RELACJE 2021

Bieszczady 24-27.06.2021.

Kolejna wycieczka w Bieszczady znów zgromadziła komplet uczestników pomimo nadal hulającego wirusa COVID 19. Ale prawie wszyscy już się zaszczepili, więc mogliśmy pojechać bezpiecznie.

Jak zwykle wycieczka zaczęła się we czwartek od lekkiej (w założeniu) rozgrzewki (!) przed dłuższymi trasami. W Zagórzu odwiedziliśmy sanktuarium Matki Bożej Zagórskiej, ruiny klasztoru karmelitów bosych z pięknym widokiem na Osławę, stary cmentarz – miejsce spoczynku między innymi dawnych właścicieli miasta (m.in. Gubrynowiczów), karmelitów bosych z zagórskiego klasztoru, powstańców styczniowych … potem nowy cmentarz, gdzie zatrzymaliśmy się przy masowej mogile żołnierzy WOP zamordowanych przez UPA w Jasielu w marcu 1946 r, cerkiew Archanioła Michała w Wielopolu. I tu już rozpoczęła się wędrówka szlakiem przez pola i lasy. Zrazu pól było zdecydowanie więcej i to, co miało być lekką rozgrzewką, okazało się gorącą łaźnią. Było, krótko mówiąc, upalnie. Nawet nie trasa – niezbyt długa i przeważnie dość łagodna ale właśnie upał dał się nam we znaki. A jeszcze zapowiedź niedługiej, łatwej wycieczki sprawiła, że wielu uczestników zaopatrzyła się w płyny w niedostatecznej ilości. Efekt był taki, że bardzo wiele osób było solidnie zmęczonych a kilka skarżyło się na mdłości. Ale trzeba jednak napisać kilka słów o trasie. Zielonym kolorem oznaczony szlak turystyczny PTTK wiedzie, jako się rzekło, zrazu polami, potem lasami i, muszę to wytknąć, w kilku miejscach jest oznakowany fatalnie. Wprowadza na podmokłą, zakrzaczoną łąkę bez ścieżki, podczas, gdy tuż obok jest wygodna droga leśna. W innych miejscach też mylnie kieruje. Przejście przez las – podczas upału dający nieco oddechu w cieniu – jest umiarkowanie atrakcyjne, pozbawione widoków. Ale na rozchodzenie przed zdobywaniem bieszczadzkich szczytów nadaje się – gdyby nie ten upał. W końcu jednak wszyscy doszli do Leska, przeważnie zdążyli nawet ochłodzić się lodami lub brodząc w Sanie. Po zebraniu się ruszyliśmy autokarem do bazy w Bystrem koło Baligrodu.

W tym ośrodku byliśmy już w ubiegłym roku, podobało się nam i znów tu zawitaliśmy. Po przybyciu na parking zostaliśmy przywitani przez liska, z którym poznaliśmy się przed rokiem. Kolacja (smaczna i obfita), zakwaterowanie, kąpiel i prawie wszyscy wrócili do sił. Wieczorem było jeszcze dość czasu na uzupełnienie płynów w organizmach – to było potrzebne wszystkim.

Na piątek zaplanowane było wejście na Wielką Rawkę. I ten zamysł zasadniczy nie zmienił się, ale ze względu na znów zapowiadane upały, Waldek podjął decyzję o przejściu w odwrotnym kierunku w stosunku do planu (żaby było mniej podchodzenia). Tak więc podjechaliśmy na Przełęcz Wyżniańską i stąd ruszyliśmy do Bacówki PTTK pod Małą Rawką. Wkrótce tam doszliśmy i zatrzymaliśmy się na krótką chwilę. Ktoś coś zjadł, ktoś coś wypił a wielu fotografowało wylegującego się przed wejściem do Bacówki kota – wyjątkowo okazałego i pięknego. Wkrótce ruszyliśmy dalej i po pierwszym, dość łagodnym odcinku zaczęliśmy się piąć coraz stromiej w górę. Na szczęście powietrze miało temperaturę nieco niższą niż wczoraj, podchodziliśmy w cieniu buków i nawet dało się odczuć lekki wiaterek – w sumie podejście nie było tak męczące, jak się obawialiśmy.

