska króla pruskiego - Fryderyka II Wielkiego. W miejscu zamku powstał donżon - centralny punkt obrony - otoczony łańcuchem bastionów, redut, kleszczy i fos. W donżonie znajdowały się kazamaty i magazyny o głębokości dochodzącej do 20 metrów, a w kazamatach - zbrojownie, apteka, lazaret i pomieszczenia dla załogi. Warownia była otoczona suchymi fosami o głębokości 10 metrów. Atrakcję turystyczną stanowi udostępniony w 2012 r. fort Wielki Kleszcz _ po modernizacji można zobaczyć sypialnie żołnierzy, kantynę, lazaret, kazamatę dowódcy i strzelecką - pełnią dziś funkcje edukacyjno-muzealne, prezentując odwiedzającym różne aspekty codziennego życia pruskich żołnierzy, stacjonujących przed laty w twierdzy. Acha, oddaliśmy strzał z działa. Huk był rzeczywiści ogromny, chociaż armata zaledwie 3-funtowa. Dymu też było dużo.
A potem zejście do miasta na rynek przed ratuszem, okolicznościowe lody, spacer po bulwarze nad Nysą Kłodzką, obiad i do domu.
Dziękujemy pilotowi (pan Robert Czak), kierowcy i uczestnikom. Zapraszamy na kolejne imprezy. Do zobaczenia.


A.K.

Zdjęcia A.K.



Tyniec, Lasek Wolski 12.05.2013

Kraków - tak nam bliski a jednak ciągle nie do końca poznany, wciąż odkrywający przed nami ciekawe zakątki, nieznane fakty z historii. Aby poznać kilka kolejnych ciekawostek z historii i współczesności Krakowa wybraliśmy się w niedzielę na jego zachodnie krańce.
Zaczęliśmy od Tyńca, gdzie ponad 900 lat temu dzięki Kazimierzowi Odnowicielowi i Bolesławowi Szczodremu zwanemu też Śmiałym powstało opactwo benedyktyńskie. Na wyniosłej skale nad Wisłą wznosi się tu kościół pod wezwaniem św. św. Piotra i Pawła oraz zespół zabudowań klasztornych. Dzieje kościoła i klasztoru były niezwykle burzliwe - najazdy Tatarów, Czechów, Moskali, wielokrotne odbudowy i przebudowy, kasata zakonu na terenie monarchii austriackiej, pożar, wreszcie powrót benedyktynów i ich konsekwentna, żmudna praca przy odbudowie zrujnowanych budowli. W efekcie można tu dziś znów podążać duchowymi śladami patrona Europy _ św Benedykta oraz podziwiać wspaniałą pamiątkę naszej historii.
Po mszy świętej, zwiedzeniu kościoła, krużganków klasztornych i muzeum zajrzeliśmy jeszcze do sklepu z wyrobami benedyktyńskimi (znakomite lecz nietanie) i nadszedł czas na przejazd do Lasku Wolskiego.
Las Wolski porasta najwyższe wzgórza Pasma Sowińca (Sowiniec _ 358 m npm, Pustelnik _ 352 m npm, Srebrna Góra _ 326 m npm). Stoki porozcinane są głęboko wciętymi wąwozami i parowami, w górnych partiach o łagodniejszych zboczach; górują nad nimi jurajskie skałki wapienne. Na tym ponad 400-hektarowym obszarze przekazanym w 1917 roku miastu przez Kasę Oszczędnościową Miasta Krakowa z przeznaczeniem na park ludowy można oglądać między innymi 3 rezerwaty przyrody (my przeszliśmy przez rezerwat Panieńskie Skały), Ogród Zoologiczny (otwarty w 1929 roku), Kopiec Niepodległości im marszałka Józefa Piłsudskiego, zespół klasztorny kamedułów, willę Baszta znananego architekta Adolfa Szyszko _ Bohusza, Belweder zbudowany obok przez Niemców podczas II wojny światowej. Wszystkie te atrakcje połączone są gęstą siecią dróżek i ścieżek spacerowych z wyznakowanymi 8 turystycznymi szlakami pieszymi i kilkoma rowerowymi. Odwiedziliśmy wszystkie wymienione atrakcje Lasku Wolskiego. Niestety niezbyt trafnie wybrany termin wycieczki uniemożliwił wejście do kościoła kamedułów (niewiasty mogą tam wchodzić tylko w 12 dni w roku). Poza tym nie dopisała nam pogoda _ co prawda deszcz prawie wcale nie padał, ale zachmurzenie uniemożliwiło podziwianie panoramy z Kopca Piłsudskiego a i spacery po polanach, alejkach i ścieżkach leśnych w słoneczny dzień byłyby znacznie przyjemniejsze. Jednak zobaczyliśmy dużo, przekonaliśmy się, że Kraków to nie tylko Stare Miasto i Wawel i warto go odwiedzać częściej, za każdym rezem odkrywając coś nowego.
W wycieczce zorganizowanej przez Koło PTTK Fablok wzięło udział 41 osób.

KP

Zdjęcia Bronislaw Piwczyk



IV Rajd Rodzinny UTW - PTTK - Zagórze 11 maja 2013

W organizację tegorocznego Rajdu Rodzinnego Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Chrzanowie włączyły się po raz pierwszy Koło PTTK UTW oraz Oddział PTTK w Chrzanowie.
Tym razem metą Rajdu był stadion sportowy w Zagórzu, gdzie gościliśmy dzięki uprzejmości władz K.S. Zagórzanka. Do mety przybyły dwie grupy rajdowe - piesza pod kierunkiem Prezesa Oddziału PTTK - kol. Kazimierza Pudo i rowerowa prowadzona przez Ewę Kamińską. Na mecie zarejestrowało się 78 osób, a 13 drużyn rodzinnych uczestniczyło w 11 konkursach i zawodach sprawnościowych, przygotowanych przez organizatorów.
Rodziny rywalizowały m.in. w konkursie poetyckim na wiersz o UTW, slalomie płaskim, rzutach do celu, przeciąganiu liny, konkursach rowerowych. Trzeba było wykazać się znajomością obiektów turystycznych, wiedzą na temat ziemi chrzanowskiej, a najmłodsi mieli możliwość zaprezentowania swych umiejętności plastycznych. Nowością w tym Rajdzie był konkurs udzielenia pierwszej pomocy przedmedycznej, zorganizowany przez Straż Pożarną.
Rajd upłynął w atmosferze zdrowej, rodzinnej rywalizacji, rekreacji na świeżym powietrzu, wzajemnej życzliwości i radości, choć pogoda nas nie rozpieszczała. Po podsumowaniu wyników uzyskanych przez rodziny w poszczególnych konkurencjach - I miejsce i Puchar Prezesa UTW p. Lucyny Kozub-Jentys otrzymała rodzina państwa Bigajów, przed rodzinami państwa Dulowskich i Klatków. Wszyscy uczestnicy otrzymali nagrody, dyplomy, okolicznościowe plakietki, symboliczne upominki i słodycze, był również posiłek regeneracyjny - bigos. Cieszy nas liczny udział słuchaczy UTW wraz z rodzinami (dzieci, wnuki). Warto odnotować fakt, że najmłodszy uczestnik Rajdu miał niespełna 6 miesięcy, a najstarszy - zresztą nie będziemy nikomu wypominać wieku ...
Jeszcze podziękowania dla uczestników Rajdu i organizatorów oraz zaproszenie na kolejny Rajd. Do zobaczenia za rok na V-tym jubileuszowym Rajdzie Rodzinnym UTW-PTTK.

A.K.

Zdjęcia Basi Latkowskiej i Janiny Łyko



Kazimierz Dolny +... 12-14.04.2013

Ostatnia wycieczka do Kazimierza Dolnego była zorganizowana w ramach Oddziału dwa lata temu i to z nieco innym programem. A teren jest ciekawy i warto tam jeździć dość często. No więc zaplanowaliśmy wycieczkę i pojechaliśmy tam, szkoda, że niezbyt licznie - zaledwie 29 osób.
W piątek zaczęliśmy od Wiślicy - obecnie dość skromnej, ale o niezwykle bogatej historii. Zwiedziliśmy kolegiatę z czasów króla Kazimierza Wielkiego (zbudowaną na pozostałościach dwóch wcześniejszych budowli), fragmenty romańskiego kościoła św Mikołaja z domniemaną misą chrzcielną z okresu Państwa Wielkomorawskiego, a więc z przed oficjalnie przyjętej daty chrztu Polski i wreszcie dom Jana Długosza - doprawdy taki zestaw starożytności nie trafia się często w jednej miejscowości.
Kolejnym punktem naszego programu był zamek Krzyżtopór w Ujeździe - świadectwo potęgi i chwały rodu Ossolińskich - obecnie, niestety, w ruinie ale i tak wywierający ogromne wrażenie na odwiedzających. Muzeum Jana Kochanowskiego w Czarnolasie nie zwiedziliśmy w tym dniu ze względu na odbywający się w nim akurat koncert - nic to, przyjedziemy tu jutro.
I pozostały nam tylko Puławy - nasza baza na najbliższe dni. Zajechaliśmy do hotelu Riwiera pod Żaglami, zakwaterowaliśmy się, zjedliśmy smaczny obiad i był jeszcze czas na spacer i podziwianie pozostałego po Czartoryskich pałacu i parku z budowlami parkowymi. Choć padał deszcz, na spacer wybrało się kilkanaście osób i nie żałowali tego.
W sobotę zaczęliśmy realizację programu krajoznawczego od Czarnolasu i Muzeum Jana Kochanowskiego. W dworku mistrza Jana urządzona jest bardzo ciekawa ekspozycja prezentująca życie poety, czasy, w ktorych działał i tworzył, ludzi, z którymi się spotykał. A, że była to osoba nieprzeciętna, więc i wystawa jest zajmująca. Wczesnowiosenną porą park wokół dworku nie był jeszcze zbyt bogato ozdobiony zielenią liści i barwami kwiatów, ale spacer po nim dał chwilę miłego oderwania od zabieganej codzienności.
Kolejnym puktem programu było uzdrowisko Nałęczów. Jego park zdrojowy z licznymi budowlami służącymi kuracjuszom przekonał nas o słusznej sławie, jaką uzdrowisko od XIX w cieszy się w Polsce i nie tylko. Wspaniały mikroklimat zapewniony przez otoczenie miejscowości przez niewysokie, zalesione wzgórza, nasłonecznienie, źródła mineralne, wreszcie niepowtarzalna atmosfera miejscowości - wszystko to od dawna przyciągało i nadal przyciaga rzesze spragnionych wypoczynku i odnowy zdrowia. Warto by tu spędzić więcej czasu, może jakiś turnus sanatoryjny, jednak my mieliśmy tego dnia w planie jeszcze jedną atrakcję, opuściliśmy więc Nałęczów z nutką żalu.
Kiedy dojeżdżaliśmy do Kazimierza nad miasteczkiem rozciągała się bura chmura, padały rzadkie krople deszczu a w niewielkim oddaleniu pokazała się nawet błyskawica - tylko nam tu burzy brakowało. Ale widać było, że jest to ostatni skrawek chmur burzowych, które wiatr przegania z nad miasta na wschód - będzie dobrze. Wzięliśmy więc parasole i wyszliśmy na spotkanie z pięknym Kazimierzem. Wkrótce już w promieniach słońca podziwialiśmy kazimierski ryneczek z bajkowymi kamieniczkami kupieckimi (na czele z kamienicami Przybyszowskimi), kościół reformatów, Mały Rynek i byłą synagogę, weszliśmy do pięknie odnowionej fary, wspięliśmy się w rejon zamku i baszty obronnej (niestety, oba obiekty niedostępne ze względu na prowadzone prace remontowe). Chętni wspięli się dość niewygodną, błotnistą ścieżką na Górę Trzech Krzyży. Na niewielkiej powierzchni jest tu ogromna liczba wspaniałych zabytków a dodając do tego unikalne położenie Kazimierza u stóp i na zboczach wzgórz umożliwiających podziwianie miasteczka i jego otoczenia łącznie z leniwie płynącą, szeroko rozlewającą się Wisłą prawie z "lotu ptaka" otrzymuje się niespotykany urok i czar. Nic dziwnego, że miasto upodobali sobie od dawna malarze, poeci i w ogóle ludzie sztuki. Mieliśmy jeszcze nieco czasu na spokojne wypicie kawy, nabycie słynnych kazimierskich kogutów i niespiesznie wróciliśmy do autokaru.
A w naszej bazie w Puławach po obiedzie - znów smacznym i obfitym - czekała nas niespodzianka: zostaliśmy zaproszeni na dyskotekę w Hotelu. Nie byłem pewien, czy się z tego zaproszenia cieszyć. I okazało się, że rzeczywiście był to zdecydowanie dopust Boży. Uczestnicy naszej wycieczki przyjechali tu zwiedzaać i odpoczywać a nie hulać po nocach, co nie znalazło zrozumienia u obsługi hotelu. Pomimo interwecji w recepcji zabawa trwała do 2,30 i dała się słyczeć w najdalszych zakamarkach hotelu. Rano szefowa hotelu, na codzień bardzo troskliwie wraz z całym personelem dbająca o gości na nasze uwagi wyraziła zdziwienie, że nie mieliśmy ochoty zabawić się. Pamiętajcie: w hotelu Riwiera Pod Żaglami w nocy z soboty na niedzielę się nie śpi, tylko hula (a w sezonie także z piątku na sobotę). Smaczne i urozmaicone śniadanie (żywią tu naprawdę dobrze) trochę poprawiło nam humory, tak, że wpisaliśmy się do kroniki zdecydowanie chwaląc, bo jest za co i tylko delikatnie ganiąc za ostatnią noc.
Po pożegnaniu Puław skierowaliśmy się na południe - w stronę Chrzanowa. Jednak po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w malutkiej wiosce Piotrawin, związanej z legendą o cudzie św Stanisława. Kiedy podeszliśmy do gotyckiego kościoła, pojawił się miejscowy przewodnik (chyba nieoficjalny, bo się nie przedstawił i nie chciał żadnych pieniędzy), który z wielkim zaangażowaniem i wyczerpująco opowiedział o bogatej historii tej skromnej miejscowości, o jej związku z Biskupem Męczennikiem i o obiektach godnych obejrzenia. To był bonus - nie mieliśmy w planie tej miejscowości.
Dalej, już zgodnie z planem, dojechaliśmy w okolice Sandomierza, by przespacerować się do rezerwatu przyrody Góry Pieprzowe. Uniklne wartości geologiczne i botaniczne wiążą się tu z pięknym położeniem na skarpie wiślanej, umożliwiającym podziwianie szerokiej już w tym miejscu rzeki. I już na koniec - zwiedzanie Sandomierza. Kolejne miasto o bogatej historii i licznych zachowanych zabytkach, niektórych o ogromnej wartości. Weszliśmy na wzgórze zamkowe, podeszliśmy do ceglanego, romańskiego (niezwykła rzadkość) kościoła św Jakuba, zwiedziliśmy katedrę, starówkę z rynkiem, ratuszem, bramą Opatowską. Zachwyciliśmy się atmosferą miasteczka, w tym czasie jeszcze spokojnego, nieobleganego przez masowe szkolne wycieczki.
Wszystko to piękne, ale nieubłagalnie nadeszła pora powrotu do domu. Dość wygodna i niezatłoczona droga z Sandomierza przez Kraków minęła szybko i trzeba było się żegnać. Będziemy tę wycieczkę wspominać, mam nadzieję, z przyjemnością.

KP


VIII Przewodnickie Spotkanie Przy Miedzy 16 marca 2013

Już po raz VIII odbyło się przewodnickie "Spotkanie przy Miedzy".
Tym razem ponad 100 przewodników turystycznych PTTK gościło w Gminie Babice. Na spotkaniu w dniu 16 marca 2013 przybyli przewodnicy z 3-ch Województw: małopolskiego, śląskiego i świętokrzyskiego. Spotkanie odbywało się w ustanowionym przez ZG PTTK "2013 Rokiem Przewodników Turystycznych"
Uczestnicy spotkania bawiąc w gminie Babice zwiedzili wieś Mętków - położony przy ujściu rzeki Chechło do Wisły, gdzie znajduje się kościółek modrzewiowy z XVIII wieku przeniesiony w roku 1973 z Niegowici, w którym ksiądz Karol Wojtyła pełnił funkcję wikariusza. Po przeniesieniu ks. Karol Wojtyła dokonał poświęcenia kościoła w Mętkowie na chwilę przed wybraniem go na papieża. Kościół o konstrukcji zrębowej, o długości 34, szerokości 15 i wysokości 8 metrów. Wewnątrz trzy barokowe ołtarze. Następnie 16 -wieczny kościół parafialny w Babicach i Nadwiślański Park Etnograficzny, gdzie w salach Dworu z Drogini dyrektor dr Marek Grabski przedstawił w prezentacji Nadwiślański Park, a mgr Piotr Grzegorzek zaprezentował atrakcje przyrodnicze gminy. Następnie uczestnicy spotkania autokarami pojechali do Centrum Kształcenia OHP w Trzebini-Górce na tradycyjny obiad przygotowany przez kuchnię Centrum pod nadzorem Adama Paliwody.
Posiłek uświetniła sponsorowana degustacja piwa KSIĄŻĘCE Kompani Piwnej - nowej limitowanej edycji w 4 smakach : złote pszeniczne, korzenne aromatyczne, czerwony lagier i ciemne łagodne pod hasłem: "nie jedno do odkrycia" i "odkryj korzenne aromatyczne" - Palce lizać!!!
Po obiedzie i degustacji na sesji przewodnickiej "przewodnik duchowy" ks. Kazimierz Sowa zaprezentował "Syberyjskie Podróże" serię zdjęć z podróży po Syberii w poszukiwaniu polskości. Przewodniczący Krajowego Samorządu Przewodników PTTK Stanisław Kawęcki przypomniał o "Roku Przewodników Turystycznych 2013 " W głosach Ryszarda Ziernickiego, Witolda Brola, Jana Zalitacza, Bogusia Nowaka, Edwarda Fietko poruszano sprawy deregulacji zawodu przewodnika, szkoleń przewodnickich i pracy przewodnickiej.
Zadowoleni uczestnicy z siatkami materiałów promocyjnych wyjechali z Ziemi Chrzanowskiej zapowiadając już dzisiaj udział w IX przyszłorocznym Spotkaniu.

Krzysztof J HUDZIK

Zdjęcia



Warszawa 15-17.03.2013 r.

Pierwsza wycieczka pod patronatem Koła UTW - udział bierze 47 osób , w tym 18 słuchaczy UTW.
Pierwszy dzień - godzina 6:30, mroźnie i wietrznie w Chrzanowie. Byle do autobusu i odjazd. Wczesne wstawanie odbiło się naturalną drzemką, bo do pierwszego "obiektowego" przystanku daleko. Oto i on - zwiedzamy Dom urodzenia Fryderyka Chopina i park w Żelazowej Woli. Wrażenia różne, ale generalnie nie wszystkim odpowiada system audio-przewodnika. Potem przejazd do ośrodka w Sękocinie, zakwaterowanie i wyjazd na Stadion Narodowy. Piękny! Ale wiatr dał się nam mocno we znaki! Obiad i przejazd do Teatru Syrena - Agata Christie "Pajęcza sieć", a w obsadzie m.in. Piotr Polk, Magdalena Wójcik, Piotr Szwedes i Marek Bargiełowski. Piękna gra i nieoczekiwane spotkanie przed wejściem do teatru z p. Polkiem. Kilka miłych, aczkolwiek zdawkowych uprzejmości z obu stron i tyle.
Drugi dzień - na początek Zamek Królewski. Ogromna moc pozytywnych wrażeń i opinii o pietyzmie odbudowy, wspaniałych komnatach i historii, wyzierającej z każdego niemal kąta. Wspaniała praca przewodnika i sytemu słuchawkowego, nic się nie traci, a można uwieczniać się, i nie tylko, na zdjęciach. To było prawdziwe spotkanie z HISTORIĄ. Potem spacer po Warszawie, właściwie Starym Mieście, kościołach i między pomnikami. Taka już jest nasza Stolica. Wszędzie coś bliskiego, coś znanego, chociaż dla wielu widziane pierwszy raz. Kolumna Zygmunta, Stare Miasto z Syrenką, pomnik Małego Powstańca, kościoły św. Anny, św. Krzyża, katedra, pomnik Kopernika, Mickiewicza, "Krakowskie Przedmieście i Trasa W-Z". Jak w piosence o Warszawie. Na zakończenie dnia skok do nowoczesności - Centrum Nauki Kopernik z jego atrakcjami. Dla każdego wieku i dla wszelkich zainteresowań.
Trzeci dzień - rozpoczynamy od Świątyni Opatrzności Bożej i Panteonu Wielkich Polaków. Duże wrażenie wywołał rozmach budowli i jej otoczenia, ogrom prac już wykonanych i tych do realizacji. Potem Pałac w Wilanowie, a raczej jego otoczenie (w zimie Pałac zamknięty). Piękny park, zrealizowany z ogromnym przestrzennym rozmachem. W marcowym słońcu spacerujemy po parku, a na wiosennej wystawie tulipanów i kompozycji kwiatowych zachwytom nie było końca. Potem spacer po parku Łazienkowskim, przejście pod Pałac Prezydencki, gdzie kilka osób zdecydowało się postać w kolejce chętnych do zwiedzania, pozostali _ "rozpełzli się" po okolicach, aby zebrać się ponownie "pod Zygmuntem" około 16.30. Pałac Prezydencki został zwiedzony, zwiedzający zadowoleni, aczkolwiek nieco zziębnięci po 2-godzinnym oczekiwaniu w kolejce. I powrót do Chrzanowa.
Prezes Koła PTTK UTW dziękuje pilotowi (pan Robert Czak), kierowcom i uczestnikom. Zaprasza na kolejne imprezy organizowane pod patronatem Koła UTW i przez Oddział PTTK w Chrzanowie.
Godzina 22.00 _ Chrzanów, MOKSiR - do zobaczenia.
A.K.



Babia Góra na Dzień Kobiet 10 marca 2013

Tradycyjnie już w niedzielę w pobliżu Dnia Kobiet zapraszamy Panie (i nie tylko) na Babią Górę. W tym roku z zaproszenia skorzystały 34 osoby. Pogoda przed tą niedzielą była nienajlepsza, prognozy też niazbyt zachęcające, ale i tak silna grupa turystek i turystów zdecydowała się na spotkanie z Królową Beskidów.
Trasa była typowa: z Przełęczy Lipnickiej (Krowiarki) ruszyliśmy czerwonym szlakiem przez Sokolicę, Kępę, Gówniak w stronę Diablaka. Droga była dość dobra: niedawno spadły śnieg tworzył niegrubą warstwę "kaszy", po której szło się wygodnie, nawet bez raków. Nie było bardzo często tu spotykanej warstwy zlodzonego śniegu. Nawet w partii szczytowej nie było zwyczajnego tu silnego wiatru. Szliśmy cały czas w chmurze, która spowijała masyw Babiej ale zbliżając się do szczytu zaczęliśmy dostrzegać przejaśnienia i nieśmiałe przebłyski Słońca. I po osiągnięciu szczytu zostaliśmy nagrodzeni za trud włożony w podchodzenie (bądź, co bądź ponad 700 m różnicy wzniesień): niebo nad nami odsłoniło się, zaświeciło nam wspaniale Słońce.
Była to świetna okazja na życzenia dla kobiet, uściski, mały poczęstunek a także nieco szaleństwa: kilka osób zdjęło buty i skarpety i spacerowało boso po śniegu (są na to dowody fotograficzne).
Panorama była dość jednostajna: wszędzie pod nogami morze chmur. Tylko z rzadka gdzieś pojawiał się w prześwicie fragment jakiegoś szczytu lub grzbietu. Ale i tak było wspaniale. Po dłuższej chwili odpoczynku i zachwytów nad pięknym światem zebraliśmy się do zejścia. Jeszcze raz doceniliśmy doskonałe podłoże pokryte śniegiem, które umożliwiło bezpieczne i wygodne schodzenie. A podczas schodzenia spotkaliśmy znajomych turystów z koła PTTK Chałupa w Andrychowie, którzy również przyjeżdżają na Babią w tym samym czasie. Ponieważ warunki do wędrówki były bardzo dobre, mieliśmy sporo czasu, więc większość uczestników zdecydowała się wejść jeszcze na Małą Babią. Kilku zapaleńców posło jeszcze dalej, w kierunku Przełęczy Jałowieckiej.
Po zejściu do schroniska mieliśmy czas na oddech, wzmocnienie się własnymi kanapkami lub skorzystanie z oferty kuchni.
I jeszcze pozostało zejście czarnym szlakiem do Podryzowanego, gdzie czekał na nas autokar. Niestety na tym odcinku szlaku było sporo mokrego śniegu, co groziło przemoczeniem butów. Wkrótce na parkingu byli wszyscy uczestnicy, nawet ci, ktorzy przeszli najdłuższy wariant trasy i zadowoleni z pięknego dnia ruszyliśmy w stronę domu.
Jeszcze raz potwierdziło się, że warto wybierać się w góry także zimą.