Na Małej Rawce odetchnęliśmy chwilę, rozejrzeliśmy się dokoła i ruszyliśmy w stronę widocznego już szczytu Wielkiej Rawki. Wiatr wiał już całkiem konkretnie, wysokie trawy pięknie falowały. Niebo zasnuło się chmurami i nawet obawialiśmy się, czy nie skończy się to burzą. Ale na szczycie trzeba było się zatrzymać. Widoczność, co prawda, była ograniczona przez chmury, ale gniazdo Tarnicy, Połoniny Caryńską i Wetlińską, szczyty pasma granicznego widać było wyraźnie. Oprócz podziwiania widoków trzeba też było posilić się i uzupełnić płyny w organizmach. Wszystko to skracaliśmy jednak ze względu na niepewną przyszłość. Zejście z Wielkiej Rawki w stronę Ustrzyk Górnych to początkowo długi ciąg stopni ułożonych z drewnianych belek. W ogóle nie kocham stromych zejść a po takich schodach to już zupełnie. Ale nie było innej drogi, trzeba było zacisnąć zęby i turlać się w dół. Na dnie doliny pozostało jeszcze przejście odcinka drogi asfaltowej i już osiągnęliśmy upragniony cel: Bar Kremenaros. Tu można usiąść na ławie pod wiatą, coś zjeść i wypić, odpocząć po trudach wędrówki. I to było przyjemne zakończenie trasy.

Po powrocie do bazy w Bystrem zjedliśmy obiad i było jeszcze dość czasu na spacer doliną.

W sobotę spodziewana była burza, więc Waldek zadecydował o radykalnej zmianie programu i zaproponował odwiedziny w Cisnej. Zgodziliśmy się (prawdę mówiąc nie pytał o zgodę – takie jego zbójeckie prawo). Kiedy zajechaliśmy do Cisnej podeszliśmy najpierw na cmentarz, aby wspomnieć ludzi, którzy wpisali się na trwałe w krajobraz bieszczadzki: Zdzisława Radosa, Bogdana Nabrdalika, Ryszarda Denisiuka, Janusza Zubowa, potem pod pomnik „Obrońcom Cisnej i okolic przed Ukraińską Powstańczą Armią 1944-1947” – Waldek dużo opowiada o tych tragicznych czasach. Wreszcie ruszyliśmy w górę ścieżką Jeleni Skok. Niedługa, dość przyjemna trasa doprowadziła nas do wieży widokowej na Mochnaczce (777 mnpm). Było nas sporo a wejście na wieżę jest ograniczone do kilku osób, musieliśmy więc czekać na swoją kolej. Widok z wieży jest ograniczony przez rosnące wciąż drzewa – wolne jest około 1/3 obwodu okręgu. Podobno widać znacznie więcej – także Rawki i Połoninę Caryńską – ale nam udało się dostrzec Krzywe i Strzebowiska bo resztę spowiły chmury. I właśnie te, a także inne chmury po chwili dały z siebie to, co zwykle chmury dają – deszcz. Zaczęliśmy pospiesznie schodzić, żeby nie być na szczycie, gdy nadejdzie burza. I to nam się udało. Ale zachować suche buty – już nie. Ulewa była potężna i choć niezbyt długa to i tak nas zmoczyła (oczywiście każdy miał pelerynę). Atrakcją było przejście przez nagle wezbrany Żwir. A w Cisnej – już po burzy i nawet wyszło Słońce. Można było usiąść na chwilę i wykręcić skarpety a potem zajść do którejś z rozlicznych karczem, by uraczyć się lokalnym specjałem („lokalne” piwa warzone są w browarach w całej Polsce oprócz piw Ursa Maior warzonych w Uhercach Mineralnych) lub czymś standardowym. W centrum Cisnej liczba lokali gastronomicznych jest chyba większa niż wokół krakowskiego Rynku a każdy próbuje stworzyć „klimat”. Najsłynniejsza jest, oczywiście, Siekierezada. Kiedy czas dany przez szefa dobiegł końca zebraliśmy się w autokarze i wróciliśmy do bazy na nieco wcześniejszy obiad.