KP

Zdjęcia



Zjazd Oddziału 9 marca 2013

Zgodnie ze statutem co cztery lata delegaci wybrani w kołach mają podsumować mijający czteroletni okres, rozliczyć ustępujące władze, wybrać nowe i wskazać kierunki działania Oddziału na następne czterolecie. I właśnie w marcu tego roku nadeszła pora na zebranie najwyższej władzy Oddziału PTTK w Chrzanowie - Zjazd.
38 delegatów wybranych w kołach, członkowie ustępujących władz i zaproszeni goście spotkali się w gościnnych progach internatu SOSW (dziękujemy dyrekcji).
Zebranie rozpoczęło się od wręczenia kwiatków kobietom (dzień po obchodach Międzynarodowego Dnia Kobiet - podobno obyczaj komunistyczny, ale sympatyczny). Prezydium zjazdu w składzie: Robert Czak - przewodniczący, Maria Grochal - sekretarz, Kazimierz Pudo sprawnie przeprowadziło obrady realizując wszystkie zaplanowane punkty.
Zjazd pozytywnie ocenił mijającą kadencję (Sprawozdanie 2009-2012 i Kalendarim 2009-2012 w zakładce: dokumenty Oddziału) i podziękował ustępującym władzom - były listy z podziękowaniami i symboliczne upominki.
Wybrane zostały nowe władze (Skład Zarządu w zakładce: władze Oddziału) i delegaci na regionalną konferencję oddziałów woj małopolskiego (Robert Czak, Irena Brzózka, Joanna Raźniak, Małgorzata Opitek), przyjęto wnioski do działania Oddziału w kadencji 2013 - 2016 (między innymi dotyczące powołnia Komisji Historii i Tradycji Oddziału, aktywizacji Komisji Turystyki Górskiej, silniejszego wsparcia działania Komisji Turystyki Młodzieżowej) oraz wnioski na regionalną konferencję oddziałów i XVIII Walny Zjazd PTTK (między innymi wniosek o nadanie tytułu Członka Honorowego PTTK Zdzisławowi Śliwie).
Zjazd był impulsem do jeszcze lepszego działania Oddziału - wiem, brzmi to jak artykuł w Trybunie Ludu z okresu propagandy sukcesu, ale chyba tak to jest rzeczywiście - Oddział działa nieźle ale zawsze może być lepiej.

KP

Zdjęcia I Zdjęcia II



Tatry - Przełęcz Karb 3 marca 2013

Kolejna wycieczka tatrzańska w tym roku wiodła do Doliny Gąsienicowej i na Karb.
16 osób pod wodzą niezastąpionego Janusza Sadzikowskiego wyszło z Brzezin, by Doliną SuchejWody dojść do schroniska Murowaniec w Dolinie Gąsienicowej. Dojście nie było trudne ani zbyt męczące, więc nie zatrzymaliśmy się w schronisku a jedynie poczekaliśmy na skompletowanie nieco rozciągniętej grupy. Pogoda była słoneczna, czysty śnieg, sterczące wysoko ponad dno doliny turnie, delikatne chmurki przemykające nad nimi - sceneria wprost bajkowa, więc nie tracąc czasu ruszyliśmy w głąb doliny. Do Doliny Stawów Gąsienicowych zmierzaliśmy obok dolnej stacji wyciągu na Kasprowy Wierch podziwiając szusujących po stoku narciarzy. Ale nie zazdrościliśmy im - idąc widzi się więcej i dokładniej. Stawy Gąsienicowe skryte pod grubą warstwą śniegu mogłyby zostać niezauważone przez kogoś, ktoby o nich nie wiedział.
Prawie cała trasa tej wycieczki była bardzo łatwa i niemęcząca - wysokość pokonywaliśmy wznosząc się powoli, łagodnymi podejściami. I dopiero przed samym celem wycieczki - Przełęczą Karb - podejście było ostrzejsze. Ale był to niedługi odcinek i już wkrótce mogliśmy usiąść na przełęczy i podziwiać widoki na obie strony grani Kościelców.
Niektórzy trochę żałowali, że program wycieczki nie przewidywał zdobycia Kościelca, bo byłoby to możliwe, choć nieco ryzykowne (zaśnieżone pochyłe płyty skalne zawsze są niebezpieczne).
Po dłuższym postoju nadszedł czas na zejście - tą samą drogą. Jeszcze raz zachwycaliśmy się widokami na otoczenie Doliny Stawów Gąsienicowych, Kasprowy Wierch. Tym razem po dojściu do schroniska skorzystaliśmy z jego gościnności. Oprócz zwyczajnych w takich okolicznościach kanapek z herbatą z termosu lub żurku z wkładką tym razem były także życzenia imieninowe dla Kazimierza (świętuje 4. marca).
Z Murowańca wracaliśmy przez Boczań - drogą bardzo popularną, licznie uczęszczaną i skutkiem tego wyślizganą licznymi stopami turystów. Niestety bez raków szło się nią nieprzyjemnie, bo każdy krok groził upadkiem (co zresztą niektórym uczestnikom się udało). Ale w końcu wszyscy zeszli bez szkód na zdrowiu, co najwyżej z siniakami z tyłu. Po krótkim oczekiwaniu na parkingu zajęliśmy miejsca w busie i ruszyliśmy do domu. Nistety, Zakopianka była dość skutecznie zakorkowana, wracaliśmy więc z Nowego Targu przez Czarny Dunajec, Wysoką, Jordanów, Suchą Beskidzką itd.
To był kolejny piękny dzień w górach.

KP

Zdjęcia



Święto przewodników turystycznych - Małopolska 21 lutego 2013

Podczas III Konwencji Światowej Federacji Stowarzyszeń Przewodników Turystycznych (WFTGA) w 1989 ustanowiony został Międzynarodowy Dzień Przewodników Turystycznych. Ideą tego Dnia jest uświadomienie roli przewodników w obsłudze turystów poprzez prezentację ich pracy w terenie, a także kreowanie wizerunku miasta czy regionu. Pracę przewodnika turystycznego można określić mianem powołania - już św. Augustyn użył określenia homo viator - człowiek w drodze.
21 lutego - Dzień Przewodnika Turystycznego - to święto, a jego obchodom tego dnia towarzyszyła w Małopolsce coroczna akcja "Przewodnicy PTTK dzieciom". Przewodnicy z 11 kół przewodnickich pokazywali dzieciom Małopolskę zapoznając z pracą i rolą przewodnika turystycznego.
Bez Przewodnika ani rusz - Z Przewodnikiem bezpieczniej te i inne hasła będą propagowane w ogłoszonym przez ZG PTTK 2013 Rokiem Przewodników Turystycznych.
Na galę małopolskich obchodów Międzynarodowego Dnia Przewodnika Marszałek Województwa Małopolskiego zaprosił przewodników do Zamku Królewskiego w Niepołomicach. Wręczono 20 odznak honorowych Ministra Sportu i Turystyki i 20 dyplomów Marszałka za wkład w rozwój i promocję turystyki. Podczas gali na ręce Marszałka Jacka Krupy Prezes PTTK Lech Drożdżyński wręczył Medal PTTK dla Zarządu Województwa Małopolskiego. W gali uczestniczyła pani Dyrektor Wydziału Sportu, Turystyki i Promocji UM Elżbieta Kantor, a także Przewodniczący Krajowego Samorządu Przewodników Turystycznych PTTK Stanisław Kawęcki. Małopolski Samorząd Przewodników PTTK to 24 Koła i ponad 1000 Przewodników, których było widać na Gali w czerwonych organizacyjnych strojach. Po poczęstunku i zwiedzeniu muzeum zamkowego przewodnicy świętowali ten dzień w swoich Kołach.

Krzysztof Hudzik

Zdjęcia



Dolina Pięciu Stawów Polskich 17 lutego 2013

Kolejna wycieczka górska w tym roku miała za cel piękną Dolinę Pięciu Stawów Polskich.
20-osobowa grupa (niezbyt liczna, ale śliczna) pod wodzą Janusza Sadzikowskiego ruszyła z parkingu na Palenicy Białczańskiej, by dojść nielubianym "asfaltem" (dziś przykrytym śniegiem) do Wodogrzmotów Mickiewicza. Zimowe przejście tego odcinka nie odstręcza tak jak przepychanie się tu przez tłumy letników i spacerowiczów latem - jest zdecydowanie luźniej. Przy Wodogrzmotach Mickiewicza skręciliśmy z ceprostrady w prawo, w Dolinę Roztoki. Doliną idzie się dobrze, przeważnie łagodnie podchodząc wśród świerków. Atrakcje rozpoczęły się, kiedy trzeba było wreszcie podejść z dna Doliny Roztoki na poziom Doliny Pięciu Stawów. Ten fragment trasy, niezbyt długi, co prawda, jednak dość stromy, przy głębokim śniegu, w którym przedeptana jest niezbyt wygodna ścieżka stanowił dla niektórych z uczestników spore wyzwanie, przede wszystkim kondycyjne. Nie wszyscy chodzą zimą regularnie po górach i mści się to brakiem tchu w płucach na bardziej stromych podejściach. Ale krok po kroku, z przerwami na odpoczynek i łyk herbaty, wszyscy pokonali podejście. Jeszcze tylko kilka chwil i można było odetchnąć w schronisku, zjeść coś, napić się. A potem wyszliśmy, żeby przejść kawałek po Dolinie. I to były najpiękniejsze chwile tej wycieczki. Dolina i otaczające ją szczyty pokryte śniegiem, oświetlające całą scenerię Słońce, przesuwające się na tle gór delikatne i nieco solidniejsze chmurki - widoki zapierały dech w piersiach - patrzcie na zdjęcia w Galerii i zazdrośćcie, jeśli tam nie byliście. Po zachwyceniu się wspaniałym widowiskiem z cyklu: "góry, śnieg, Słońce, mgły" musieliśmy już pożegnać Dolinę i ruszyć w drogę powrotną. Jeszcze nieco atrakcji było podczas zejścia stromym fragmentem stoku, ale wszystko odbyło się spokojnie i bezpiecznie. Powrót tą samą drogą, którą przyszliśmy był przepełniony zachwytami nad tym, co zobaczyliśmy.
Chodźmy w góry zimą - takich widoków latem się tu nie zobaczy, jest tu cisza i spokój, brak tych wrzaskliwych tłumów, które latem mogą skutecznie zniechęcić do odwiedzania Tatr.