Po obiedzie Waldek zaprosił nas jeszcze na spacer doliną Rabiańskiego (lub Rabskiego) Potoku. Doszliśmy do rezerwatu Gołoborze a dalej do cudownego źródła bijącego pod kapliczką Synarewo. A potem wróciliśmy do bazy, by przygotować się do wieczornego spotkania przy ognisku. I znów, jak każe tradycja, były kiełbaski, kaszanka, napoje, wspólne śpiewy przy akompaniamencie znakomitego gitarzysty Jacka i nawet tańce. Było wesoło. A wkoło krążył nasz znajomy lisek i nawet pozował do zdjęć ale głównie czekał na kawałek kiełbaski.

W niedzielny poranek opuściliśmy Bystre i po krótkim przystanku przy sklepie w Baligrodzie oraz w przy galerii Zdzisława Pękalskiego w Hoczwi (niestety tylko spojrzeliśmy przez płot) pojechaliśmy do Ustrzyk Dolnych. Stąd ruszyliśmy na ostatnie krótkie przejście górskie – na Kamienną Lawortę (751 m npm) i stąd z powrotem do miasta. To bardziej spacer niż wycieczka górska, więc kilku zawziętych poszło dalej by przez Wielkiego i Małego Króla obejść miasto prawie dokoła.

Tak, czy inaczej wszyscy trafili w końcu do restauracji Niedźwiadek. Jadło dają tam smaczne (próbowałem kiełbasek baranich – polecam) ale prawie 16,00 zł za halbę piwa Ursa Maior to zdecydowana przesada. Na koniec wizyty w Ustrzykach trafiła się nam jeszcze jedna ciekawostka: stojąc na parkingu obok dworca kolejowego zauważyliśmy spacerującą po przeciwnej stronie torów łanię. Nic sobie nie robiła z miejskiego otoczenia, licznych gapiących się na nią ludzi, przejeżdżających kilkanaście metrów od niej samochodów – spokojnie paradowała pozując do zdjęć – i niczego za to nie chciała!

Ale wreszcie trzeba było pożegnać Ustrzyki i skierować się w stronę domu. Jeszcze ostatnia atrakcja w drodze powrotnej – wejście do ruin zamku Sobień z pięknym widokiem na San i potem szybko do domu. Niestety, szybko się nie dało: pod Krakowem na autostradzie przez godzinę wlekliśmy się w korku. Ale i to przetrwaliśmy i w Chrzanowie żegnaliśmy się pełni wrażeń z bieszczadzkich szlaków i wspólnie spędzonych chwil.

KP.

Lackowa 03.06.2021.

Lackowa (997 m npm) to góra ani specjalnie wysoka, ani wyjątkowo urodziwa, ani widokowa ale ma jeden niepodważalny walor: jest najwyższa w Beskidzie Niskim. I to skłoniło sporą grupę turystów górskich z naszej okolicy do udziału w niedzielnej wycieczce. To było widoczne – kilka osób miało na sobie koszulki Klubu Zdobywców Korony Gór Polski a kilka innych towarzyszyło im, by je zdobyć. I bardzo dobrze, zawsze w nieco większym gronie jest przyjemniej.

Ale Waldek przygotował w programie znacznie więcej niż tylko zdobycie szczytu z listy najwyższych w poszczególnych pasmach. Zaczęliśmy od przystanku w Brunarach, przed dawną cerkwią św Michała Archanioła. Ta drewniana, zbudowana w XVIII wieku, później przebudowana świątynia, obecnie kościół katolicki parafii Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej w roku 2013 została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zrobiliśmy tu kilka zdjęć z zewnątrz i we wnętrzu i pojechaliśmy dalej. W Izbach musieliśmy chwilkę poczekać, nim nie przeszła procesja z okazji Bożego Ciała i wkrótce pojechaliśmy jeszcze trochę dalej – do parkingu, gdzie można było wygodnie wysiąść i zebrać się do marszu.

Podejście na Lackową, dnem doliny, potem, od Przełęczy Beskid jeszcze przez chwilę łagodne, wkrótce nabiera dynamiki i w pewnym momencie staje się, jak to Waldek określił „ścianą płaczu”. Jednak daliśmy radę i nie zauważyłem, żeby ktoś płakał, choć były z nami nawet dzieci i to dość małe (ale już zdobywające Koronę Gór Polski). Równolegle z naszą grupą wychodziło sporo innych turystów, w tym z pieskami, które też sobie nieźle radziły. Na szczycie ustawiła się kolejka do stanowiska z pieczątką obowiązkową w książeczce potwierdzającej zdobycie szczytów. Była też chwila na odpoczynek i posiłek (z własnych zapasów), zdjęcia indywidualne i grupowe. Tylko, jak się rzekło, nie było podziwiania widoków, bo góra jest zadrzewiona i nic z niej nie widać. Podczas schodzenia, jeśli ktoś dobrze się rozglądał, mógł przez moment między drzewami dojrzeć Busov (1002 m npm – najwyższy w słowackiej części Beskidu Niskiego).

Zejście ze szczytu w kierunku Przełęczy Pułaskiego też jest, na pewnym odcinku dość strome, choć nie aż tak, jak ze strony zachodniej. A na tej przełęczy opuściliśmy Główny Szlak Beskidzki i rozpoczęliśmy zejście doliną Białej, począwszy niemal od jej źródeł. Przejście drogą, która jest równocześnie korytem potoku (zrazu niewielkiego, potem coraz okazalszego) sprawia nieco trudności, ale cóż to dla nas – wytrawnych turystów. Kiedy potok zmienił się w rzeczkę dało się zauważyć kilka przegradzających jej bieg zapór, skonstruowanych przez bobry. Zręcznie poukładane gałęzie, pnie z wyraźnymi śladami zębów, ulubione przez te zwierzęta rozlewiska – wszystko to przekonuje o działaniu tych gryzoni.

Po dojściu do Bielicznej zatrzymaliśmy się, żeby odetchnąć spokojnie w pięknym otoczeniu. Bieliczna to nazwa historyczna, tej wsi już nie ma ale pozostała dawna cerkiew (również pod wezwaniem św Michała Archanioła) z końca XVIII wieku i zarastający cmentarzyk. No i piękny widok na masyw Lackowej. W ciepłym, słonecznym dniu warto było pozostać tu dłuższą chwilę. Nie wszyscy potrafili docenić urok tego miejsca.

Po powrocie do Izb zatrzymaliśmy się na chwilę przy sklepie – bo lody, napoje … a potem podjechaliśmy do ostatniej w tym dniu dawnej cerkwi – wymurowanej w 1888 r cerkwi św Łukasza Ewangelisty. Kolejna piękna sylwetka i ciekawe wnętrze zachęcały do serii fotografii.

Dla mnie to właśnie dziedzictwo kulturowe i mało skażona przyroda są atrakcjami tych gór – jak sama nazwa wskazuje – niskich.

KP.

Istebna Zaolzie 30.05.2021.

Małgosia zaproponowała wycieczkę do Trójwsi Beskidzkiej i propozycja spotkała się z ciepłym przyjęciem. I bardzo dobrze, bo dzień wycieczki był chłodny i pochmurny.

Zaczęliśmy od Parku Wodnego Olza w Istebnej (rzeczywiście zlokalizowanego nad Olzą – w tym miejscu malutką). To całkiem przyjemne miejsce, choć nie tak rozdęte jak podhalańskie parki wodne. Dwie godziny (na taki czas kupiliśmy bilety) można tu spędzić bardzo atrakcyjnie. W głównej niecce można popływać (jeśli nie jest zbyt tłoczno), są tu różne rodzaje masaży wodnych, jest rwący potok, jest rura do zjazdów (nawet dla małych dzieci, bardzo wolna, szczególnie na początku), jest jaskinia solna, sauna sucha i wilgotna. Obok – niewielki stok zjazdowy (ale to zimą), restauracja (skorzystaliśmy), hotel. Całość zadbana i dobrze utrzymana.

Z Istebnej przejechaliśmy do przysiółka Jaworzynki – Trzycatek. Tu z parkingu przeszliśmy niecały kilometr by dotrzeć do Trójstyku. Ta nazwa oznacza miejsce, gdzie stykają się granice Polski, Czech i Słowacji. Dokładnie ten punkt znajduje się na dnie głęboko wciętego wąwozu, którym płynie niewielki potok, dojście tam jest niewygodne, ale tuż obok, na terenie każdego z trzech stykających się państw ustawiono obeliski z godłami państwowymi, które stanowią dobre tło do fotografii, także zbiorowych.