KP

Zdjęcia



Szczyrk 9-10 lutego 2013

Dwudniowa zimowa wycieczka w góry już od dziesięciu lat jest w kalendarzach Oddziału. Władze Oddziału mają w tym czasie szkolenie i podsumowanie minionego roku, ale jest to także świetna okazja do zwiedzenia ciekawych miejsc, przejścia po górach, szusów na trasach zjazdowych, integracji turystów chrzanowskich. Po Krynicy, Szczawnicy, Kościelisku przyszła kolej na Szczyrk. Na wycieczkę wybrało się 36 osób.
W sobotę pojechaliśmy do Bystrej, by przez Magurę przejść do Szczyrku.
Było dość sporo świeżego śniegu i mielibyśmy problemy z przecieraniem szlaku, gdyby nie grupa, która tuż przed nami ruszyła w tym samym kierunku. Trasa zaplanowana na ten dzień nie była długa, więc bez pośpiechu zaczęliśmy podchodzenie. Leśnymi, zaśnieżonymi drogami wyszliśmy w rejon szczytu Magury. Tam, na otwartych polanach mogliśmy podziwiać nieco zamglone widoki na pasma Beskidu Śląskiego, Żywieckiego i Małego. Długość trasy (niezbyt wielka, ale jednak), podejście po śniegu złożyły sie na to, że niektórzy z uczestników, mniej wytrenowani, niemal ostatkiem sił doszli do schroniska pod Magurą. Ale tam był czas i okazja do odpoczynku, uzupełnienia kalorii i utraconych płynów, więc dalsza droga, już zdecydowanie w dół, była możliwa do pokonania. Schodząc do Szczyrku odwiedziliśmy jeszcze sanktuarium Matki Boskiej "Na Górce" i już wkrótce byliśmy w pensjonacie Beskidek. Dotarli tam juz także amatorzy narciarstwa oraz spacerów po Szczyrku (bo i tacy też z nami przyjechali). Tam czekały już na nas wygodne pokoje i obiad.
A po obiedzie - część robocza wyjazdu. Członkowie władz Oddziału (zarządu, komisji rewizyjnej, sądu koleżeńskiego, kół i komisji) zebrali się na ostatnim w tej kadencji spotkaniu. Tematem szkolenia były zmiany z Statucie PTTK i Oddziału oraz tryb przeprowadzenia zjazdu Oddziału. Oprócz tego zarząd podsumował miniony rok - zakończony pomyślnie pod względem liczby i atrakcyjności zorganizowanych imprez, ale, niestety, niewielkim wynikiem ujemnym jeśli chodzi o finanse.
A po części oficjalnej - wieczorek pożegnalny (bo, jak już wspomniałem, kończy się kadencja tych władz). Jak pisał poeta były tańce, hulanki, swawola (oczywiście bez przesady).
W następnym dniu zaplanowaliśmy przejście z Przełęczy Salmopolskiej przez Malinów i Malinowską Skałę na Skrzyczne. Ruszyliśmy znów ścieżką nieznacznie przetartą w dość głębokim śniegu. Kiedy podeszliśmy nieco wyżej, okazało się, że wiejący tam wiatr zawiewa i tą skromną ścieżkę, zdarzało się nam zapadać po kolana lub nawet głębiej. Ale pięknie ozdobiony śniegiem i szronem las, czysta biel śniegu, przepływające nad grzbietem mgiełki gnane wiatrem - to były niezapomniane widoki, dla których warto było znieść trochę niewygód. I znów okazało się, że dla niektórych uczestniczek trasa jest skrajnie ciężka. Na szczęście mobilizacja i wsparcie ze strony współtowarzyszy wędrówki przyczyniły się do sukcesu - wszyscy doszli do celu: schroniska na Skrzycznem. A w schronisku, jak to w schronisku: herbata z termosu lub z bufetu, jakieś kanapki lub pierogi, krótko mówiąc regeneracja nadwątlonych sił. Po odpoczynku przyszła pora na powrót do Szczyrku. I tu, niestety, zdecydowana większość uczestników "poszła na łatwiznę" i zjechała wyciągiem w dół. Tylko trzech twardzieli zeszło do samego końca.
Również w tym dniu było kilku amatorów zjazdów narciarskich a także spacerów po Szczyrku.
Kiedy w końcu wieczorem spotkaliśmy się przy autokarze wszyscy byli zadowoleni z ciekawie spędzonych dwóch dni.

KP

Zdjęcia



III Bal Turystów Chrzanowskich 02 lutego 2013

Zainicjowana z okazji 60 jubileuszu Oddziału impreza - Bal Turystów Chrzanowskich - weszła już na stałe do rocznego kalendarza imprez. Również w tym roku zebraliśmy się w liczbie 69 amatorów zabawy w restauracji Nova, żeby wspólnie żegnać zbliżajacy się do końca karnawał. Grał, jak zwykle świetnie, Kazimierz: prawdziwy Człowiek - Orkiestra. Oczywiście z pomocą współczesnej technologii elektronicznej i informatycznej, jednak własnym głosem wykonywał bardzo bogaty repertuar przebojów z różnych epok. Parkiet był prawie cały czas pełen rozbawionych par i innych formacji - bo w dzisiejszych czasach tańczy się różnie: w kółeczku, wężykiem i jak komu wygodnie. Humory dopisywały a dzięki wsparciu kuchni restauracyjnej i własnych zasobów nie brakło także sił i animuszu. Zgodnie z tradycją wylosowana została Nagroda Prezesa: bon na bezpłatny udział dwóch osób w wycieczce "Na Krokusy do Doliny Chochołowskiej". Szczęśliwymi zwycięzcami losowania zostali Joasia i Andrzej Raźniakowie - ciagle jeszcze cieszący się z zawartego w ubiegłym roku związku małżeńskiego - GRATULUJEMY!
Kto ciekaw - zapraszam do Galerii Oddziału, kto chętny do zabawy - musi poczekać do najbliższego karnawału. Zapraszamy !

KP

Zdjęcia



Powitanie Nowego Roku - Szyndzielnia, Klimczok 1 stycznia 2013

Bal - balem, ale prawdziwi turyści witają Nowy Rok w górach, choćby o kilka godzin później. I właśnie 25 takich zapaleńców (niektórzy rzeczywiście po nocnym witaniu Nowego Roku na balu) wybrało się wczesnym rankiem (wyjazd o 9.00) 1 stycznia w Beskid Śląski. Niezbyt daleko, żeby zdążyć wrócić przed nocą.
Trasa znana, bo przecież jeździmy tam dość regularnie, ale w górach jest zawsze ciekawie.
Zaczęliśmy od podejścia na Dębowiec. Pierwszy odcinek dość stromy, ale krótki i kończy się przystankiem przed schroniskiem, bo nawet, jeśli się jeszcze nie zmęczyliśmy, to warto tu przystanąć i spojrzeć na leżące u stóp Bielsko. Dalej dość łagodnie i przez większą część trasy po suchej, wolnej od śniegu drodze. Dopiero w partii szczytowej Szyndzielni pojawia się stary, zmrożony, wyślizgany przez liczne stopy śnieg. Ale, zanim zacznie nam naprawdę przeszkadzać, mamy kolejną okazję do odpoczynku - schronisko na Szyndzielni. Takiej okazji nie przepuszcza się - siadamy więc przy kawie i herbacie, przegryzając kanapkami. I wkrótce ruszamy dalej - na szczyt Klimczoka. Co prawda droga jest niezbyt przyjemna, właśnie ze względu na śliski, twardy śnieg ale piękne, zimowe otoczenie a szczególnie wspaniałe widoki ze szczytu rekompensują wszystkie trudy. A z Klimczoka rzeczywiście widać daleko i ostro. Warto tu było przyjść i trochę się potrudzić. A jeszcze, tuż przed zejściem ze szczytu, jest chwila na symboliczny toast za pomyślność w Nowym Roku. No i za chwilę jesteśmy już w schronisku pod Klimczokiem. Tu znów siadamy przy herbacie, kanapkach, jakimś daniu z oferty schroniskowej kuchni. Po wyjściu ze schroniska pozostał nam jeszcze powrót na Szyndzielnię i z niej już kolejką (w wiekszości, choć kilka osób ambitnie zeszło na sam dół) do podnóża. Ostatni fragment trasy - od dolnej stacji kolejki do parkingu pokonujemy już w zapadających ciemnościach, ale droga jest prosta, wygodna i nie stwarza żadnych trudności. Wkrotce jesteśmy już w komplecie w pojeździe i zadowoleni ze spotkania z górami w pierwszym dniu nowego 2013 roku wracamy do Chrzanowa.

KP

Zdjęcia



Przełęcz Iwaniacka 13.02.2011 r.

13.02.2011 r. Grupa turystów z chrzanowskiego oddziału PTTK wyjechała na wycieczkę w Tatry Zachodnie na Iwaniacką Przełęcz. Grupę poprowadził przewodnik tatrzański Janusz Sadzikowski.
Przyjechaliśmy busem na parking na Siwej Polanie u wylotu Doliny Chochołowskiej.Tatry powitały nas słoneczną i mroźną pogodą. Z Siwej Polany zielonym szlakiem wyruszyliśmy w głąb Doliny Chochołowskiej. Po około godzinie marszu dotarliśmy do wylotu Doliny Starorobociańskiej. Tutaj rozchodzą się szlaki: żółty - przez Przełęcz Iwaniacką do Doliny Kościeliskiej, czarny - Doliną Starorobociańską na Siwą Przełęcz i zielony - do schroniska PTTK na Polanie Chochołowskiej. My ruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku Iwaniackiej Przełęczy. Im wyżej podchodziliśmy Doliną Iwaniacką, tym ładniejszy widok ukazywał się na pozostający za nami Bobrowiec. Natomiast na samej przełęczy pojawił się piękny widok na okazały masyw Kominiarskiego Wierchu i trochę mniej okazały, choć wyższy Ornak. Z Iwaniackiej Przełęczy zaczęliśmy schodzić (niektórzy - zjeżdżać) do Doliny Kościeliskiej. Przy bezchmurnym niebie pięknie prezentował się masyw Ciemniaka i dalej - za Tomanową Przełęczą - Tomanowy, Smreczyński i Kamienista. Po zejściu w dół zatrzymaliśmy się w schronisku na Hali Ornak (szarlotka - jak zwykle - pyszna !). Od schroniska droga do wylotu doliny biegnie już poziomo wzdłuż Kościeliskiego Potoku. Przed Polaną Pisaną skręciliśmy jeszcze do malowniczego Wąwozu Kraków, będącego prawdopodobnie pozostałością dawnej jaskini. Z Polany Pisanej mogliśmy podziwiać pięknie oświetlone o tej porze dnia Organy, Zdziary, Saturn i Ratusz. Idąc dalej w dół Doliny Kościeliskiej mijaliśmy Bramę Kraszewskiego, Lodowe Źródło i zbójnicką kapliczkę na polanie Stare Kościeliska. Jeszcze tylko ostatnia polana Wyżnia Kira Miętusia oraz Brama Kantaka i dotarliśmy do Kir, gdzie czekał na nas bus.

M.G.

Zdjęcia z wycieczki na Iwaniacką Przełęcz



Rumunia 25-29.08.2010

W dniach 25-29 sierpnia 2010 r. odbyła się zorganizowana przez Kolo Grodzkie wycieczka do Rumunii. Głównym celem były Góry Rodniańskie. I jak w ubiegłym roku autobus był pełen chetnych zobaczenia tego malowniczego kraju.
Po nocnej podróży przez Słowację i Węgry wczesnym rankiem dotarliśmy na granicę wegiersko-rumuńską. Po krótkiej odprawie paszportowej uczestnicy wycieczki zaopatrzyli się w miejscową walutę i mogliśmy zacząć zwiedzanie Rumuni, a konkretnie północnej jej części, Rejonu Marmaroskiego. Przejechaliśmy przez Satu Mare, Kotlinę Oas i po pokonaniu malowniczej Przełęczy Huty zjechaliśmy w dolinę Cisy. Tutaj na pograniczu rumuńsko-ukraińskim zatrzymaliśmy się w miejscowości Sapanta. Ta mała miejscowość znana jest w świecie z niepowtarzalnego, jedynego w swoim rodzaju cmentarza, z pięknie, ręcznie malowanymi nagrobkami. Uwagę na cmentarzu zwracają też opisy zawodów i przywar osób tam pochowanych. Niestety język rumuński jest trochę niezrozumiały. Po pobycie na cmentarzu pojechaliśmy dalej i wjechaliśmy w Dolinę Izy gdzie można spotkać doskonale zachowane obiekty architektury marmaroskiej: cerkwie, zabudowania, bramy, krzyże. Zwiedziliśmy wnętrze cerkwi Św. Archaniołów w Rozavlea i odbyliśmy spacer po największej miejscowości w dolinie, Bogdan Voda. Ta miejscowość to żywy, zamieszkały skansen. Stamtąd było już bardzo blisko do naszej bazy hotelu "Cerbul" w Borsie. Dotarliśmy tam wczesnym popołudniem. Szybko zakwaterowaliśmy się i po krótkim odpoczynku grupa spotkała się przy wyciągu krzesełkowym na Polane Stiol. Wyciągiem wjechaliśmy do góry po drodze podziwiając wspaniałe widoki Gór Rodniańskich i Marmaroskich. Celem naszej pierwszej pieszej wędrówki był największy w Karpatach wodospad Cailor. Po dotarciu na miejsce miło było poczuć chłód wody w wszechobecnym wokoło upale. Widoki były niepowtarzalne więc aparaty poszły w ruch. W drogę powrotna udaliśmy się szlakiem wzdłuż górskiego potoku. Pierwszy dzień to było małe preludium przed trasami następnych dni.
Następnego dnia wyjechaliśmy autobusem na przeł. Przysłop, która rozdziela Góry Marmaroskie i Rodniańskie. Tam daliśmy wolne naszym miłym kierowcom i udaliśmy się w góry. Przed nami był spory odcinek szlakiem, który wiódł grzbietem Gór Rodniańskich. Mijane szczyty wznosiły się ponad 2000 m. Pogoda dopisywała. Widoczność była wspaniała. Przed nami jak na dłoni morze Karpat, zarówno po rumuńskiej jak i po ukraińskiej stronie. Dopóki szliśmy grzbietem to trwała górska sielanka. Trzeba było jednak zejść na dół i wrócić do hotelu. Wtedy okazało się, że szlak, którym mieliśmy schodzić istniał praktycznie tylko na mapie gdyż od lat tamtędy nikt nie chodził i wszystko zarosło. Jednak udało się wytyczyć własny szlak, którym dotarliśmy do celu po drodze od czasu do czasu w nieprawdopodobnych chaszczach zauważając malowane znaki.
Następnego dnia czekało nas największe wyzwanie, wyjście na najwyższy szczyt Gór Rodniańskich Petrosul 2303 m skąd rozpościera się niesamowity widok na okolicę. Niestety w nocy przeszła burza i pogoda się zmieniła. Rano było pochmurno i widać było, że chmury są na niskim pułapie. Na szczęście jednak nie padało. Nie po to tu przyjechaliśmy aby siedzieć w hotelu więc poszliśmy na szlak. Początkowo droga przez długi czas wiodła pomiędzy zabudowaniami a wioski a potem zamieniła się w mozolne strome podejście w rejon stacji meteorologicznej w kotle pod Petrosulem. W czasie podejścia cały czas było widać szczyty. Niestety w czasie odpoczynku w kotle przyszła bardzo szybko mgła i ostatnie podejście na szczyt odbywaliśmy otoczeni jej mackami. Ze szczytu niestety nic nie było widać i obiecaliśmy sobie, ze za rok powtórzymy wyjście. Po zejściu na dół wspaniale smakowało miejscowe piwo w wioskowym barze.
Kolejnej nocy pogoda popsuła się już zupełnie i z Borsy wyjeżdżaliśmy w deszczu, który na szczęście przestał padać po godzinie jazdy. Droga wiodła do domu. Wracając zatrzymaliśmy się na krótkie zwiedzanie w Sykocie Marmaroskim oraz w Satu Mare. Zaraz za Satu Mare Węgry i po drodze Tokaj słynny z win. Zatrzymaliśmy się tam aby zwiedzić to piękne miasteczko, docenić smak tutejszych win i nabrać sił przed dalszą drogą.
Do domu dotarliśmy w godzinach nocnych. Wiekszośc z nas pragnie dalej w następnych latach poznawać piękno Rumunii.