Po powrocie do busa pojechaliśmy do ostatniej wsi z kompletu Trójwsi – Koniakowa. Tu Małgosia umówiła nas w Centrum Pasterskim. W głównym budynku na parterze jest tam mini-stajnia z kilkoma owcami (do oglądania, głaskania i do „aromatyzacji” budynku) a na piętrze – spora sala edukacyjna. Solidnie przygotowana ekspozycja prezentuje na tablicach i w naturze różne tematy związane z pasterstwem. Na oglądanie ekspozycji nie trzeba się umawiać i jest to bezpłatne ale my mieliśmy zaplanowaną dodatkową atrakcję: prelekcję i pokaz produkcji bundzu. Bardzo kompetentna bacowa (choć można by ją też nazwać menadżerką, bo oprócz wiedzy o owcach i wypasie musi się swobodnie poruszać w gąszczu rozmaitych przepisów – prawnych, nie kulinarnych – krajowych i unijnych) opowiedziała nam o różnych aspektach gospodarki pasterskiej ze szczególnym uwzględnieniem produkcji serów. Na początku spotkania do przyniesionego cebrzyka owczego mleka wlała klag, za chwilę oddzieliła ser od serwatki do odsączania a pod koniec prelekcji już nas częstowała znakomitym bundzem. W międzyczasie mieliśmy także okazję degustacji różnych bardziej przetworzonych serów owczych (oscypków …). To było bardzo kształcące i smakowite spotkanie. A po nim można było w sklepiku na dole kupić coś z szerokiej gamy produktów firmy.

I pozostało nam jeszcze jedno miejsce do odwiedzenia w ramach bogatego programu wycieczki: Ochodzita (895 m npm). To szczyt górski, nazwany nawet w Wikipedii wybitnym (wybitność 128 m), ale dla zwykłego turysty zdobycie go to zdecydowanie spacerek, bo od parkingu trzeba pokonać „oszałamiającą” różnicę wysokość – 60 m. Ale warto ten spacerek odbyć, bo miejsce na szczycie jest wyjątkowo widokowe – jeśli są warunki po temu, oczywiście. My, niestety, nie mieliśmy szczęścia i między nisko zalegającymi chmurami widać było tylko niewielkie fragmenty otaczających pasm górskich. A do tego podczas zejścia musieliśmy wyciągać nogi, bo zaczął padać deszcz. W karczmie obok parkingu (a może to parking jest obok karczmy?) było pełno, ale na zewnątrz, pod szerokim okapem były wolne stoliki i można było usiąść w suchym miejscu i coś wypić a nawet zjeść. Tego nam było trzeba.

A potem już tylko wracaliśmy do Chrzanowa, w którym pogoda tego dnia była jeszcze gorsza.

KP.

VII spływ kajakowy koła Grodzkiego na Rudzie 23.05.2021.

Kto słyszał o rzece Rudzie ? Ten niedługi (52 km) dopływ Odry nie jest szeroko znany. Jednak myliłby się ten, kto lekceważyłby tę rzekę jako trasę kajakarską. Przekonaliśmy się o tym podczas VII spływu kajakowego koła Grodzkiego.

Tym razem uczestników spływu było nieco mniej niż zazwyczaj (niektórzy jeszcze boją się wirusa, inni spanikowali słysząc nie najlepsze prognozy pogody) ale nie przejęliśmy się i ruszyliśmy śmiało na rzekę. Start był z przedmieścia Rybnika o wdzięcznej nazwie Stodoły. Ponieważ wodowano kajak po kajaku już od startu flotylla rozciągnęła się dość znacznie – i dobre, jak się później okazało.