Henryk Banch

Zdjęcia z wycieczki do Rumunii




Poznań 30.04-03.05.2010

W dniach 30.04-3.05.2010 Koło Grodzkie zorganizowało wycieczkę do Poznania i w jego okolice. Wyjeżdżaliśmy z Chrzanowa z nie najlepsza mglistą pogodą. Na szczęście już na pierwszym postoju w rejonie Kluczborka zaświeciło słońce, które towarzyszyło nam przez długi czas.
Pierwszym zwiedzanym obiektem w czasie wycieczki był pałac myśliwski, wraz z przylegającym parkiem, książąt Radziwiłłów w Antoninie. Pałac jest obecnie w rękach prywatnych i znajduje się w nim hotel ale właściciele udostępniają do zwiedzania wnętrze z nietypowym, olbrzymim piecem kaflowym, który jest w centrum budynku. Po zwiedzeniu wnętrza i spacerze po parku udaliśmy się w dalsza drogę. Naszym celem był pałac Lipskich W Lewkowie gdzie obejrzeliśmy jego wnętrza. Następnym etapem był Kórnik a w nim zamek będący w swoich dziejach własnością rodziny Działyńskich i Zamojskich. Po wyjściu z zamku część uczestników wycieczki spacerowała po największym i najstarszym w Polsce arboretum a część cieszyła się czasem wolnym. Kórnik był ostatnim etapem pierwszego dnia wycieczki. Na koniec udaliśmy się do Krzesin gdzie w schronisku młodzieżowym mieliśmy noclegi.
Kolejny dzień rozpoczęliśmy od wizyty w Rogalinie. Tutaj zwiedzaliśmy barokowo-klasycystyczny pałac, park i wozownię. Tutaj też znajduje się kościół św. Marcelina a w nim mauzoleum Raczyńskich. W pobliżu, nad brzegami Warty, rosną tez słynne dęby rogalińskie. Po kilkugodzinnym pobycie udaliśmy się na druga stronę Warty, do Puszczykowa, gdzie zwiedzając Muzeum Arkadego Fiedlera mogliśmy oczami wyobraźni znaleźć się na innych kontynentach i zapoznać się z kulturą Indian. Mogliśmy też obejrzeć eksponaty związane z lotniczym Dywizjonem 303. Następnie trasa wycieczki wiodła przez Wielkopolski Park Narodowy. Jego piękno podziwialiśmy z okien autobusu. Na zakończenie tego etapu podróży dotarliśmy do Szreniawy gdzie znajduje się Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego. Zapoznanie się ze zgromadzonymi na terenie muzeum zajęło sporo czasu ale było warto. Wracając do Krzesin zahaczaliśmy o Poznań, który był naszym celem następnego dnia. Dzień jednak się nie skończył i po kolacji spotkaliśmy się przy ognisku gdzie śpiewając turystyczne piosenki milo zakończyliśmy dzień.
Następnego dnia udaliśmy się do Poznania gdzie m. In. Byliśmy w Palmiarni, w katedrze na Ostrowie Tumskim, w kościele farnym św. Stanisława, na rynku Starego Miasta i jego okolicach a także w jednym z poznańskich fortów. Dzień zakończył się indywidualnym spacerem po zakątkach starego miasta.
Poniedziałek, ostatni dzień wycieczki przywitał nas niestety deszczem, który ustąpił ale pogoda nie była już taka jak dotychczas. Opuściliśmy więc gościnne Krzesiny i udaliśmy się nad Prosnę do Śmiełowa gdzie znajduje się klasycystyczny pałac, w którym urządzone jest muzeum Adama Mickiewicza, który przez pewien czas tam przebywał. Ostatnim odwiedzanym miejscem był park i zamek w stylu renesansu francuskiego w Gołuchowie. Posiadłość była własnością Leszczyńskich i Działyńskich. Na obrzeżach parku znajduje się również zagroda żubrów, która cieszy się również dużą popularnością wśród turystów. Po pobycie w Gołuchowie aż żal było wracać do domu.
Niestety wszystko ma swój początek i koniec. Pełni wrażeń w godzinach wieczornych wróciliśmy do Chrzanowa.

Henryk Banach

Zdjęcia z wycieczki do Poznania




Dolina Mnikowska 25.04.2010

Już po raz drugi Koło Grodzkie PTTK w Chrzanowie zorganizowało wyjazd do Doliny Mnikowskiej. Głównym celem było uczestnictwo we mszy św. inaugurującej sezon turystyczny na szlakach papieskich.
Wcześniej, przed przyjazdem do Doliny Mnikowskiej, odbyliśmy wędrówkę po innych dolinkach jurajskich. Najpierw przeszliśmy malowniczą Doliną Racławki. Potok Racławka płynący dnem doliny utworzył w martwicy wapiennej skalne odkrywki. Na zboczach widoczne były wapienne skały, jeszcze nie zasłonięte przez liście i zarośla. W końcowej części doliny, nieopodal Źródła Bażana, odchodzi boczny Wąwóz Stradlina. Wąwozem tym doszliśmy na wierzchowinę ponad wsią Żary. Stamtąd zeszliśmy do Doliny Szklarki. Dalej, czerwonym szlakiem okrężnym, przeszliśmy przez rezerwat "Dolina Szklarki" znajdujący się na stromym zboczu doliny oraz grupę skałek na przeciwległym zboczu zwanych Golgotą. Po tym kilkugodzinnym spacerze przejechaliśmy do Doliny Mnikowskiej na mszę św. odprawianą u stóp wizerunku Matki Boskiej, namalowanej na skale przez Walerego Eljasza Radzikowskego w 1868 r. (roku Powstania Styczniowego).

M.G.

Zdjęcia z wycieczki do Doliny Mnikowskiej




Babia Góra 07.03.2010

Tradycyjnie już od kilku lat na początku marca wybieramy się na Babią Górę, by w ten sposób uczcić Dzień Kobiet. Tak było i w tym roku - 24 twardzieli płci obojga zebrało się, by walczyć z zimą i górą.
Trasa wiodła z Przełęczy Lipnickiej (Krowiarki - 1012 m npm) przez Sokolicę, Kępę, Gówniak na Diablak (szczyt Babiej Góry 1725 m npm). A była to niełatwa droga, pokryta świeżo spadłym śniegiem, miejscami tworzącym dość głębokie zaspy. Na szczęście wiatr, który potrafi bardzo uprzykrzyć a nawet często uniemożliwić zdobycie szczytu, tym razem wiał umiarkowanie, tak więc udało się wejść na szczyt bez większych problemów. A na szczycie spotkaliśmy liczną grupę turystów z Andrychowa, którzy również tradycyjnie świętują Dzień Kobiet na najwyższym szczycie Beskidów, skromną grupkę uczestników kursu przewodników beskidzkich z Krakowa, kilkunastu turystów - narciarzy (po wielu latach wraca znów moda na wędrówki górskie na nartach) i jeszcze sporo innych amatorów mocnych wrażeń a Babia Góra zimą zawsze je gwarantuje. Tym razem wyszło tu szczególnie dużo turystów. Po zejściu przez Przełęcz Brona na Markowe Szczawiny odwiedziliśmy nowe schronisko PTTK funkcjonujące już od listopada ubiegłego roku, choć uroczyste otwarcie zaplanowano dopiero w kwietniu tego roku. Mimo znacznego powiększenia budowli w porównaniu ze starym schroniskiem, miejsc w jadalni jest wciąż zbyt mało. Nawet zimą nie wszyscy chętni się zmieścili a cóż będzie w szczycie sezonu. Przejście piesze zakończyliśmy po dojściu Płajem Górnym do Krowiarek i dumni ze zdobycia Królowej Beskidów wróciliśmy do domu.

KP

Zdjęcia z wycieczki na Babią Górę




Krynica 13-14.02.2010

Podobnie jak w kilku minionych latach wyjechaliśmy w zimie do perły uzdrowisk polskich - Krynicy. Otaczające ją góry dają możliwość ciekawych wycieczek, jazdy na nartach, samo uzdrowisko stwarza też rozliczne możliwości ciekawego spędzenia czasu, program zawsze wzbogacamy o zwiedzanie atrakcyjnych miejscowości na trasie dojazdu lub w okolicy Krynicy.
Tym razem w sobotę zdobywaliśmy Jaworzynę Krynicką (1114 m npm). W zależności od upodobań część grupy wyszła na szczyt podziwiając wspaniale przybrany śniegiem i szronem las na zboczach góry, inni z nartami wyjechali na szczyt kolejką gondolową i korzystali z bogatych możliwości, jakie dają trasy zjazdowe Jaworzyny, jeszcze inni wyjechali w górę, żeby pospacerować w rejonie szczytu, odetchnąć rześkim, mroźnym powietrzem. Wieczorem był czas na zajęcia własne, skrzętnie wykorzystany przez tych, którzy przyjechali tu pamiętając o przypadającym nazajutrz dniu zakochanych - św Walentego. Nie obeszło się także bez emocji związanych z walką Adama Małysza o srebrny medal olimpijski.
W niedzielę wyjechaliśmy niedaleko za granicę - do słowackiego Bardiowa. To wspaniałe miasteczko z doskonale zachowanym Starym Miastem (rezerwat architektury nagrodzony za wybitne osiągnięcia w zakresie renowacji zabytków), średniowiecznymi murami obronnymi, pięknym rynkiem z ratuszem reprezentującym przełom gotyku i renesansu, gotyckim kościołem św Idziego, w którym zachował się unikalny zespół 11 gotyckich ołtarzy skrzyniowych, muzeum ikon daje możliwość przeniesienia się wyobraźnią w dawne wieki i odetchnięcia atmosferą bogatego kupieckiego miasta. A jeszcze nieopodal są Bardiowskie Kupele - niezbyt wielkie lecz urokliwe uzdrowisko, gdzie warto zajrzeć choćby na chwilę, żeby pospacerować po parku zdrojowym wśród XIX-wiecznych pensjonatów i sanatoriów, popróbować wód mineralnych a w przypadku dysponowania jeszcze godziną wolnego czasu (tego niestety nie mieliśmy) zwiedzić ciekawy skansen prezentujący budownictwo i kulturę materialną regionu Szarysza. Cóż, wszystko to zwiedzaliśmy w mroźnym, niezbyt sprzyjającym długim spacerom dniu, ale za to nie musieliśmy się przeciskać między licznymi grupami turystów (głównie polskich) zwiedzającymi te miejsca w tzw sezonie turystycznym.
Niektórzy z naszych turystów są już, po kilku latach wyjazdów, lekko znudzeni Krynicą, ale przecież wciąż jest wielu chętnych na jej zwiedzanie, bo jest tego warta. Tym razem wyjechało znów 50 osób.