Teraz opiszę pokrótce rzekę Rudę. Na docinku, który przemierzyliśmy nie jest ona zbyt szeroka – nigdzie nie ma więcej niż 10 m, ale za to bardzo kręta. Skutkiem tego jest nieustanna konieczność sterowania kajakiem. Nie ma gdzie odłożyć wioseł i zdać się na niesienie prądem rzeki, bo łatwo można trafić dziobem w brzeg lub coś innego. A to coś innego, to kolejny efekt meandrowania rzeki: leżące licznie w poprzek koryta drzewa powalone po podcięciu brzegu przez nurt. Taka przeszkoda to zawsze zagadka: czy uda się ją ominąć, czy przepłynąć pod pniem kładąc się w kajaku, czy przesunąć nad płytko zanurzonym pniem czy wreszcie trzeba przenieść kajak po brzegu. A nurt niesie, rzeka zakręca i czasem niełatwo szybko zdecydować jaka technika jest najlepsza. Efektem może być zatrzymanie się na przeszkodzie a dalej – nieplanowana kąpiel i potem wylewanie wody z kajaka. Tak było. I tu właśnie pokazała się zaleta pływania z dala od innych załóg: ci, którzy preferowali bliskie kontakty, mieli na przeszkodach trudniej. Poza naturalnymi przeszkodami napotkaliśmy na trasie spływu most, pod którym woda spływa po głazach ze znacznym spadkiem – dało się przez to miejsce przepłynąć pozostawiając w kajaku tylko tylnego załoganta (odciążony przód łatwiej przepływał po bystrzach) oraz zaporę elektrowni wodnej, gdzie już nie było wyjścia innego niż na brzeg z kajakiem. Po tej ostatniej atrakcji pozostało już niezbyt daleko do mety naszego spływu w Rudzie Kozielskiej. Na tych, którzy zamoczyli się tak czy inaczej (zdecydowana większość) czekało w autokarze suche odzienie (jeśli ktoś przezornie sobie takie przygotował).

Ale koniec spływu nie oznaczał końca wycieczki. Po zebraniu wszystkich wymoczków przejechaliśmy do Rud, gdzie Zbyszek umówił nas na zwiedzanie pocysterskiego zespołu klasztorno – pałacowego. Ksiądz Piotr (nie wyglądał) oprowadził nas po parku i wnętrzach Starego Opactwa oraz zaprosił do odwiedzenia kościoła. Weszliśmy tam indywidualnie po obiedzie. Kościół jest piękny a cały zespół bardzo ciekawy, doskonale utrzymany i dość licznie odwiedzany.

Na zakończenie zajechaliśmy do Rybnika. Spacerowaliśmy po mieście pod kierunkiem Zbyszka i zobaczyliśmy między innymi Zamek (obecnie siedziba sądu), Rynek z Ratuszem, kościół Matki Boskiej Bolesnej i bazylikę św Antoniego. Ta ogromna, neogotycka świątynia wywiera potężne wrażenie, choć dla mnie neogotyk to zawsze imitacja. Ogólnie Rybnik nie oszałamia (wczoraj byłem w Krakowie – mam porównanie) ale warto tam zajrzeć na godzinkę lub dwie.

I tyle – różnorodnie, bogato. Już się umawiamy na dwudniowy spływ w lipcu.

A pogoda była całkiem przyzwoita.

KP.

Wieczór pod gwiazdami na Wawelu 22.05.2021.

Planowaliśmy ambitnie w kalendarzu na rok 2021. wycieczkę do Krakowa w lutym, jednak epidemia, zakazy … i nie dało się. Kiedy więc władza poluzowała obostrzenia, postanowiliśmy odwiedzić małą grupą Kraków. Dodatkowym motywem wyjazdu był program specjalny „Wieczór pod gwiazdami na Wawelu” obejmujący pokaz multimedialny na dziedzińcu zamkowym oraz zwiedzanie ekspozycji „Wszystkie arrasy króla. Powroty 2021-1961-1921” „Cranach na Wawelu” i skarbca królewskiego z nowymi nabytkami oraz części zbrojowni.

Tak więc w sobotnie popołudnie wyjechaliśmy z Chrzanowa spoglądając na niebo, z którego, według prognoz lada chwila mogło coś padać. Na szczęście było słonecznie aż do zachodu a i potem jeszcze dość długo bez deszczu.