KP

Zdjęcia z wycieczki do Krynicy




Brania Góra 06-07.02.2010r.

W dniach 06-07.02.2010 r. 7 osób pojechało na dwudniową wycieczkę na Baranią Górę. W związku z małą liczbą uczestników, dojazd i powrót odbył się koleją.

Barania Góra to drugi co do wysokości szczyt Beskidu Śląskiego po stronie polskiej - 1220 m n.p.m. Masyw baraniogórski stanowi rezerwat przyrody obejmujący 386 ha lasów, w których przeważają jodły, świerki i buki. Rejon szczytu obfituje w liczne wychodnie gruboławicowego piaskowca istebniańskiego.

Baranią Górę najczęściej zdobywa się od strony Wisły lub Przełęczy Salmopolskiej, my wędrówkę rozpoczęliśmy z Węgierskiej Górki. Czerwony szlak prowadzi najpierw główną drogą w kierunku Żywca, by za mostem na Sole skręcić ostro w lewo, gdzie po chwili spotykamy Fort "Waligóra" - jeden z pięciu fortów obronnych z 1939 r. w rejonie Węgierskiej Górki. Dalej przez zbocze Glinnego (1026 m) szlak biegnie na Halę Radziechowską. Z hali droga podchodzi już łagodnie w kierunku zachodnim, osiągając płaską kulminację Magurki Radziechowskiej (1091 m). Grzbietowa ścieżka wypłaszcza się teraz wśród pojawiających się z rzadka bloków skalnych, a szlak dochodzi do Magurki Wiślańskiej (1129 m) w głównym grzbiecie, gdzie spotyka biegnący ze Skrzycznego znak zielony i obydwa ( czerwony i zielony ) zmierzają w kierunku Baraniej Góry. Szczyt osiągamy przed zachodem słońca i tu podziwiamy jego zachód.

Drugi dzień wędrówki rozpoczynamy ze schroniska PTTK na Przysłopie. Początkowo znakami czerwonymi kierujemy się w stronę szczytu podziwiając piękne zimowe widoki. Docieramy do znaków czarnych i dalej kierując się nimi schodzimy do Kamesznicy i Milówki, gdzie kończymy naszą wędrówkę.


Zdjęcia z wycieczki na Baranią Górę




Wieliczka 23.01.2010 r.

23 stycznia w sobotę 13-osobowa grupa turystów wybrała się do Wieliczki.

Głównym celem wyjazdu było zwiedzenie kopalni. Kopalnia Soli "Wieliczka" to jeden z najcenniejszych zabytków kultury wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.
Zwiedzanie rozpoczyna się w Szybie Daniłowicza. Do kopalni wchodzi się schodami (380 stopni) na głębokość 64 m. Tam rozpoczyna się długa na 2km trasa turystyczna. Przechodzi ona przez 3 poziomy, najniższy na głębokości 135m. Zwiedzanie trwa 3 godziny. Po drodze przechodzi się przez 20 komór powstałych w wyniku eksploatacji złoża soli. W niektórych z nich urządzono kaplice np: św. Antoniego, św. Krzyża, czy najokazalsza - św. Kingi. W Komorze Barącza i Komorze Weimar znajdują się jeziorka solankowe, a w Komorze Warszawa urządzono salę konferencyjno-bankietową. Na najniższym poziomie znajduje się podziemna ekspozycja Muzeum Żup Krakowskich, gdzie zgromadzono kolekcję drewnianych machin wyciągowych oraz narzędzia odkryte w czasie prac zabezpieczających.
Następnym punktem programu było zwiedzanie średniowiecznego Zamku Żupnego ze zbiorami pochodzącymi od czasów miocenu. Na koniec odwiedziliśmy jeszcze kościół parafialny p.w. św. Klemensa.
Pomimo słonecznej pogody, temperatura -15°C skutecznie zniechęciła do dalszego spaceru po Wieliczce.

M.G.

Zdjęcia z wycieczki do Wieliczki




Równica 17.01.2010

Kolejna zimowa wyprawa górska miała za cel zdobycie Równicy. Wybrało się na nią 16 osób.
Po wyjściu z centrum Ustronia wspinaliśmy się, zrazu między przedmiejskimi willami i pensjonatami a potem leśnymi dróżkami, mozolnie zdobywając wysokość. Podziwialiśmy przy tym pięknie ośnieżony las. Po drodze zatrzymaliśmy się przy kamieniu w lesie, gdzie w czasach kontrreformacji swoje tajne nabożeństwa odbywali protestanci z Ustronia i okolic. Po krótkim odpoczynku w schronisku PTTK ruszyliśmy dalej, żeby zdobyć szczyt Równicy. Na tym odcinku, odkrytym, dzięki temu widokowym ale i wystawionym na podmuchy ostrego, zimowego wiatru, podziwialiśmy widok na Wielką Czantorię ale i przypomnieliśmy sobie, że zima to nie tylko wspaniale ośnieżone drzewa ale i przenikliwy ziąb. Po krótkim przystanku na szczycie zeszliśmy do położonej poniżej karczmy, żeby się ogrzać i uzupełnić płyny w organizmach. Do Ustronie Polany przez Orłową schodziliśmy znów wśród bajecznie zdobionych śniegiem i szadzią drzew.
Wróciliśmy do Chrzanowa trochę zmarznięci, ale zadowoleni z pięknego dnia w górach.

KP


Prelekcja: Illinois - nie tylko Chicago 14.01.2010

Kolejne spotkanie z przeźroczami zorganizowane przez koło Grodzkie PTTK poświęcone było wspomnieniom Kazimierza Pudo z podróży po amerykańskim stanie Illinois i największym jego mieście - Chicago.
Prawie 800 zdjęć z blisko miesięcznego pobytu w tamtych okolicach z komentarzem dało możliwość zbliżenia się do niezwykle ciekawego miasta znanego między innymi jako centrum Polonii, silny ośrodek przemysłowy, siedziba wielu wspaniałych muzeów a także słynnego z pięknej architektury. Niemniej ciekawe były uwiecznione na zdjęciach wspomnienia z bliższych i nieco dalszych okolic Chicago: muzeum kolei w State, browaru i wspaniałego muzeum sztuki współczesnej w Millwauke, lapidarium w Elmhurst, Fermilabu - laboratorium fizyki wysokich energii, licznych rezerwatów przyrody i parków stanowych.
W spotkaniu uczestniczyło 18 osób.

KP


Trzy Korony 03.01.2010

Chrzanowscy turyści górscy powitali Nowy Rok wyprawą na najpopularniejszy szczyt w Pieninach - Trzy Korony.
Nie przejmując się padającym śniegiem ruszyliśmy z Krościenka i wspięliśmy się najpierw na Górę Zamkową. Tam, na ruinach dawnego zamku wspomnieliśmy świętą Kingę, która według tradycji chroniła się tu przed Tatarami. Później weszliśmy na szczyt Trzech Koron (982 m npm), skąd można podziwiać wspaniałą panoramę, między innymi Tatr. Niestety, chmury przesłoniły widoki, nie przeszkodziły jednak we wzniesieniu symbolicznego toastu za pomyślność w Nowym Roku. Powrotna droga do Krościenka była trochę utrudniona przez skorupę lodową ukrytą pod cienką warstwą świeżego śniegu, ale wszyscy zeszli bezpiecznie, nie licząc kilku niegroźnych poślizgów.
Mimo nie najlepszych warunków (padający śnieg, oblodzenie, zachmurzenie) wycieczka była bardzo udanym rozpoczęciem roku turystycznego. Uczestniczyło w niej 19 osób.

KP


Magura Orawska - 20.09.2009r.

20 września 2009 r. odbyła się wycieczka na Słowację, na jedno z pasm Magury Orawskiej - Kubińską Holę.

Z parkingu na przełęczy Prislop na wysokości 808 m n.p.m. wyruszyliśmy czerwonym szlakiem grzbietowym, wzdłuż Kubińskiej Holi, w kierunku najwyższego szczytu - Minčola - o wysokości 1395 m n.p.m. Po drodze mijaliśmy rozległe łąki, z których rozpościerał się widok na Beskid Żywiecki. O tej porze roku trafiliśmy na wysyp grzybów. Nikt nie mógł się powstrzymać od zbierania. Po drodze nie brakowało też jagód. Ze szczytu Minčola można było zobaczyć okazałą sylwetkę Wielkiego Chocza oraz szczyty sąsiedniej Małej Fatry. Widoczne też były: Wielka Fatra oraz Tatry Zachodnie i Niskie. Po odpoczynku na szczycie doszliśmy do schroniska na Kubińskiej Holi. Stamtąd żółtym szlakiem zeszliśmy do Dolnego Kubina, gdzie czekał na nas autobus.

Piękna pogoda, miła atmosfera i ładne widoki były wspaniałym akcentem na pożegnanie lata.

M.G.

Zdjęcia z wycieczki na Magurę Orawską




Łysa Góra - 23.08.2009r.

Dnia 23. 08. 2009 r. oddział PTTK Chrzanów zorganizował wycieczkę do Czech na Lysą Horę - najwyższy szczyt Beskidu Śląsko-Morawskiego.

Autobusem dojechaliśmy do Malenovic koło Frydlantu nad Ostravicą. Wędrówkę rozpoczęliśmy spod hotelu "Petr Bezruč". Poczatkowo zielonym, a później niebieskim szlakiem doszliśmy na przełęcz Ivančena. Na przełęczy znajduje się kamienny kopiec poświęcony czeskim skautom rozstrzelanym przez gestapo. Prawdopodobnie w kopcu znajduje się kamień przywieziony z Księżyca przez załogę "Apollo 11" i podarowany czeskim skautom przez skautów ze Stanów Zjednoczonych.
Z Ivančeny niebieskim szlakiem doszliśmy na szczyt Lysej Hory (1323 m n.p.m.). Na samym szczycie znajduje się charakterystyczna wieża przekaźnikowa, sprawiająca, że góra jest rozpoznawalna z daleka. Oprócz wieży są jeszcze dwa prowizoryczne bufety. Istniejące wcześniej schroniska spłonęły i pomimo istnienia dobrej drogi dojazdowej, nikt ich nie odbudowuje. Mimo że sam wierzchołek jest mało atrakcyjny, to widoki z niego są imponujące. Nam udało się zobaczyć Śnieżnik, a przy lepszej przejrzystości powietrza widać Tatry.
Ze szczytu schodziliśmy czerwonym szlakiem przez grzbiet Lukšinca. Od Lukšinca już żółtym szlakiem doszliśmy do Malenovic, mijając po drodze pomniki przyrody: "Łąki pod Lukšincem" i "Ondraszkowe Dziury". W Malenovicach już czekał na nas autobus.

Zadowoleni i pełni wrażeń wróciliśmy do Chrzanowa.

M.G.

Zdjęcia z wycieczki na Łysą Górę




Wielki Rozsutec (Słowacja) - 26.07.2009r.

Wielki Rozsutec jest najpiękniejszym i najbardziej charakterystycznym szczytem w Małej Fatrze. Jego wysokość wynosi 1610m. n.m.p. Ze względu na bogactwo form skalnych i występowanie kilku gatunku endemitów utworzono tu rezerwat. Szczyt ten jest przez 9 miesięcy w roku niedostępny dla ruchu turystycznego.

Wędrówkę rozpoczęliśmy ze Štefanowej w dolinie Vratnej. Leśną ścieżką wzdłuż zielonego szlaku podchodziliśmy na przełęcz Medziholie. Stamtąd rozpoczęło się strome podejście na Wielki Rozsutec. Trasa wiodła przez skaliste zbocze. Droga ubezpieczona była łańcuchami i drabinkami. Ze szczytu rozciągał się niesamowity widok na okoliczne pasma górskie: Wielką Fatrę, Zachodnie i Niskie Tatry, Jaworniki i Beskid Żywiecki.
Zejście ze szczytu nie było już tak eksponowane. Łagodna ścieżka wśród kosodrzewiny doprowadziła nas na przełęcz Medzirozsutce pomiędzy Małym i Wielkim Rozsutcem. Z przełęczy niebieskim szlakiem przeszliśmy przez Horne Diery - skalisty wąwóz wydrążony przez przepływający dnem potok. Dla ułatwienia wędrówki w wąwozie zamontowano mostki, drabinki i łańcuchy. Odnosiliśmy wrażenie, że jesteśmy w Słowackim Raju. Na koniec doszliśmy do Štefanowej - naszego punktu wyjściowego na szlak. Tam czekał na nas autokar.

Wycieczka była bardzo udana. Udział w niej wzięły 42 osoby. Pogoda dopisała. Wspaniałe wrażenia na długo zostaną w pamięci.

M.G.

Zdjęcia z wycieczki na Wielki Rozsutec




Karkonosze - 19-22.06.2009

W dniach 19-22.06 2009 r. odbyła się wycieczka w Karkonosze. W wyjeździe wzięły udział 23 osoby.

Pierwszego dnia (w piątek 19.06) o godz. 6.00 wyruszyliśmy z Chrzanowa do Karpacza. Tam mieliśmy zarezerwowane noclegi. Po kilku godzinach jazdy zatrzymaliśmy się w Jaworze, gdzie mieliśmy w planie zwiedzanie ewangelickiego Kościoła Pokoju. Jest to zabytek wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Po wojnie trzydziestoletniej (w poł. XVII w.) wybudowano tylko trzy takie kościoły: w Jaworze, Świdnicy i Głogowie. Mogły być wykonane tylko z materiałów nietrwałych jak: drewno, słoma i glina. Kościół w Głogowie nie przetrwał do naszych czasów. Pozostałe dwa są obecnie największymi kościołami drewnianymi w Europie. Świątynia w Jaworze mogła pomieścić nawet 6 tys. osób. Po południu przyjechaliśmy do Karpacza. W tym dniu zdążyliśmy tylko zwiedzić sam Karpacz.

Następnego dnia wyruszyliśmy na najwyższy szczyt Karkonoszy - Śnieżkę (1602 m. n.p.m.). Przed wyjściem w góry zwiedziliśmy Świątynię Wang. Kościół ten został zbudowany na przeł. XII i XIII w. w Norwegii. W 1842r. król pruski Fryderyk Wilhelm IV odkupił światynię i sprowadził do Karpacza. Ustawiono ją w połowie drogi z Karpacza na Śnieżkę. Konstrukcja kościoła wykonana jest z drewna sosny norweskiej bez użycia gwoździ.
Po wizycie w Świątyni Wang wyruszyliśmy na szlak na Śnieżkę. Po drodze zatrzymaliśmy się w schronisku Samotnia nad Małym Stawem, a następnie w schronisku Strzecha Akademicka. Doszliśmy do Śląskiego Domu na Równi pod Śnieżką. Stamtąd zakosami weszliśmy na szczyt. Z powrotem schodziliśmy Doliną Łomniczki do Karpacza. Pogoda w tym dniu dopisała, kondycja i humory również.

Trzeciego dnia (w niedzielę 21.06) podjechaliśmy do Szklarskiej Poręby. Stamtąd wjechaliśmy kolejką linową na Szrenicę z zamiarem przejścia zachodniej części grani Karkonoszy. Szrenica powitała nas deszczem, który minął dopiero w okolicy Łabskiego Szczytu. Na trasie ze Szrenicy do Karpacza mijaliśmy wiele ciekawych formacji skalnych o równie ciekawych nazwach: Trzy Świnki, Twarożnik, Czeskie i Śląskie Kamienie, Ptasi Kamień, Słonecznik i Pielgrzymy. Po drodze było tylko jedno schronisko - Odrodzenie na Przełęczy Karkonoskiej. Po przejściu prawie 20 km dotarliśmy do Świątyni Wang, gdzie zakończyła się nasza wędrówka.

Ostatniego dnia dojechaliśmy do Sobieszowa, gdzie znajdują się ruiny zamku Chojnik. Zamek wybudował książę świdnicko - jaworski Bolko II Mały. Pierwsza udokumentowana wzmianka pochodzi z 1364 r. W 1675 r. zamek spłonął od uderzenia pioruna i nigdy nie został odbudowany. Następnie pojechaliśmy do Świdnicy, gdzie zwiedziliśmy drugi Kościół Pokoju. Świdnicka świątynia jest trochę większa (mieści 7,5 tys. osób), jest też bogaciej zdobiona. Gdy wyjeżdżaliśmy ze Świdnicy, rozpadał się deszcz. Na drugi dzień dowiedzieliśmy się, że Świdnica znalazła się pod wodą.

Podsumowując - wycieczka była bardzo udana, zobaczyliśmy najpiękniejsze partie Karkonoszy oraz najciekawsze zabytki regionu. Pogoda też była łaskawa. Jesteśmy bardzo zadowoleni.

M.G.

Zdjęcia z wycieczki w Karkonosze




Tatry - Dolina Kościeliska: Jaskinia Mroźna, Wąwóz Kraków, Jaskinia Smocza Jama - 21.06.2009


Jaskinia Mroźna

Jaskinia Mroźna

Wąwóz Kraków

Wąwóz Kraków

Wąwóz Kraków

Wąwóz Kraków

Wąwóz Kraków

Jaskinia Smocza Jama

Raptawicka Turnia

Rozmiar: 88183 bajtów

Foto: Wojtek Mikunda



Ukraina - Rumunia 22-26.05.2009

W dniach 22-26 maja odbyła się wycieczka na Ukrainę i do Rumunii. W piątkowy wieczór wyjechaliśmy z Chrzanowa. W sobotnie przedpołudnie dotarliśmy do Lwowa. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od obejrzenia panoramy miasta z najwyższego jego punktu, kopca Unii Lubelskiej. Pogoda była słoneczna, więc i widok wspaniały. Następnie udaliśmy się zwiedzać lwowską starówkę, której zwiedzanie zakończyliśmy w rejonie gmachu opery. Część uczestników wycieczki skorzystała z okazji i obejrzała jej wspaniałe wnętrza. Po odpoczynku w godzinach popołudniowych udaliśmy się w dalszą podróż do naszego głównego celu na Ukrainie, w pasmo górskie Czarnohora. W godzinach wieczornych dotarliśmy do Worochty, naszej bazy na Ukrainie.
Następnego dnia wybraliśmy się na górską wycieczkę na najwyższy szczyt Ukrainy, Howerlę 2061 m n. p. m. Naszym autobusem, drogą wzdłuż Prutu, dotarliśmy w rejon ośrodka "Zaroslak" u podnóża góry. Od tego miejsca rozpoczęło się podejście na szczyt. Droga początkowo wiodła lasem, ale po do dotarciu do dawnej granicy polsko-czechosłowackiej weszliśmy w kosówkę i zaczęły ukazywać się wspaniałe, górskie widoki. Im wyżej tym były rozleglejsze. Prawdziwe morze gór dookoła. Po wyjściu na pasmo połonin urządziliśmy sobie krótki odpoczynek przed atakiem szczytowym. Na połoninach oko oprócz wspaniałych gór cieszyły krokusy i sasanki. Zmęczenie na końcowym stromym podejściu i finiszowa wspinaczka po śniegu zostały wynagrodzone pięknymi widokami ze szczytu. Nacieszyliśmy się na szczycie otaczającym nas pięknem przyrody i trzeba było schodzić na dół. Schodziliśmy inną trasą, sąsiednim grzbietem, mijając po drodze w pobliżu źródła Prutu. Po zejściu do autobusu pojechaliśmy na do wypoczynkowej miejscowości Jaremce. Po krótkim pobycie wróciliśmy do Worochty.
Kolejnego dnia udaliśmy się w podróż do Rumunii. Przed nami był spory odcinek drogi przez ukraińskie góry i dolinę Czeremoszu. Widoki wspaniałe ale stan dróg pomińmy milczeniem. Granicę z Rumunią przekroczyliśmy w rejonie Siretu i wjechaliśmy na teren Bukowiny. Bukowina to przede wszystkim polskie wioski i malowane, średniowieczne monastyry. Niestety program wycieczki nie przewidywał odwiedzenia polskich wiosek. Byliśmy natomiast we wspaniałym monastyrze w Suczevicie. To olbrzymi, doskonale zachowany, obronny monastyr. Największe wrażenie robią doskonale zachowane malowane na zewnątrz i wewnątrz cerkwi freski przedstawiające sceny biblijne. Maja one swój specyficzny charakter, gdyż stroje ukazanych tam osób często przypominają miejscowe. Miejscowe są też krajobrazy. W większości ząb czasu nie naruszył ich piękna. Od monastyru trasa wycieczki wiodła przez piękne rumuńskie góry. Wjeżdżaliśmy na wysokie górskie przełęcze, aby zaraz być w dolinach rzek. Po drodze mijaliśmy inne monastyry i piękne rumuńskie wioski. Największe wrażenie na nas zrobiły widoki z najwyższej przełęczy Przysłop 1417 m n. p. m. oddzielającej Góry Marmaroskie od Rodniańskich. Wieczorem zmęczeni ale urzeczeni mijanymi widokami dotarliśmy do hotelu "Cerbul" w stacji narciarskiej Borsa, w sercu Gór Rodniańskich.
Ostatniego dnia opuszczaliśmy Borsę, zachwyceni pięknem Petrosula 2003 m n. p. m. najwyższego szczytu w okolicy. Wielu z nas postanowiło wrócić tutaj za rok. Byliśmy w rejonie Marmaroskim słynącym z pięknych cerkwi charakteryzujących się strzelistymi wieżami. Aby je obejrzeć udaliśmy się do Doliny Izy, gdzie są wioski, skanseny a ludność do dzisiaj chodzi na co dzień w regionalnych strojach. Byliśmy w Rozavlea i Boranie. Miejsca te zauroczyły wszystkich. Do domu było daleko, więc czas było ruszać w drogę powrotną. Niestety z powodu przedłużającej się odprawy celnej na granicy rumuńsko-węgierskiej nie udało nam się zrealizować ostatniego punktu wycieczki, a mianowicie pobytu na basenach w Miszkolcu-Tapolcy. Byliśmy natomiast w Tokaju, pięknym miasteczku słynącym z produkcji win. Po spacerze po starówce i konsumpcji miejscowych specjałów udaliśmy poprzez Słowację do Chrzanowa.

Wycieczka pokazała, że czas zmienić zdanie o Rumunii. Widać wiele zmian na lepsze. Kraj zmierza ku Europie... a krajobrazy są wspaniałe. Zapraszamy tam wszystkich chętnych za rok.

HB

Zdjęcia z wycieczki na Ukrainę i do Rumunii




Tatry - Dolina Gąsienicowa 24.05.2009


Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa Dolina Gąsienicowa

Foto: Wojtek Mikunda




Dolina Mnikowska z Kołem Grodzkim

W niedzielę 26.04.2009 r. zorganizowano wycieczkę w Dolinki Podkrakowskie w rejon Garbu Tenczyńskiego. Udział wzięło 16 osób. Pogoda dopisała, było ciepło, bezchmurne niebo i widoczne z daleka Beskidy z królującą nad nimi ośnieżoną Babią Górą.
Na poczatek zwiedziliśmy rezerwat Kajasówka koło Przegini Duchownej. Jest to zrąb tektoniczny w formie garbu o długości 2,5 km i szerokości kilkuset metrów z obu stron podcięty nieczynnymi już kamieniołomami. Przeszliśmy też niewielką jaskinię Przegińską znajdującą się w południowo-wschodniej części wzgórza.
Następnym punktem programu był Czernichów. To malowniczo położona w pobliżu Wisły wioska. Tam zwiedziliśmy najstarszą w Polsce, działającą do dziś, szkołę rolniczą ( trafiliśmy akurat na dzień otwarty). Szkoła ta została utworzona w 1860 r. W 1890 r. jeden z jej profesorów - dr Franciszek Stefczyk założył Spółdzielczą Kasę Oszczędności i Pożyczek. W Czernichowie zwiedziliśmy także kościół parafialny p.w. Św. Trójcy - pierwotnie gotycki z XV w., następnie przebudowany w XVII w. w stylu barokowym. Na koniec pobytu w Czernichowie udaliśmy się na szczyt wzgórza dominujacego nad okolicą, gdzie znajduje się zabytkowa kaplica różańcowa wybudowana na planie ośmioboku.
Z Czernichowa pojechaliśmy do rezerwatu Zimny Dół koło Baczyna. Jest to jeden z najmniejszych rezerwatów (zaledwie 2,22 ha). Na zboczu doliny występują ciekawe formy skalne tworzące labirynt. Skały porośnięte są wyjątkowo dorodnymi okazami kwitnącego bluszczu pospolitego. Także tu znajduje się jedyne na Jurze wywierzysko w jaskini.
Na koniec przyjechaliśmy do Doliny Mnikowskiej. Tutaj uczestniczyliśmy w uroczystej mszy św. w intencji Ojca Świetego Jana Pawła II, rozpoczynającej sezon turystyczny. Została odprawiona o godz. 14.00 w środkowej części doliny u podnóża skały, na której w 1863 r. Walery Eljasz Radzikowski namalował wizerunek Matki Boskiej. Głównym koncelebrantem był ksiądz Kazimierz Suder - ostatni żyjący kolega Karola Wojtyły z jednego roku w tajnym seminarium duchownym w Krakowie. Msze odbywają się corocznie na pamiatkę pobytu w Dolinie Mnikowskiej w dniu 27 kwietnia 1952 r. Karola Wojtyły. Wycieczka ta zapoczątkowała Jego póżniejsze wyprawy: "Od tej skały, od stóp Mnikowskiej Maryi rozpoczęło się wędrowanie Karola Wojtyły, kapłana - po górach, Polsce, a wreszcie po całym świecie". Po mszy i nieszporach wracaliśmy do Chrzanowa śpiewając jeszcze w autokarze pielgrzymkowe pieśni. Długo będziemy wspominać tak udaną wycieczkę.