Nasz pobyt w Krakowie rozpoczęliśmy na Placu Jana Matejki. Stąd pod Bramą Floriańską i ulicą Floriańską doszliśmy na Rynek Główny. Tu widoczny już był efekt poluzowania: po całej połaci Rynku spacerowali turyści i mieszkańcy (na pierwszy rzut oka niełatwo odróżnić), w ogródkach było prawie pełno. Po krótkiej prelekcji na temat rozeszliśmy się, by spokojnie wypić kawę czy coś innego przy stoliku albo chociaż odwiedzić toaletę. Po zebraniu się ruszyliśmy dalej – ulicą Grodzką, potem Kanoniczą, krótko mówiąc: drogą królewską.

Po dojściu do Wawelu nastąpił moment zawahania, bo Brama Herbowa była zamknięta. Okazało się, że na okoliczność wieczornego zwiedzania otwarto rzadko używane wejście obok Baszty Senatorskiej. Wkrótce po wejściu na dziedziniec zamkowy obejrzeliśmy pokaz multimedialny prezentujący burzliwą historię arrasów króla Zygmunta Augusta. Bogata, ciekawie przedstawiona treść połączona była z atrakcyjną formą prezentacji: obrazy były rzucane na krużganki wschodniego skrzydła zamku.

Po pokazie nadszedł czas na zwiedzanie ekspozycji. W zbrojowni największym zainteresowaniem cieszyła się od niedawna znajdująca się w zbiorach wawelskich młodzieńcza zbroja króla Zygmunta Augusta. Pięknie zdobiona była zbroją paradną, ofiarowaną 13-letniemu królowi (został koronowany jako 10-latek, za życia nadal zasiadającego na tronie ojca Zygmunta Starego) z okazji jego zaręczyn z Elżbietą Habsburżanką.

Na ekspozycji „Cranach na Wawelu” zaprezentowano jeden z najcenniejszych obrazów w zbiorach w Polsce: arcydzieło Lucasa Cranacha starszego Madonna pod jodłami (z Muzeum Archidiecezjalnego we Wrocławiu) oraz wystawiony po raz pierwszy publicznie, odnaleziony w krakowskim klasztorze oo. Franciszkanów obraz Madonna z Dzieciątkiem wśród tańczących aniołków, wiązany z tymże artystą i jego warsztatem. Ekspozycję uzupełniają trzy prace: Chrystus błogosławiący dzieci oraz Portret Jerzego Brodatego Lucasa Cranacha starszego, a także Portret młodego mężczyzny Lucasa Cranacha młodszego.

Największe wrażenie wywarła jednak ekspozycja ”Wszystkie arrasy króla. Powroty 2021-1961-1921”. Prawie każdy był już w komnatach królewskich na Wawelu i zwiedzając je podziwiał arrasy, jednak możliwość oglądania wszystkich zachowanych tapiserii jest wyjątkowa. 137 tkanin ozdobnych zgromadzonych w jednym miejscu, dla którego zostały zamówione przez króla Zygmunta Augusta i wykonane przez najlepszych brukselskich mistrzów oszałamia. W komnatach reprezentacyjnych na II piętrze i apartamentach prywatnych na I piętrze niemal nie ma wolnego fragmentu ścian – wszystkie są zajęte przez cuda tkactwa. Oprócz kunsztu wykonawców należy także podziwiać najwyższe umiejętności konserwatorów, którzy tkaniny po przejściach przywrócili do stanu niemal doskonałego. Gdyby nie ograniczenie czasu na zwiedzanie warto by tam spędzić wiele godzin.

Po zakończeniu zwiedzania pozostało nam już tylko przejście na najbliższy parking (niestety w ulewnym deszczu), zajęcie miejsc w busie i szybki powrót do Chrzanowa.

To był wspaniały początek tegorocznego sezonu turystycznego – miejmy nadzieję, że już rozpoczętego na dobre.

KP.

Zamek Tenczyn na rowerach 15.05.2021.