Kajasówka

Kajasówka


Kajasówka

Kajasówka - nad kamieniołomem


Kajasówka

Kajasówka


Kajasówka

W lesie pod Kajasówką


Czernichów

W Czernichowie


Czernichów

Szkoła rolnicza - Czernichów


Czernichów

Kaplica różańcowa w Czernichowie


Zimny Dół

W Zimnym Dole


Dolina Mnikowska

W Dolinie Mnikowskiej




Krokusy - Dolina Chochołowska 26.04.2009


Krokusy Krokusy Krokusy Krokusy Krokusy Krokusy Krokusy Krokusy Krokusy Krokusy Krokusy

Foto: Wojtek Mikunda




Krakowski Kazimierz - nie tylko żydowski 15.03.2009

Jeden z chrzanowskich przewodników powiedział kiedyś, że turyści chrzanowscy nie jeżdżą na wycieczki do Krakowa, ale nie miał racji. Na krakowski Kazimierz wybrało się w niedzielę prawie 60 osób z Chrzanowa (nie wszyscy zmieścili się do autokaru - spotkaliśmy się w Krakowie).
Ale i temat wycieczki był ciekawy. Zwiedzaliśmy krakowski Kazimierz, przez setki lat niezależne miasto, konkurujące z Krakowem, założone przez króla Kazimierza Wielkiego w 1335 roku, gdzie z czasów założyciela zachowały się wspaniałe gotyckie kościoły Bożego Ciała i św św Katarzyny i Małgorzaty, gdzie bolesna historia splata się z legendami związanymi z męczeńską śmiercią św Stanisława na Skałce a wzgórze to jest także miejscem ostatniego spoczynku najbardziej zasłużonych dla polskiej sztuki, kultury i nauki, gdzie wreszcie pozostały liczne ślady po żyjących tu ponad 500 lat i rozwijających bogatą kulturę żydach.
Byliśmy w najstarszej synagodze - Starej - gdzie prezentowane są materialne pamiątki kultu i życia codziennego żydów, odwiedziliśmy Muzeum Galicja upamiętniające miejsca w dawnej Galicji, gdzie żydzi żyli i gdzie ginęli a także tych, którzy byli gotowi poświęcić życie dla ich ratowania podczas Holocaustu, odwiedziliśmy czynne do dziś synagogi Remu i Tempel oraz najstarszy zachowany cmentarz Remu.
W chrześcijańskiej części Kazimierza odwiedziliśmy kościół Bożego Ciała, gdzie spoczywa błogosławiony Stanisław Kazimierczyk i słynny artysta włoskiego renesansu Bartolomeo Berrecci, kościół na Skałce z pamiątkami po św Stanisławie biskupie męczenniku i kryptę zasłużonych. Spacerując po pamiętających minione stulecia uliczkach Kazimierza mieliśmy okazję odetchnąć ich atmosferą, i dotknąć historii - naszej historii.
Kilka fotografii z wycieczki na blogu Marka Bogusza.
KP



Zimowa Babia Góra (1725 m npm) w dniu bab 08.03.2009

Jak co roku, w okolicy Dnia Kobiet zaprosiliśmy baby i nie tylko na Babią Górę. Informując o tej wycieczce mówiliśmy zawsze uczciwie, że to impreza dla twardzieli a nie słabej płci, ale i tak pań na wycieczce było 10. Nie dały się nastraszyć.
Ruszyliśmy na szlak z przełęczy Krowiarki. Było widać gołym okiem, że nie będzie lekko. Grzbiet był w chmurach, pruszył śnieżek, spodziewaliśmy się wiatru na odsłoniętym grzbiecie, na ścieżce było trochę kopnego śniegu i od czasu do czasu zapadaliśmy się.
Na Sokolicy okazało się, ze obawy były słuszne: wiało nieprzyjemnie. Wiatr niósł świeży śnieżek, który tworzył spore zaspy. Na szczęście był na tyle silny, że usypywał dwumetrowej nieraz wysokości zaspy i od razu je ubijał, tak, że nie zapadaliśmy się zbyt głęboko. Na razie widać było wyraźnie przetartą drogę. A dalej było coraz gorzej. Wiało coraz mocniej i wiatr niósł drobiny mgły, tak, że widoczność spadała do kilku metrów, świeże ślady poprzedników były zamiecione dokładnie, zachowały się tylko w niektórych miejscach stare odciski butów w zlodzonej skorupie, w miejscach zagłębionych zbierały się masy świeżego puchu, zakrywając dokładnie jakiekolwiek stare ślady. Problem orientacji stał się poważny. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, żeby policzyć, czy ktoś nie został w tyle. Wreszcie, po ponad 3 godzinach marszu, weszliśmy na szczyt. A tam była już grupa turystów z Andrychowa. Podobnie jak my, co roku wychodzą z okazji Dnia Kobiet na Babią.
Zejście na Markowe Szczawiny przez przełęcz Brona jest krótkie i szybkie. A tam było już spokojnie. Posiedzieliśmy przy GOPRówce (nowy budynek schroniska już stoi, ale nie wykończony), otrzepaliśmy sople z bród, włosów i plecaków i zeszliśmy czarnym szlakiem do Podryzowanej.

To była pełna niecodziennych wrażeń wycieczka. Zapamiętamy ją na długo.

Zdjęcia na blogu Marka Bogusza - popatrzcie koniecznie!
KP


Walentynki w Krynicy 14-15.02.2009

Od kilku lat odwiedzamy zimą Krynicę. Jeździmy tam na narty, na łyżwy, na górskie spacery, w tym roku jeszcze na walentynkową zabawę.
W tym roku Krynica powitała nas zasypana śniegiem. Spacer na Górę Parkową i do centrum uzdrowiska po pięknie ośnieżonym lesie był pełen uroku. Przy pomniku Nikifora Krynickiego zrobiliśmy sobie zdjęcie rodzinne.
A na wieczór pozostał jeszcze punkt rozrywkowy - walentynkowy. Wybraliśmy się do Hydropatii, gdzie grał nasz krajan - Kazimierz. A grał nieźle - sam z pomocą sprzętu wystarczył za całą orkiestrę, a przede wszystkim świetnie śpiewał. Piosenkami Niemena w jego wykonaniu byłem zachwycony. No i można było potańczyć.
W niedziele pojechaliśmy do Czarnego Potoku. Narciarze poszli szaleć na stoku, kilka osób wyjechało kolejką na Jaworzynę Krynicką a pozostali wybrali piesze wejście do schroniska. Droga nie była zbyt dobrze przetarta, ale zapadaliśmy się w śniegu najwyżej po kostki, więc nie przejmowaliśmy się tym. Las zasypany śniegiem był piękny, na świerczkach tworzyły się różne fantastyczne kształty. W schronisku odpoczęliśmy, posililiśmy się, kilka osób zdobyło szczyt. Ale, niestety wkrótce trzeba było wracać.

Było pięknie, szkoda, że tak krótko.

KP
Krynica



W Bukowinie Tatrzańskiej - spacer po górkach i basen 01.02.2009

Wybraliśmy się do Bukowiny Tatrzańskiej, żeby odwiedzić otwarty przed kilkoma tygodniami zespół basenów termalnych. Ale przed kąpielą urządziliśmy sobie mały spacer.
Piękną, śnieżną drogą z przystanku Wierch Poroniec ruszyliśmy do Rusinowej Polany. Było cudnie: słonecznie, śnieżnie, po prostu - marzenie. Na Rusinowej Polanie zatrzymaliśmy się na 40 minut, żeby nasycić oczy widokami. Co prawda widoczność nie była idealna, niektóre szczyty chowały się w chmurkach, ale i tak zachwyceni podziwialiśmy panoramę.
Kiedy przyszła pora zeszliśmy przez Wiktorówki na Zazadnią a stąd już prosto pod basen.
Woda do basenów wydobywana jest z głębokości 3780 m, ma temperaturę 64,5 C (oczywiście jest trochę chłodzona, zanim do niej wejdą ludzie) i mineralizację 1,5 g/l (siarczanowo-chlorkowo-wapniowo-sodowa). Liczne baseny (także trzy na otwartym powietrzu - w zimie rewelacja), bulgotniki, sauny, bar - wszystko dla kochanego klienta, szczególnie z pękatym portfelem. Wejście na 2,5 godz kosztuje 35 zł, ale warto.
Fotki ze spaceru na Rusinową Polanę na blogu Marka Bogusza.

KP


RELACJA Z WYJAZDU NA PUCHARU ŚWIATA W SKOKACH NARCIARSKICH
ZAKOPANE 15 - 17 STYCZNIA 2009

Na tę największą imprezę sportową w Polsce z PTTK w Chrzanowie w tym roku pojechało 18 osób aby kibicować skoczkom i jeszcze raz odczuć atmosferę panującą na skoczni. Pojechaliśmy na drugi konkurs nocny (sobota). Przy światłach jupiterów, bezwietrznej pogodzie i niewielkim mrozie oglądaliśmy skoczków na żywo. Byli wśród nas tacy którzy na skoki już jeździli wcześniej i chcieli jeszcze raz przeżyć tą wspaniałą atmosferę a byli też tacy którzy na skokach byli po raz pierwszy - i byli zachwyceni tym co zobaczyli. To że nasz Adam zajął dopiero 12 miejsce nie przeszkodziło wspaniałej zabawie na skoczni i wokół niej.


Rozmiar: 91395 bajtów


Ziemia Chrzanowska 11.01.2009

Zimą, kiedy pogoda niepewna, zwiedzamy Ziemię Chrzanowską. Na pierwszej w roku wycieczce z tego cyklu było 7 osób.
Ruszyliśmy z Alei Henryka i koło Fabloku (lokomotywa przed fabryką jest niezłym tłem do fotografii), przez Rospontową (przy kościele stoi tam pierwszy pomnik błogosławionego Maksymiliana Kolbe), poszliśmy w kierunku Żelatowej. Z bezpiecznej odległości obejrzeliśmy kamieniołom i ruszyliśmy przez las w stronę stromego zbocza Żelatowej. Wspięliśmy się w pocie czoła (było trochę ślisko) na Gory a potem na szczyt. Niestety, widoków raczej nie było, bo pogoda była nieszczególna, pochmurna i mglista.
Grzbietem Żelatowej doszliśmy do Pogorzyc a dalej do dawnego kamieniołomu. Tam rozpaliliśmy na śniegu ognisko i upiekliśmy kiełbaski.
Dalej znów przez las doszliśmy na Źrebce i do Wapiennika gdzie podziwialiśmy stary piec wapienniczego a dalej do Kościelca, i wkrótce wróciliśmy do domu.

Mimo nienajlepszej pogody to był przyjemny dzień. Trochę się poruszaliśmy i zobaczyliśmy coś ciekawego.

KP

Powrót na górę



Autor strony: Wojtek Mikunda