Kolejna ogłoszona przez chrzanowski Oddział PTTK wycieczka rowerowa zgromadziła grupkę nieliczną ale sympatyczną. We trójkę z parkingu przed kościołem w Kościelcu ruszyliśmy w stronę szpitala, potem nad Zalew Chechło i do Puszczy Dulowskiej. Tu napotkaliśmy sporo rowerzystów przemierzających ten piękny kompleks leśny w różnych kierunkach. Po krótkim odpoczynku na ławeczkach przed ośrodkiem hodowli zwierzyny pojechaliśmy dalej, by po pewnym czasie dojechać pod zamek Tenczyn w Rudnie. Kilka zdjęć, chwila przerwy na posilenie się kanapkami i spoglądając na zachodzące chmurami niebo podjęliśmy decyzję, by nie kontynuować jazdy zgodnie z planem (do Bramy Zwierzynieckiej) a rozpocząć powrót. Trasa tym razem była odmienna: przez Nieporaz, Oblaszki, Stawki, Bolęcin, Piłę Kościelecką wróciliśmy do Chrzanowa. Na szczęście chmury deszczowe ominęły nas i niezbyt daleka, ale bardzo przyjemna wycieczka zakończyła się w świetnych nastrojach.

KP.

Jaworzno Gródek 09.05.2021.

Na fali luzowania obostrzeń przeciwwirusowych w kolejnym kroku dopuszczono uprawianie w niewielkich grupach sportu na otwartej przestrzeni, ogłosiliśmy więc wyjazd na rowerach do Jaworzna. W niedzielę pogoda była piękna, słoneczna, w sam raz na rower. Niestety rowerzyści nie dopisali, ale tak, czy inaczej – pojechałem zaplanowaną trasą: z Placu Tysiąclecia do Luszowic, dalej przez Balin i las do Ciężkowic, by dotrzeć do celu wyjazdu: Gródka w Jaworznie. I tu okazało się, że chętnych na odwiedzenie Gródka w tym dniu jest sporo, wśród nich także kilkoro „naszych”, którzy przyjechali tu samochodami. No i dobrze, spotkaliśmy się przy wejściu na teren parku i wspólnie spacerowaliśmy wokół wyrobiska po dawnym kamieniołomie, w części zalanej wodą od dość dawna wykorzystywanego przez amatorów nurkowania a w pozostałej części niedawno przystosowanego do potrzeb spacerowiczów. Całe otoczenie jest w przemyślany sposób zaadaptowane na potrzeby wypoczynku i rekreacji, począwszy od parkingów przy wejściach (niestety, jak zwykle bywa z parkingami, w niewystarczającej ilości), przez ścieżki wokół wyrobiska i na jego dnie, drewniane kładki – ścieżki nad lustrem wody, dzięki którym obiekt reklamowany jest jako Jaworznicka Chorwacja (w nawiązaniu do podobnych na terenie Jezior Plitwickich), zabezpieczone barierami miejsca widokowe na krawędzi klifu, schody ułatwiające zejście na dół po ławeczki i miejsca biwakowe z ławami i stołami. W sumie z atrakcyjnym wystrojem stworzonym przez naturę (i ludzi pozyskujących przed laty materiał skalny) jest to naprawdę znakomite, piękne miejsce na dzień odpoczynku. Nic dziwnego, że w ciepły, słoneczny dzień odwiedzają je licznie mieszkańcy Jaworzna i okolic (także dalszych, oceniając po tablicach rejestracyjnych na parkingu).

A my, oprócz przyjemności ze spotkania się i z pobytu w pięknym miejscu mieliśmy jeszcze dwoje solenizantów (Staszka i obchodzącą niedawno swoje święto Irenkę) i jubilatkę Alę (za kilka dni, ale już rozpoczęła świętowanie). Było więc jeszcze radośniej.

Załogi samochodów pozostały jeszcze nieco dłużej na terenie Gródka a ja na rowerze ruszyłem w drogę powrotną. Zatrzymałem się jeszcze na chwilę na terenie nieodległej Geosfery, odetchnąłem powietrzem nasyconym rozpyloną solanką w pobliżu tężni i potem już wracałem w kierunku Chrzanowa. Przez Wilkoszyn, Bory, Jeleń Okrągle, Byczynę (tu zatrzymałem się na chwilę przy stawku ze stanowiskiem nutrii), Cezarówkę Dolną i Kąty dotarłem wreszcie do centrum Chrzanowa i potem do domu. To był bardzo miły dzień.

KP.